Dizajn nasz powszedni

Anna Dziewit Meller 09 maja 2016, 07:00
Partner magazynu czytaj ten artykuł
Targi dizajnu czyli - jak to ujął kiedyś mój bystry kolega - ludzie w szarych dresach kupują szare dresy od ludzi w szarych dresach.

Nie cierpię słowa dizajnerski. Szczerze i z serca. Kojarzy mi się z drogimi, przesadnie udziwnionymi przedmiotami, które nad funkcjonalność przedkładają efekt WOW! Kanapy, na których strach usiąść, lampy, które strach włączyć (gdzie to się w ogóle włącza?!), stoły na których strach położyć cokolwiek, poza albumem o dizajnie, dywany stylizowane na ludowe wycinanki, kosztujące takie krocie, że strach po nich chodzić stopą odzianą w byle bawełnianą skarpetę. I dizajnerskie ubrania, czyli zazwyczaj szalenie kosztowne wersje tego samego szarego dresu z bawełny. Targi dizajnu czyli - jak to ujął kiedyś mój bystry kolega - ludzie w szarych dresach kupują szare dresy od ludzi w szarych dresach.

Dizajn w tym rozumieniu to coś, co od razu ustawia nas w jakimś neoliberalnym porządku – ci, których stać na dizajn, ci, którzy muszą się zadowolić dizajnu podróbą albo nie daj Boże ci, którzy w ogóle nie czują potrzeby tego, by otaczać się dizajnem, w jakiejkolwiek z jego odmian.

Na dizajn musi cię być stać, człowieku. Nie myśl sobie, że projektowanie to sprawa dla plebsu. (Dlatego też upieram się przy owej nieprawidłowej spolszczonej pisowni – ten dizajn to dla mnie trochę żart. Żart z nas – jego użytkowników.)

Myślałam sobie, że ta niechęć to wynik mojej okropnej zgryźliwości, która po prostu z wiekiem się nasila. Ale wtedy przeczytałam książkę Marcina Wichy i przestałam tak źle o sobie myśleć. „Jak przestałem kochać design” to jedna z najciekawszych książek, jakie ostatnimi czasy wpadły w moje ręce. Przeczytałam, mając ochotę znaleźć gdzieś autora podejść doń i powiedzieć – Hej, panie Marcinie, przybijmy piątkę – nazwał pan to, co kołatało się i po mojej głowie, tylko nie byłam pewna, czy te intuicje można tak na głos wypowiedzieć i nie narazić się na zarzut wstecznictwa, lewactwa albo nieuzasadnionej krytyki dorobku ostatniego 25-lecia wolnej Polski.

Bo na przykład pisze on tak: „ (…) szanse, że nasz tyłek zetknie się z designerskim meblem, są niewielkie. Już prędzej przeczytamy w gazecie artykuł pod tytułem >>Polscy projektanci w światowej czołówce<<. (…) Jednak to są Himalaje projektowania. Tymczasem żyjemy na nizinach. Siedzimy w tramwajach. Szarpiemy się z drzwiami na strzeżone podwórko, nadajemy paczki i listy. O jakości życia nie decydują najwybitniejsze osiągnięcia designu. Szczerze mówiąc, one są najmniej ważne”. I tu następuje litania tego, co o tej jakości życia decyduje. Zgadniecie co? A na przykład kwitek na list polecony. Ileż razy zżymałam się na to, jak fatalnie jest zaprojektowany, że mało miejsca, że nic nie widać. W sumie dlaczego ten cholerny kwitek nie mógłby być zaprojektowany lepiej? Tak, żeby nawet starczą trzęsącą się ręką łatwo było go wypełnić?
Albo jakikolwiek papier, który nam przyjdzie podpisywać w Urzędzie Skarbowym.

Dlaczego, do diabła, to wszystko musi być takim antyprojektem? Czymś, co jak kamień w bucie, jest kolejną drobną uciążliwością naszego życia? Przecież w sumie niewiele trzeba, by to zmienić. Myśleliście kiedyś o tym, kto właściwie to wszystko zaprojektował? I dlaczego zrobił to tak okropnie?

Albo wiaty przystanków autobusowych w Warszawie – dlaczego mają taką szparę w dachu przez którą leci deszcz? Czy to nie jest aby zaprzeczeniem sedna istnienia czegoś takiego jak wiata? Wicha pisze o tym, ile wysiłku i refleksji wkłada się w projektowanie rzeczy tak mało ważnych jak opakowanie chipsów albo puszka orzeszków. Jaka więc szkoda, że gdy przychodzi na przykład do projektowania rzeczy powszechnego użytku, zamiast owego projektowania, mamy jego zaprzeczenie.

Ten antydesign, o którym pisze Wicha, to „grzęzawisko, w którym pogrążają się klienci, wykonawcy, odbiorcy. Antydesign jest postawą, sposobem myślenia, stosunkiem do świata. Obojętnością, lenistwem, marznącą mżawką, infekcją bakteryjną, korpusem urzędniczym”. A wszystkim rządzi taka myśl, że do wszystkiego można się przyzwyczaić, bo przyzwyczajenie jest ergonomią dla ubogich. No i fakt - przywykamy do wszystkiego. Do przejść podziemnych zaprojektowanych tak, by przejechanie przez nie z wózkiem dziecięcym było jak ultramaraton, do ważących tony tornistrów na dziecięcych plecach, bo jak długo żyję, nikomu nie przyszło do głowy zaprojektowanie czegoś, co odciążyłoby przyszłych pacjentów poradni ortopedycznych (a przecież chyba każdy widział szafki na książki w filmach z Ameryki), do burzenia zabytkowych kamienic i stawiania na ich miejscu brzydkich apartamentowców, do kostki Bauma na każdym niemal placyku w Polsce, do antresoli na Dworcu Centralnym, która prowadzi donikąd, do koszy na śmieci w wielu pociągach – tak małych, że zmieszczenie tam dwóch kubków po herbacie graniczy z cudem, do opadających klap w toaletach tych pociągów, tak, że strach być facetem idącym za potrzebą.

Wzruszamy ramionami i idziemy dalej – kto by tam miał jeszcze siłę użerać się z takimi duperelami. A jednak wydaje mi się, że duperele w dużej ilości czynią całkiem spory problem. Dobrze, że tacy autorzy jak Wicha czasem nam o tym przypominają.

**Anna Dziewit Meller**
Pisarka i dziennikarka. Autorka m.in. „Gaumardżos! Opowieści z Gruzji” ( wspólnie z Marcinem Mellerem) , „Disko” i „Góry Tajget”. Prowadzi autorski kanał o książkach bukbuk.pl