Jak wyglądałaby Warszawa, gdyby nie wybuch wojny?

Michał Suchora 10 maja 2016, 16:00
Partner magazynu czytaj ten artykuł
Ten przedwojenny prezydent Warszawy to postać legendarna. O dokonaniach, gustach i wizjonerskich planach Stefana Starzyńskiego opowiedział nam autor jego biografii, Grzegorz Piątek.

Dwudziestolecie międzywojenne to okres w naszych oczach bardzo zmitologizowany. To Warszawa Eugeniusza Bodo, Hanki Ordonówny. Jak wyglądała Warszawa, która dziś przecież nie istnieje, którą znamy wyłącznie ze zdjęć i książek?

Grzegorz Piątek: Niestety, legenda ma mało wspólnego z rzeczywistością. Chcielibyśmy myśleć o niej jako o Paryżu Północy, pełnym dancingów i lśniących limuzyn mieście, a tak naprawdę Warszawa przedwojenna to przede wszystkim problem przeludnienia, bezrobocia, taniej, czynszowej zabudowy i szybko rozwijających się przedmieść. To również fascynujący okres walki tradycji z nowoczesnością; to wtedy właśnie zaczęto stawiać modernistyczne, nowoczesne gmachy państwowe i domy prywatne, które dziś uznajemy za najpiękniejsze budynki w stolicy. Jeśli ktoś chciałby poczuć atmosferę tej najlepszej wersji przedwojennej Warszawy, odnajdzie ją na Górnym Mokotowie czy na Saskiej Kępie, w dzielnicach, które w latach trzydziestych wypełniły się nowymi domami. Jak w soczewce widać tam ścierające się gusta modernistów i zwolenników tradycji.

Jak wyglądałaby Warszawa, gdyby nie wybuch wojny?

To bardzo trudne pytanie, bo jedno to kreślone przez urbanistów Starzyńskiego plany, a drugie realia, w których przyszło mu pracować. Na papierze zostały pawilony wystawy powszechnej na Saskiej Kępie, park sportowy na Siekierkach, sieć metra, dzielnica Piłsudskiego z gmachami państwowymi i Świątynią Opatrzności Bożej. Ale to wizja „Warszawy niezaistniałej” – w przeddzień wybuchu wojny część z tych planów nie miała szans na rychłą realizację, a na pewno nie jednocześnie. Miasto było biedne, państwo zresztą też, a jedyne, na czym nie oszczędzano, to zbrojenia.

Otwarcie wystawy „Warszawa przyszłości” w Muzeum Wojska, 28 marca 1936.<br />
Od prawej: Stefan Starzyński, prezydent RP Ignacy Mościcki, prezydentowa Maria<br />
Mościcka, premier Marian Zyndram Kościałkowski, minister wyznań religijnych<br />
i oświecenia publicznego Wojciech Świętosławski, minister spraw wewnętrznych<br />
Władysław Raczkiewicz, wiceprezydent Warszawy Józef Ołpiński, szef Kancelarii<br />
Cywilnej Prezydenta RP Stanisław Świeżawski, szef Protokołu Dyplomatycznego<br />
Ministerstwa Spraw Zagranicznych Karol Romer, Olga Romerowa. Na pierwszym<br />
planie podświetlany model Warszawy przyszłości, w tle plansze ilustrujące<br />
projekt „Warszawy funkcjonalnej” (z lewej) oraz miasto w kontekście Europy,<br />
kraju i regionu

Otwarcie wystawy „Warszawa przyszłości” w Muzeum Wojska, 28 marca 1936.
Od prawej: Stefan Starzyński, prezydent RP Ignacy Mościcki, prezydentowa Maria
Mościcka, premier Marian Zyndram Kościałkowski, minister wyznań religijnych
i oświecenia publicznego Wojciech Świętosławski, minister spraw wewnętrznych
Władysław Raczkiewicz, wiceprezydent Warszawy Józef Ołpiński, szef Kancelarii
Cywilnej Prezydenta RP Stanisław Świeżawski, szef Protokołu Dyplomatycznego
Ministerstwa Spraw Zagranicznych Karol Romer, Olga Romerowa. Na pierwszym
planie podświetlany model Warszawy przyszłości, w tle plansze ilustrujące
projekt „Warszawy funkcjonalnej” (z lewej) oraz miasto w kontekście Europy,
kraju i regionu

Źródło: NAC

W jakim stopniu działalność Starzyńskiego ma dziś wpływ na życie Warszawy? Co po sobie pozostawił?

Największą zasługą prezydenta była inwestycja w urbanistykę. To dzięki niemu całe miasto zostało objęte planem prowadzącym do uregulowania zabudowy stolicy, podniesienia poziomu życia, usprawnienia komunikacji i upiększenia. Wybuch wojny przerwał ciągłość, ale dorobek urbanistów nie poszedł na marne – przełożył się na powojenne plany odbudowy stolicy. Starzyński zginął pod koniec 1939 roku, ale przeżyły dziesiątki świetnie wykształconych specjalistów, dzięki którym Warszawa powstała po 1945 roku z ruin.
Pomysłami Starzyńskiego, a raczej stworzonej przez niego ekipy, była Trasa Łazienkowska, Wisłostrada, Trasa N-S. Starzyński też dbał o rozbudowę nowych dzielnic miasta, jak choćby Mokotowa, na którym sam mieszkał. To, że dziś miasto coraz bardziej zwraca się w stronę Wisły, również jest dziedzictwem czasów Starzyńskiego. Prezydent i jego urbaniści chcieli też Warszawę zazielenić. Nie było to możliwe przed wojną, bo miasto nie miało terenów, ale po wojnie wykorzystano szansę, by rozluźnić zabudowę, założyć nowe parki i osiedlowe dziedzińce.

Starzyński otwarcie przyznawał, że na sztuce się nie zna. Jak w takim razie zyskał tylu zwolenników wśród architektów i miłośników Warszawy?

Starzyński umiał tworzyć zespół i nim kierować. Generalnie był dość nieufny, ale jeśli ktoś go do siebie przekonał, dawał dużo swobody. Z architektów najwyższą pozycję posiadał zapewne Bohdan Pniewski, który miał nadać kształt dzielnicy Piłsudskiego i Świątyni Opatrzności Bożej. Najbardziej zaufanym ekspertem do spraw sztuki i konserwacji zabytków był w jego ekipie Stanisław Lorentz, któremu powierzył dyrekcję Muzeum Narodowego.

Starzyński, mimo że sam na sztuce się nie znał, wiedział, jak wielka jest jej siła oddziaływania. Rozumiał, że nie wystarczy „ciepła woda w kranie”, że modernizację trzeba jeszcze umieć pokazać, opowiedzieć o niej. Stąd kontakty z literatami, fotografami, malarzami, których sobie zjednywał, zamawiając u nich dzieła. Najlepszym tego przykładem są albumy fotograficzne „Piękno Warszawy”, w przemyślany propagandowo sposób pokazujący „Warszawę Starzyńskiego”, wydawane przez ratusz. Nie przypadkiem też jednym z najpiękniej odrestaurowanych za jego kadencji budynków był właśnie stojący na Placu Teatralnym ratusz – miał świecić przykładem dla innych.

Starzyński dbał nie tylko o własną legendę, ale o mitologizację samego miasta.

Jego wielką zasługą jest położenie nacisku na wydawanie publikacji varsavianistycznych, takich jak „Legendy Warszawy”, dzięki którym budował kulturową tożsamość miasta. Książki hojnie rozdawano zarówno oficjalnym gościom, jak i uczniom warszawskich szkół. Za jego kadencji ujednolicono też herb Warszawy i jej flagę, która do dziś powiewa na miejskich budynkach.

Jakie najważniejsze gmachy zostawiła po sobie ekipa Starzyńskiego?

W dwudziestoleciu międzywojennym powstało w Warszawie wiele wspaniałych budowli, ale były to przeważnie inicjatywy rządowe lub prywatne. Samorząd był biedny i od końca lat 20. budował niewiele. Tak naprawdę tylko jeden, za to bardzo okazały i niezwykle ważny w topografii miasta gmach, czyli Muzeum Narodowe w Alejach Jerozolimskich, jest bezpośrednią zasługą ekipy Starzyńskiego. Prezydent nie tylko doprowadził do zakończenia rozpoczętej jeszcze przed jego kadencją budowy, ale i zadbał o jakość zbiorów. Liczący każdy grosz Starzyński na tyle ufał dyrektorowi Lorenzowi, że ten miał w ratuszu niemal otwarty rachunek na zakup dzieł do kolekcji Muzeum. Poza muzeum powstało mnóstwo mniejszych budowli, szkół, remiz strażackich, które poprawiały jakość życia w mieście. Dlatego właśnie uważam, że wizerunek Starzyńskiego jako wizjonera jest nieprawdziwy. To był dobrze zorganizowany, pragmatyczny menedżer miasta, a nie marzyciel.

Bankiet w Hotelu Europejskim z okazji jubileuszu trzydziestolecia pracy artystycznej<br />
Mieczysławy Ćwiklińskiej, 3 kwietnia 1936. Widoczni między innymi: Mieczysława<br />
Ćwiklińska (czwarta z lewej), prezydent Warszawy Stefan Starzyński (trzeci z lewej),<br />
prezes Towarzystwa Krzewienia Kultury Teatralnej, wiceminister spraw wewnętrznych<br />
Władysław Korsak (piąty z lewej), Paulina Starzyńska (szósta z lewej)

Bankiet w Hotelu Europejskim z okazji jubileuszu trzydziestolecia pracy artystycznej
Mieczysławy Ćwiklińskiej, 3 kwietnia 1936. Widoczni między innymi: Mieczysława
Ćwiklińska (czwarta z lewej), prezydent Warszawy Stefan Starzyński (trzeci z lewej),
prezes Towarzystwa Krzewienia Kultury Teatralnej, wiceminister spraw wewnętrznych
Władysław Korsak (piąty z lewej), Paulina Starzyńska (szósta z lewej)

Źródło: NAC

Starzyński sporo podróżował, odwiedził choćby Nowy Jork czy Paryż. Czy te wizyty odbiły się jakoś na jego polityce wobec Warszawy?

Tu znowu wychodzi z niego pragmatyk. Oczywiście, robiła na nim wrażenie zabudowa wysokościowa Manhattanu czy nowojorskie mosty, ale bardziej interesowały go takie sprawy, jak działanie transportu publicznego, policji czy służb miejskich. Na pewno nie szukał wizualnych inspiracji, chciał budować sprawnie działającą maszynę miejską.
Oczywiście sposobem na poprawę poziomu życia mieszkańców były również zabiegi estetyzujące, takie jak choćby akcja „Warszawa w kwiatach i zieleni”. Dzięki zachęcaniu warszawiaków do dbania o swoje balkony i ogródki Starzyński, przy minimalnym wydatku z kasy miejskiej, powodował, że miasto piękniało latem. To samo tyczy się konserwacji zabytków, na którą zwracał szczególną uwagę.

Czy w takim razie Warszawa Stefana Starzyńskiego była miastem pięknym?

I tak, i nie. XIX-wieczne centrum i dzielnica północna, czyli żydowska, nadal były wyrzutem sumienia – ciasne, ciemne, przeludnione. Nowe dzielnice kreślone przez planistów ekipy Starzyńskiego: Ochota, Mokotów, Żoliborz, Grochów, Służew - to już miało być zupełnie inne miasto. Więcej było tam zieleni, lepsza była infrastruktura, wszystkie budynki nowe, dopasowane do siebie, nowoczesne. Sam Starzyński mieszkał właśnie w tej „nowej Warszawie”, na rogu alei Niepodległości i dzisiejszej Dąbrowskiego. Po drodze do pracy oglądał piękne, modernistyczne wille i kamienice, jak dom Wedla przy Puławskiej, ozdobiony przez Zofię Stryjeńską. Nie był wyjątkiem. Wszyscy, którym się powiodło, uciekali ze Śródmieścia na nowe, piękne przedmieścia.

Czy Warszawę odwiedzali wówczas turyści?

Stefan Starzyński jako pierwszy prezydent pomyślał o Warszawie jako o celu wycieczek. W Niemczech już wcześniej władze dostrzegły znaczenie turystyki jako źródła dochodów i sposobu na edukację patriotyczną obywateli. Właśnie z myślą o tym Starzyński wspierał projekt rekonstrukcji murów obronnych Starego Miasta czy budowę Muzeum Narodowego. Dzięki niemu Plac Teatralny, otoczony odnowionymi ratuszem, Teatrem Wielkim i Pałacem Blanka, odzyskał dawny blask. Tam właśnie znalazł się też punkt informacji turystycznej, tamtędy jeździł dyliżans wożący turystów.

Poświęciłeś kilkanaście miesięcy na badanie biografii Stefana Starzyńskiego, legendarnego prezydenta Warszawy. Jak zmienił się w tym czasie twój stosunek to tej postaci?

Przede wszystkim wyzbyłem się złudzeń co to jego wizjonerstwa i charyzmy. Takiego człowieka prezentuje nam legenda Starzyńskiego. W rzeczywistości był on niezwykle sprawnym i pracowitym, dobrze umocowanym urzędnikiem z jasno wyznaczonymi celami - i za to najbardziej go cenię. Łatwo jest mieć wizje, dużo trudniej sprawnie zarządzać miastem, szczególnie w tak trudnym okresie, jakim gospodarczo i politycznie było dwudziestolecie międzywojenne.

Wznowiona budowa Komendy Straży Pożarnej przy placu Unii Lubelskiej

Wznowiona budowa Komendy Straży Pożarnej przy placu Unii Lubelskiej

Źródło: NAC

Dlaczego właściwie dziś, w XXI wieku, mielibyśmy interesować się postacią przedwojennego prezydenta?

Wiele osób, szczególnie warszawiaków, wychowana została w kulcie Starzyńskiego. Każdy, kto choć trochę interesuje się historią miasta, jego architekturą, musiał zetknąć się z jakąś publikacją gloryfikującą prezydenta Starzyńskiego. Warto jest więc poznać jego prawdziwą twarz. Ale jest w tej biografii coś bardziej uniwersalnego, wykraczającego poza kontekst Warszawy czy dwudziestolecia międzywojennego.
To historia politycznego i społecznego awansu człowieka z drugiego szeregu polityki, to opowieść o mechanizmach propagandy, o tworzeniu mitu miasta, wreszcie o rządzeniu miastem, o demokracji i jej zagrożeniu. Starzyńskiemu wiele rzeczy się udało, bo działał po dyktatorsku, z poparciem sanacyjnego, autorytarnego rządu. I dziś wielu architektów jest zdania, że miastom, by mogły się sprawnie rozwijać, potrzebna jest władza oświeconego despoty. Ja się z tym oczywiście nie zgadzam.

Czy po przeczytaniu twojej książki Starzyńskiego pokochamy bardziej, czy się do niego zrazimy?

W książce zobaczymy przede wszystkim człowieka, pełnego sprzeczności. Sam prezydent świetnie operował propagandą i jeszcze za życia wykreował swój wizerunek apolitycznego ojca miasta. Decyzja o pozostaniu w okupowanej Warszawie i śmierć z rąk hitlerowców zapewniły mu szacunek i podziw. Tego nikt, nawet największy sceptyk, nigdy mu nie odbierze. Próbowałem jednak napisać biografię jak najuczciwszą, nie obciążoną mitami narosłymi wokół postaci, pisać tak, jakbym nie wiedział o bohaterskiej końcówce, skupić się na tym, jak Starzyński żył, a nie jak umarł.