Ciągle szukam nowych smaków. Mateusz Gessler o gotowaniu z miłości do ludzi

Agnieszka Żukowska 09 maja 2016, 09:45
Partner magazynu czytaj ten artykuł
Z wykształcenia jest projektantem ogrodów. Pracował na budowach. Dziś ma restaurację, jest jurorem popularnego kulinarnego show. Mateusz Gessler lubi sprawiać przyjemność. - Kiedy widzę, jak człowiek je i jak zmienia się wyraz jego twarzy, to czuję się wspaniale.

Mateusz, za nami finał MasterChefa Junior. Chyba nie zdawaliśmy sobie sprawy, jak wspaniałe talenty kulinarne mogą mieć dzieci...

Mateusz Gessler: To prawda! Dzieci mają w sobie przede wszystkim to, o czym my dorośli dawno zapomnieliśmy w kuchni - odwagę. Nie boją się kombinować ze smakami. Mamy tak poukładane w głowach, że wydaje nam się, że niektóre rzeczy się nie łączą, nie pasują do siebie i nawet nie chcemy spróbować. Dzieci jeszcze tego nie wiedzą i potrafią połączyć wszystko ze wszystkim. Z tych eksperymentów wychodzą niesamowite smaki. Byłem bardzo zaskoczony poziomem tego programu i opanowaniem tych młodych ludzi w kuchni. Oni bardzo poważnie traktowali swój udział w nim. To był już inny level. To nie była zabawa z patelniami czy z krojeniem, to było autentyczne gotowanie. I jeśli w grę wchodziła zabawa, to nie była to zabawa w kucharzy, a alchemików. Niektóre dania wychodziły im imponująco.

No właśnie. Oglądając program zastanawiałam się, na ile była to kwestia udanego eksperymentu, a na ile umiejętności, które nabyły od najbliższych?

Dzieci przyszły do programu z ogromną wiedzą. One zwyczajnie potrafiły gotować. I to nie rodzice namówili je do udziału, żeby robiły karierę w telewizji. One bardzo dobrze wiedziały, po co przyszły i czego chcą.

Źródło: AKPA

A ty wiedziałeś już, będąc w ich wieku, czego chcesz? Jakie było twoje dzieciństwo, jeśli chodzi o smaki?

Bogate. Miałem bardzo bogate w smaki dzieciństwo. I wielkie szczęście, że mogłem próbować wszystkiego. Wyrobiłem sobie kubki smakowe wyjątkowo. Dlatego ciągle szukam nowych smaków i nie zachwycam się nieustannie potrawami. Zresztą myślę, że jak ktoś się ciągle zachwyca, to może czasem coś ważnego przegapić. Dlatego ja zawsze coś dorzucam albo poprawiam.

Jesteś człowiekiem, który pięknie czuje, do tego jest estetą, artystą. Gdzie to się u ciebie wszystko zaczęło?

Chyba mam to w genach. Połowa mojej rodziny to restauratorzy, a druga połowa - artyści. Moja babcia jest malarką, dziadek też rysuje, mama jest również artystycznie uzdolniona. Jak byłem dzieckiem, robiła bardzo dużo zdjęć. Zresztą od małego, kiedy mieszkałem w Paryżu, nawet czasem niechętnie, musiałem chodzić na wernisaże, artystyczne ekspozycje. Mama wracała z pracy bardzo późno. Nie zostawałem sam, zawsze było wokół mnie dużo ludzi. Mieszkałem w kamienicy, wszyscy się znaliśmy, drzwi były praktycznie otwarte. Wiesz, jak masz wokół siebie tak różnych ludzi, multikulturowych wręcz, z całego świata, bo Paryż właśnie taki jest, to nic dziwnego, że od dzieciństwa wiedziałem, co to jest kuskus, baranina, jagnięcina. Wiedziałem, co to jest ramadan i co się wtedy robi. Pamiętam, jak zasiadaliśmy wszyscy razem do stołu i jedliśmy wspólnie. To było jak ceremonia wręcz i zawsze myślałem, że jak ktoś stawia jedzenie na stół, to wszyscy będą go pamiętali...

A pamiętasz swoje początki w kuchni? Co lubiłeś jeść?

Teraz już nie, tyle tego było. Ale pamiętam, że wszystkiego próbowałem. I im bardziej coś dziwnie wyglądało, tym bardziej chciałem tego spróbować. Od małego była we mnie ciekawość smaku. I podchodziłem do tego zdroworozsądkowo - jak ktoś to je, to znaczy, że jest jadalne, niezależnie od tego, czy jest dobre, czy nie. Patrzyłem, obserwowałem. Miałem to szczęście, że kuchnia mojej babci i mamy zawsze była pełna ludzi i potraw. Dlatego trzeba było dużo gotować. Dodatkowo szybko zacząłem dorabiać sobie, pracowałem na zmywaku, patrzyłem, co się dzieje u różnych szefów kuchni.
Dzisiaj informacje na temat jedzenia i gotowania są wszędzie, a wtedy gotowanie nie było specjalnie modne. Ludzie dopiero z czasem zauważyli, że to, co my kucharze robimy, jest ważne i sprawia przyjemność. To przecież jest wspaniały zawód - gotujemy z miłości do ludzi.

A ty kochasz ludzi?

Tak! Ja kocham ludzi. To mnie bardzo często gubi, bo jestem naiwny i łatwowierny.

Ale robisz czasem jakieś niedobre rzeczy?

Wiesz, niedobre to raczej nie. Uwielbiam kontakt z ludźmi na co dzień, tak jak mam w swojej restauracji. Ale po pracy to już coś innego. Nie przepadam za tłumami. Czasami muszę, bo taki jest urok tego zawodu, ale najlepszy czas spędzam w małym gronie ludzi.

To jak wychodzi ci ta część pracy, gdzie musisz z racji obowiązków udzielać się publicznie? Pozować do zdjęć, dawać autografy... Stałeś się przecież gwiazdą.

Na szczęście dla mnie nic się nie zmieniło. Dosłownie nic. Jestem taki, jaki byłem. Nie odbiło mi. Czuję się skromnym, swoim człowiekiem. Nie lubię szpanować, chodzić po imprezach. Mam taki luksus, że nie jestem jeszcze rozpoznawalny...

No właśnie, a propos rozpoznawalności. Trochę przebojem zdobyłeś serca publiczności. Skąd ty się właściwie wziąłeś? Nie byłeś osobą, która regularnie przychodzi do telewizji śniadaniowych, udziela wywiadów i marzy o programie w telewizji…

No nie było tak, masz rację. Jest taka zasada w życiu, w którą zresztą bardzo wierzę: everything doesn't happen for a reason (nic nie dzieje się bez powodu) i nie zastanawiam się, jak wypadnę. Nie robię tego po to, żeby ktoś mnie zauważył. Mam swoją restaurację, w której jest dużo ludzi, w której się dobrze czują, bo jest w niej trochę tak, jak u mnie w domu.
W ogóle uważam, że ludzie dzisiaj są bardzo samolubni, tracą swoją „dżentelmeńskość”. Żyją skupieni na sobie. A przecież czasem wystarczy się po prostu uśmiechnąć, zrobić coś dobrego, z serca, bezinteresownie. Tak zostałem wychowany. W ogóle jestem staroświecki i za bardzo romantyczny. Uważam, że mężczyzna powinien być dobry i pomagać wszystkim. Takich za dużo pewnie nie ma i może dlatego mnie wybrali.

A kim jesteś z wykształcenia?

Jestem projektantem ogrodów, ale pracowałem w różnych miejscach, żeby zapracować na swoje pieniądze. Nawet na budowach. Dużo tego życia widziałem, uwierz.

Warszawa Wschodnia to twoja pierwsza i jedyna restauracja?

Tak.

Źródło: Facebook.com

Łatwo było trafić przez żołądek do serca twojej żony?

Trudno powiedzieć, bo to raczej ja trafiłem. I jestem ze swoją żoną już 13 lat, więc naprawdę nie pamiętam.

To co ona w tobie pokochała oprócz faktu, że wspaniale gotujesz, jesteś staroświeckim i dobrym facetem?

Chyba moje poczucie humoru, ale i na szczęście moje wygłupy. Mam też i swoje ciemne strony, jak każdy. Non stop w ruchu. Uwielbiam adrenalinę. Musiała się do tego przyzwyczaić...

Uprawiasz jakieś sporty ekstremalne?

Dużo jeżdżę na motorze. Ostatnio postawiłem sobie jeszcze dosyć duże wyzwanie z tym związane i już się regularnie przygotowuję.

Rozejrzyjcie dookoła siebie, świat jest interesujący i piękny. Bądź sobą i miłego dnia !!!!
Mateusz Gessler (@1149426101736812) / facebook

Co najbardziej lubisz robić?

Najbardziej lubię sprawiać ludziom przyjemność. Naprawdę. I dlatego chcę widzieć, jak oni się czują z tym, co proponuję. Rozwaliłem ściany w restauracji, nie odgradzam się z moją kuchnią, patrzę, co się dzieje na sali, jak reagują na smaki. Kiedy widzę, jak człowiek je i jak zmienia się wyraz jego twarzy, to czuję się wspaniale. To niesamowite, że możesz w jednej chwili poprawić mu humor. Albo zepsuć (śmiech). Jedzenie jest jednym z najważniejszych elementów życia człowieka. Mi w ogóle dzisiaj niewiele potrzeba do szczęścia. Zdarzają się chwile złości i potrzebuję czasem gdzieś ją wyładować. Kiedyś robiłem to w głupi sposób, a dzisiaj myślę, że szkoda na to czasu. Lepiej być pozytywnie nastawionym do świata. Nawet jak ci się ten świat czasem zawali. Dopóki twoja głowa i twoje serce nie padnie, to sobie poradzisz. Uwierz, wiele razy byłem totalnie pod ziemią, ale zrozumiałem, że jak się chce wyjść z dziury, to nie można kopać. Trzeba po prostu znaleźć rozwiązanie.

Często słyszysz krytykę swoich dań?

Tak, słyszę. Czasem krytykuję i siebie. Uważam, że jak szef kuchni wpadnie w samozachwyt, to jest stracony. I może nie jest to krytyka, że coś jest niedobre albo obrzydliwe, bo wiem, że nie zadowolę każdego. I nawet jeśli przygotuję danie według sztuki kulinarnej, to już dalej nie mam wpływu na to, czy komuś smakuje, czy nie. Każdy ma swoje smaki.

Nie gotuję tak jak w wielogwiazdkowych restauracjach, gdzie porcja jest malutka, udekorowana wymyślnie. To nie jestem ja. Lubię zjeść, lubię mieć na talerzu dobry kawałek jedzenia. I ma być smaczny. Uważam, że najprostsze jedzenie jest najtrudniejsze do zrobienia. I trzeba je zrobić perfekcyjnie, bo ludzie wiedzą, jak smakuje.

Kiedy wróciłeś do Polski?

Nie wróciłem do Polski. Przyjechałem w 2002 roku, żeby zobaczyć mamę i zakochałem się. W kraju, w swojej żonie. I zostałem. Zadzwoniłem tylko do pracy, bo przyleciałem z Kanady, że już nie wrócę.

Kiedy jesteś najbardziej szczęśliwy?

To trudne pytanie, bo wszystko zależy od momentu. Dwie godziny temu powiedziałbym ci, że sam, na motorze, bo wyszedłem z trudnego spotkania. Kiedy jestem spokojny, to z synem i z żoną, najlepiej gdzieś na Mazurach, chodząc po lesie i gadając o życiu. Lubię też spędzać czas rysując. Nie można się zamykać na jednej rzeczy. Im więcej zobaczymy, nauczymy się, tym bardziej wartościowi umrzemy. I wiesz, bardzo polubiłem ten czas w telewizji. Tyle dobrej, pozytywnej energii dawno nie widziałem i nie dostałem. A jak ktoś mi mówi - nie idź do telewizji, bo tam są źli ludzie, to ja odpowiadam – może źle trafiłeś...
Próbuję każdego dnia zarażać ludzi pozytywną energią, nienarzekaniem na świat, na wszystko dookoła. Taką mam właśnie filozofię. I być może przez to właśnie pasowałem producentom do programu. Zaprosili mnie na casting. Czułem, że może z tego być coś fajnego, bo podchodziliśmy do tego edukacyjnie. Chcieliśmy te dzieci czegoś nauczyć.

Czy możesz dzisiaj już spokojnie powiedzieć, że odniosłeś sukces?

Jeszcze nie.

To czym on dla ciebie jest?

Kiedy mój syn skończy studia, wyprowadzi się z domu i powie: tato kocham cię, a ja będę już na emeryturze robił swoje sery.
Ale jak zapytasz mnie, czy jestem szczęśliwy, to odpowiem - teraz tak. W tej minucie najbardziej szczęśliwy jak mogę. A sukces? Sam go nie zmierzysz, ale myślę, że na swój sposób odniosłem sukces. Mam wspaniałego syna, rodzinę, budzę się rano z uśmiechem.
I mam ochotę pójść do pracy, na spacer. To nie jest oczywiście sukces finansowy, ale mam wokół siebie ludzi, których kocham, którzy mnie kochają. Tego nie da się wycenić w żadnej walucie. Tylko bananem na twarzy (śmiech). A jak wieczorem jeszcze człowiek pójdzie spać mądrzejszy, bo się czegoś nauczył, to nie potrzeba nic więcej. Naprawdę.