W Polsce Ludowej projektowano naprawdę fajne rzeczy. Dają drugie życie meblom z PRL-u

Aneta Wawrzyńczak 10 maja 2016, 08:29
Partner magazynu czytaj ten artykuł
Siedzi sobie dwóch kumpli ze szkolnej ławki i marzy, że kiedyś założą własny biznes, coś odlotowego. Żadnych przełożonych nad głową, pełen luz, swoboda, spontan.

Przychodzi matura i się rozjeżdżają. Michał zna świetnie niemiecki, wybiera studia w Greifswaldzie, Przybyrad ma zacięcie historyczne, zostaje w Polsce. Rozjeżdża się też ich marzenie, bo obaj wybierają politologię, pierwszy zrobi jeszcze później komunikację społeczną, drugi pójdzie dodatkowo na historię ze specjalizacją z archiwistyki.

Wpadają w trybiki dorosłości. Michał przeprowadza się do Berlina, dostaje nieźle płatną pracę w agencji eventowej. Przybyrad ląduje na ciepłej państwowej posadce w urzędzie w Poznaniu.

Zaczynają psioczyć: że robota od świtu do nocy, stres, wypalenie zawodowe. Że życie prywatne kuleje. Że nie tak miało przecież być. Wtedy wraca marzenie. A później się spełnia.

A może by tak…

Michał Szarko, jeszcze za korporacyjnych czasów, był tak zwanym młodym, zdolnym, kreatywnym. W agencjach eventowych - najpierw jednej, przez kilka miesięcy, później większej, przez dwa lata - był odpowiedzialny za koncepcję, przygotowanie prezentacji dla klienta, kreowanie scenografii do opowieści o jego marce.

- Miałem perspektywy, mogłem się w tej branży rozwijać, zrobić karierę, ale to wciąż kręciło się wokół tego samego, te same firmy, każdy każdemu rękę mył. Odszedłem, żeby zniwelować stres, to było wtedy dla mnie najważniejsze. A dziś widzę, że robiłem tam rzeczy, które sprawiały, że bogaci stawali się jeszcze bardziej bogaci, nie było w tym żadnej wartości, idei. Dla mnie to nie miało żadnego sensu - mówi Michał.

Jego przyjaciel Przybyrad Paszyn z kolei opowiada: - Po studiach zahaczyłem się w urzędzie pracy, później w Archiwum Państwowym w Poznaniu, pracowałem jako informatyk archiwista. Na początku było okej, ale z czasem pojawiła się frustracja, bo praca niby spokojna, ale wynagrodzenie było bardzo niskie, musiałem wziąć dodatkowy etat po godzinach, codziennie pracowałem od 7:30 do 20. Psychicznie i fizycznie już nie wytrzymywałem.

Żeby odpocząć i podtrzymać licealną przyjaźń, Przybyrad nieraz zajeżdżał na weekendy do Berlina. Snuli się wtedy po mieście, przystawali przed witrynami sklepów, zwłaszcza jednym, z meblami skandynawskimi z lat 50. i 60., który jest naprzeciwko kamienicy Michała. Zaglądali na targi staroci, bo Michał już wcześniej zaczął gromadzić w swoim mieszkaniu klamoty z minionej epoki: telewizor gierkowski, gramofon, wytarty fotel, stolik w politurze z odciśniętymi śladami po szklankach z czarną kawą.

Olśnienie przyszło w berlińskim pubie.

- Zauważyliśmy, że tutaj wszyscy się zachwycają starymi meblami, mają wzięcie w biurach, mieszkaniach, knajpach, stoją na witrynach sklepowych za niesamowite pieniądze. A u nas, w Polsce, meble PRL-owskie piętrzą się na śmietnikach - opowiada Michał.

Rzucił więc: "a może by tak nasze meble odgrzebać, odnowić, zobaczyć, czy też się spodobają?". Przybyrad, historyk z wykształcenia i pasji, pomysł od razu podłapał. "Dobra, spróbujmy, zobaczymy, co z tego będzie".

Zagadka

Na początku były więc rupiecie z internetu. Coś tam wyszperali, zamówili, Przybyrad załatwił transport, Michał dwie komody, wersalkę, cztery fotele, z 10 krzeseł jakoś upchnął w swoim berlińskim mieszkaniu, wystawił na aukcjach internetowych z małą (jak odliczyć koszt transportu) przebitką. Kupiony za 50 złotych fotel sprzedać chcieli za 40 euro, ot, żeby wybadać teren. Pierwsza partia zeszła na pniu, zamówili kolejną, później jeszcze jedną, wynajęli też mały magazyn, raptem sześć metrów kwadratowych, wypełnili go po sufit.

- Wybieraliśmy same perełki, meble stare, ale dobrze zachowane. Jak klient do mnie dzwonił, że interesuje go jakiś fotel, to ja do tego magazynu jechałem godzinę wcześniej, żeby się do niego dokopać - śmieje się Michał. I dodaje, że dość szybko przestało im to sprawiać frajdę. - Nie chcieliśmy robić tego na zasadzie tanio kupię, drożej sprzedam. Zaczęliśmy więc na własną rękę odnawiać te meble.

Odpalili internet, poczytali instruktaże, pooglądali filmy, zasięgnęli języka. - Pierwsze efekty były beznadziejne, z czasem opanowaliśmy renowację, ale to wciąż nie było to.
I przede wszystko kosztowało nas mnóstwo pracy i czasu, bo robiliśmy to po piwnicach czy garażach znajomych, totalnie nam się to nie kalkulowało - opowiada Michał. Zaczęli więc szukać podwykonawców. Z tapicerami jeszcze jakoś poszło, gorzej ze stolarzami.
- Co to za firma dwóch chłopaczków przychodzi i chce odnowić dwa fotele, kogo to interesuje? W końcu się jednak udało, nawiązaliśmy współpracę, mieliśmy już naprawdę ładne meble. I tu pojawił się kolejny problem: bo jak takie meble sprzedawać z garażu? - dodaje.

Znaleźli więc lokal, wyremontowali na własną rękę, znajoma graficzka zaprojektowała im logo, zrobiła identyfikację wizualną firmy. Tak narodziła się Politura.

Wciąż było im jednak mało. Klientom też. - Przychodzi ktoś do nas do sklepu, okej, podoba mu się fotel i dopytuje: a z którego on jest roku? A gdzie produkowany? Kto go zaprojektował. Mogłem tylko odpowiedzieć: nie wiem. Jeszcze datę i fabrykę można było odcyfrować z naklejek, ale nazwisko projektanta? To była zagadka, odpowiadaliśmy: takie czasy, anonimowe. Ale bardzo nas to mierziło - mówi Michał.

W ruch znów poszły wyszukiwarki internetowe, a dalej archiwa, biblioteki, prywatne zbiory. Michał godzinami buszował po internecie, chwytał strzępki informacji, tworzył bibliografię, wtedy pałeczkę przejmował Przybyrad, całymi dniami ślęczał nad starymi dokumentami, albumami, projektami. O tyle mieli łatwiej, że w PRL-u to Poznań był krajową stolicą meblarstwa, archiwa były więc na wyciągnięcie ręki. O tyle trudniej, że większość dokumentów w czasie transformacji zaginęła, została zniszczona, spalona. - Archiwum nie było w stanie wszystkiego upilnować, zostały tylko szczątkowe informacje, trzeba było szukać po bibliotekach, prywatnych zasobach, składać te puzzle jeden po drugim - opowiada Przybyrad.

Po kilku miesiącach udało im się jednak złożyć obrazek w całość. I ujrzeli na nim "pająka".

Krzesło H106

Krzesło H106

Źródło: Archiwum prywatne

Jedno spojrzenie

Przybyrad dostał któregoś razu cynk od znajomego tapicera, że szykuje się likwidacja starego ośrodka wczasowego. Udało mu się wykupić część mebli, w tym kilka egzemplarzy jednego modelu fotela. Michał w internecie namierzył projektanta. To był profesor Edmund Homa.

I wtedy pojawiła się myśl: a co, gdyby odnaleźć projektantów tych mebli, wznowić kolekcje sprzed kilku dekad? Pierwsze nazwisko już przecież mieli, Michałowi udało się nawet zlokalizować prof. Homę na gdańskiej ASP, dzięki pomocy Anny Zelmańskiej, autorki jego monografii, dostał nawet numer telefonu projektanta. - Gdy do niego zadzwoniłem, był trochę przestraszony, nie czuł się na siłach, by się spotkać, nie chciał robić wokół siebie sensacji - opowiada Przybyrad. - Byliśmy trochę zawiedzeni, może to jest bez sensu, myśleliśmy - dodaje Michał.

Po kilku tygodniach odezwała się jednak synowa Edmunda Homy. Napisała, że profesor się namyślił i jednak z chłopakami się spotka. Już na miejscu, w Gdyni, długo opowiadał im o swojej pracy, rodzajach drewna, swojej karierze. Pokazał im też jedyny egzemplarz dzieła swojego życia - krzesła H106. I opowiedział jego historię.

Było tak: od 1962 roku prof. Homa pracował w fabryce, projektował krzesła i fotele. Gdy pięć lat później zajechała do fabryki partia afromozji, rzadkiego i bardzo delikatnego drewna z Afryki, gdy tylko wziął je do rąk, od razu wiedział, że musi zrobić z niego coś wyjątkowego. - Robotnicy nazwali zaprojektowane przez niego krzesło pająkiem, bo było trochę pokraczne, a jednocześnie delikatne, właśnie jak odnóża pająka - opowiada Michał.

Takie to były jednak czasy, że projekt musiała zatwierdzić komisja. I "pająka" akurat odrzuciła. - To krzesło uznano za zbyt ekstrawaganckie jak na rzeczywistość socjalistyczną, było zbyt ekskluzywne dla proletariuszy. Ale najgłupszy argument był taki, że jak wojskowy usiądzie na nim, to wstając może sobie poobrywać guziki - streszcza Michał.

Krzesło H106 zaliczyło więc jeszcze tylko targi w Poznaniu, później wylądowało w magazynie fabrycznym z etykietą "niezdatne do produkcji". Edmund Homa odszedł z fabryki dwa lata późnej, poświęcił się karierze akademickiej. O "pająku" przypomniał sobie po 40 latach, zaczął go poszukiwać, ale po fabryce nie było już ani śladu, majątek, w tym meble z magazynu, zostały wyprzedane za bezcen. Udało mu się jednak zdobyć namiary na rzekomego kupca. Dodzwonił się do jego żony, okazało się, że stolarz, który nabył "pająka", już nie żyje. A gdy opowiedział o poszukiwanym krześle, usłyszał: "wie pan co, ja właśnie na nim siedzę". Ostatecznie profesorowi udało się je odkupić za 200 złotych.

Michałowi i Przybyradowi poza tą opowieścią wystarczyło jedno spojrzenie po sobie, by wiedzieli, co będzie dalej.

Prace nad wskrzeszeniem pająka trwały blisko rok

Prace nad wskrzeszeniem pająka trwały blisko rok

Źródło: Archiwum prywatne

Drugie życie

Prace nad wskrzeszeniem "pająka" trwały blisko rok, udało im się nawet załatwić oryginalną tarcicę, afrykańską afromozję, z której został prawie pół wieku wcześniej wykonany jego prototyp. - Profesor już niestety nie widzi, ale jak przyjechaliśmy do niego z naszym "pająkiem", dokładnie badał rękoma każdy szczegół. Był bardzo wzruszony - opowiada Przybyrad. - Postanowiliśmy, że zrobimy limitowaną edycję 106 egzemplarzy "pająka", bo taki numer miało właśnie to krzesło H106. I ani jednej sztuki więcej, już nigdy żadnego krzesła w afromozji. To jest nasz hołd dla profesora - dodaje Michał.

Profesor już niestety nie widzi, ale jak przyjechaliśmy do niego z naszym pająkiem, dokładnie badał rękoma każdy szczegół

Profesor już niestety nie widzi, ale jak przyjechaliśmy do niego z naszym pająkiem, dokładnie badał rękoma każdy szczegół

Źródło: Archiwum prywatne

Cześć chcą oddać też kolejnym anonimowym projektantom z czasów PRL-u. - Otrzymaliśmy już prawa autorskie do dorobku Janusza Różańskiego, który był kierownikiem Centralnego Ośrodka Rozwoju Meblarstwa, na targach 6 maja w Poznaniu po raz pierwszy zaprezentujemy jego dwa fotele: jedne, który wznawiamy, i drugi, razem ze stolikiem, który - tak jak krzesło prof. Homy - nigdy nie wszedł do produkcji - wyjaśnia Michał.

Jednocześnie właściciele Politury pracują nad przełamaniem stereotypu, że Polska Ludowa to była czarna dziura na mapie światowego przemysłu meblarskiego.

- Chcemy obalić mit pokutujący w świadomości Europejczyków, że Polska to nie była i nie jest jedynie podwykonawca, źródło taniej siły roboczej. Pokazać, że u nas projektowano naprawdę fajne rzeczy, tylko ze względu na ówczesną rzeczywistość nie miały one szans, by dotrzeć do świata - wyjaśnia Michał.

- To nie jest tylko praca, biznes, źródło dochodu. Bo, umówmy się, my wciąż funkcjonujemy na granicy opłacalności. Ale nie zamieniłbym Politury na etat. Cenię sobie to, że jestem w jakiś sposób wolny, nie podlegam nikomu. A przede wszystkim, to jest mój sposób na życie, moja pasja - mówi z kolei Przybyrad. Michał też przyznaje, że mógłby pójść na łatwiznę i wrócić na etat. I lepiej by na tym wyszedł - ale tylko finansowo. - To jest mega pasja, której poświęcam się w stu procentach. I nawet gdyby stało się coś niespodziewanego, co by nas zmusiło do zamknięcia firmy, to miałbym poczucie spełnienia. Bo, jak stwierdził profesor Homa, dzięki naszej pracy daliśmy komuś drugie życie.