Na pierwszym miejscu rodzina, potem długo, długo nic. Magdalena Różczka, jakiej nie znacie

Agnieszka Żukowska 09 maja 2016, 12:00
Partner magazynu czytaj ten artykuł
Od trzech lat jeżdżę Skodą i od tego czasu - zwyczajnie to lubię. Trafić na samochód, który cię słucha – bezcenne. To jest dopiero luksus. Jaka jest Magdalena Różczka za kierownicą?

Piękny z ciebie człowiek, Magda… (duże oczy Magdy robią się jeszcze większe). Tak. Piękny. Spędziłam z tobą weekend, odświeżając informacje na twój temat. I kiedy wpisałam w Google „Magda Różczka”, pierwszych kilkanaście postów związanych było z działalnością charytatywną. Każda marka chciałaby mieć tak dobrze wypozycjonowany wizerunek. A przecież za tobą nie stoi sztab PR-owców, czy stoi?

Magdalena Różczka: Owszem, nie stoi.

A mimo to twoje życie internetowe ułożyło się, i nadal układa, w mądrą historię. Skąd u ciebie ta potrzeba nieustannego pomagania?

Moja hierarchia wartości zawsze była taka sama. Na pierwszym miejscu rodzina, potem długo, długo nic, a następnie, na jednej pozycji, praca i działalność charytatywna. Ktoś mnie w to kilka lat temu wciągnął. Zobaczyłam, że daje mi ogromną satysfakcję, ale też i wychodzi. Wychodzi w takim sensie, że dużo ludzi zarażam chęcią do działania. To są czasem maleńkie rzeczy, bo nie prowadzę wielkich aukcji dla bogaczy. Raczej mam poczucie, że mniejsze sprawy dają równie owocne rezultaty.
Ostatnio zrobiłam z Endo specjalne koszulki dla Fundacji Spełnionych Marzeń. Na koszulce jest hasło „Razem możemy więcej”. I gorąco w to wierzę. Niektórzy zwracają mi uwagę, że mam mało fanów na Facebooku, dwadzieścia jeden tysięcy osób. Z jednej strony niedużo, ale prowadzę ten profil zaledwie od dwóch lat i mam wrażenie, że skupiają się wokół mnie osoby, które rzeczywiście chcą pomagać. Tam spotykam naprawdę fajnych ludzi. Angażuję się w pomaganie od 8 lat. Pracuję z ludźmi i fundacjami, które znam od lat, które sprawdzam i wiem, że na pewno działają. Jestem na tyle odpowiedzialna, że nie namawiam ludzi do niczego, czego nie jestem pewna i czego nie zrobię sama. Nie wyobrażam sobie, żebym poprosiła kogokolwiek o zrobienie przelewu, nawet najdrobniejszego, nie robiąc tego osobiście. Muszę i chcę być szczera ze sobą. Jeśli namawiam ludzi, żeby zbierali nakrętki plastikowe, to też je zbieram. I przekazuję, gdzie wiem, że będą dobrze spożytkowane. To akurat dla Hospicjum Małego Księcia. Za te sprzedane dalej nakrętki dzieci jeżdżą na wakacje. Jeden wielki samochód nakrętek to ponad dwadzieścia tysięcy złotych! Namawiam na to pomaganie gorąco, bo myślę, że ludzie czują we mnie tę szczerość. Ta pomoc dzisiaj ma sens, ale tak nie zawsze było.

Kiedy poczułaś, że możesz już więcej i uświadomiłaś sobie, że wraz z ogromną popularnością, która jest oczywiście uciążliwa, możesz zrobić tyle dobrego dla innych?

Poczułam 8 lat temu, kiedy Tomek Osuch z Fundacji Spełnionych Marzeń zaprosił mnie na oddział onkologiczny do dzieci. W pierwszym odruchu odmówiłam, bo wydawało mi się, że będzie to dla mnie za duże obciążenie, poza tym nie jestem lekarzem, wydawało mi się, że nie będę mogła pomóc. Ale kiedy poszłam pierwszy raz i zobaczyłam, ile radości sprawiłam dzieciom i rodzicom, którzy czasem kilka miesięcy spędzają w szpitalu, coś we mnie pękło. Poczułam, że warto spróbować. I tak zostało do dzisiaj.

Aktorstwo to nie była miłość od pierwszego wejrzenia, prawda? Czy może jednak była, ale los chciał troszeczkę inaczej, przynajmniej na początku…?

A, tak. Masz na myśli studia informatyczne?

Potem socjologię…

Prawda. Na informatykę nie zdawałam egzaminów. Miałam bardzo dobre świadectwo i uczelnia była blisko domu, co było dla mnie równie ważne. Zrezygnowałam po pierwszym semestrze, ale egzaminy zdałam. Potem wybrałam zaocznie socjologię i poszłam do pracy. Odpuściłam po pierwszym roku i wtedy ktoś mnie zapytał, dlaczego nie zdawałam do szkoły aktorskiej… Wiesz, ja byłam przekonana, że aktorem człowiek się rodzi. Janda, Gajos… Myślałam, że oni od urodzenia byli wielkimi aktorami. Nie zdawałam sobie sprawy, że to nieustająca nauka i wyzwanie. Ale czułam, że i ja to umiem robić, że mam to w sobie. Tak to wtedy nazywałam. Ta miłość była jednak od samego początku. Dlatego teatr w Nowej Soli (miejsce urodzenia i wychowania aktorki – przyp. red.). Zresztą wtedy niczego innego nie było. Ja nie miałam. I nie mówię, że wychowała mnie bieda, bo biedna nie byłam, tylko taki ogólny brak wszystkiego. Kiedy byłam dzieckiem, pamiętam kartki i na pewno kolejki, chodziłam z kluczem do szkoły, z koleżankami. A potem szłam sama do babci na drugi koniec miasta.
Spędzaliśmy bardzo dużo czasu na podwórku. Bez komórek. Kompletnie inne czasy. Wychodziłam na kilka godzin, ale miałam dobrze poukładane w głowie i jak mówiłam o której będę, to byłam. Musiałam dostać dodatkowe pozwolenie, żeby zostać dłużej. Zaufanie do rodziców budowało się zupełnie inaczej niż dzisiaj. Kiedyś, gdy dziecko samo chciało coś robić, to się stawało na głowie, żeby tak było. Dzisiaj nie zdąży zamarzyć… Sama nie wiem, czy to dobrze. Ostatnio przeczytałam ze swoją starszą córką książkę o królewnie, która uciekła z zamku. ("Królewna" – przyp. red.). Temat poczucia szczęścia i rozmowy wokół niego towarzyszy nam do tej pory. To niezwykle trudne zbudować w dziecku potrzebę radości z małych rzeczy i doceniania tego, co ma.

To duże wyzwanie dla nas, bo jesteśmy właśnie z tego okresu, kiedy małe było wielkie. Dzisiaj nasze dzieci mają ogromne możliwości. Tylko jak je mądrze wychować?

Według mnie, mądrze znaczy przede wszystkim uważnie. Wsłuchując się w ich potrzeby, dając przy tym ogromną swobodę. Ogromne wyzwanie, nie ma większego, ale myślę, że warto (śmiech).

To pewnie czytasz te wszystkie mądre książki na temat wychowania dzieci?

No jasne! Wszystkie. Absolutnie! I nie tylko na temat wychowania dzieci, ale i pracy nad sobą. To mój konik. I rzeczywiście czasem wyczytuję mądre rzeczy. Każdy taki poradnik przepuszczam jeszcze przez sito swojego mózgu...

Magda, ale ciągle rozmawiamy o twojej jasnej stronie. Porozmawiajmy jeszcze o tej ciemnej…

Ciemnej nie ma!

Nie zrobiłaś w swoim życiu niczego szalonego? Nie pomyślałaś: „matko, nigdy się do tego nie przyznam…”?

Wiesz, że nie… I w ogóle nie mam takiej potrzeby. Nawet jako dziecko nie przeżyłam buntu młodzieńczego, więc pewnie wszystko przede mną. Nie mam nawet takich pomysłów. Wszystko, co w jakiś sposób jest szalone, u mnie jest związane z zawodem. Jeśli ktoś mnie namówi, żebym skoczyła ze spadochronem, pływała na desce, a jest to w scenariuszu, to zrobię! Gdybym musiała z kamerą na głowie wyskoczyć z maszyny latającej - proszę bardzo. Albo nauczyć się czegoś dziwnego, bo tego wymaga rola – oczywiście tak. Inaczej nie mam powodu. Muszę mieć przede wszystkim dużo czasu dla swoich dzieci i dla innych. A dla siebie? Szkoda mi go właśnie na takie pierdoły…

To i szybkiej jazdy też nie lubisz, prawda?

Zupełnie nie. Po co szybko jeździć?

Znaczy się – typ kobiety „noga z gazu”…

Tak, absolutnie. Spokojnie, powolutku. Jak jest pusto na ulicach, to czasem nacisnę ten pedał, ale to jest zawsze bardzo bezpieczne.

Zawsze byłaś taka asekuracyjna, czy odkąd pojawiły się dzieci?

W moimi przypadku nie ma związku. Jak nie miałam dzieci, to akurat nie jeździłam w ogóle.

Ile lat masz prawo jazdy?

Odkąd pamiętam, ale po prostu nie jeździłam. Nie marzyłam nawet o samochodzie. Mówiłam ci już, pochodzę z czasów, kiedy to był luksus i nikogo nie było stać. Zrobiłam prawo jazdy, bo wszyscy robili. I myślałam, że mi się to w zawodzie przyda. No i przydało, ale mało brakowało, a rozwaliłabym samochód na planie. I wtedy postanowiłam nauczyć się tej jazdy na co dzień.

No i masz dzieci przecież, które obsługujesz 24 godziny na dobę...

Tak, zwłaszcza od kiedy zaczęła się szkoła, bardzo mi się to jeżdżenie przydaje. I zupełnie poważnie mówię: od trzech lat jeżdżę Škodą i od tego czasu – zwyczajnie lubię. I to jest chyba w tym najważniejsze, żeby polubić. U mnie zbiegło się to dodatkowo z potrzebą swobodnego przemieszczania się. Poza tym trafić na samochód, który cię słucha – bezcenne. To jest dopiero luksus.
Pierwszy raz tak mam, bo to duży samochód, Škoda Yeti. Jedni mówią, że udaje samochód sportowy, inni, że świetnie sprawdza się w terenie. Oczywiście czasem zaliczam krawężniki, ale nic się nie dzieje. Skrętny, świetnie się parkuje. Dostosowany do dziewczynek, ma kamerkę cofania, gadżety, które mi bardzo pomagają. No więc na szczęście zbiegły się dwie rzeczy, które sprawiły, że będę już kierowcą. Ale mam zamiar do końca życia nie mówić, że świetnie jeżdżę. Jestem szalenie ostrożna. Poza tym mam wadę, nie wiem czy tak mają kobiety generalnie, ja to mam – niepodzielną uwagę. Jeżeli teraz wyciągnę telefon i zacznę czytać smsy, to nie usłyszę nikogo, kto będzie do mnie mówił. Może trudno w to uwierzyć, ale ci, którzy mnie znają, wiedzą, że tak po prostu mam. Dlatego jak jeżdżę, jestem bardzo skupiona na drodze.

Bardzo dobrze, że jesteś skupiona, nie nazwałabym tego wadą. Ja z kolei myślę, że to przez tę wielozadaniowość kobiet jest nam tak ciężko czasami...

I ja tak myślę. Tym bardziej, że nie do końca chyba kobiety odnalazły się w myśleniu o sobie. Mam wrażenie, że do dzisiaj nie poradziły sobie w takim sensie, że jeżeli dały sobie przyzwolenie na to, żeby mieć pragnienia zawodowe, ambicje, to jednak radość z poszczególnych etapów i sukcesów odczuwają wtedy, kiedy najpierw są spełnione w domu. Czyli: śniadanie z rodziną, pranie, sprzątanie, wszystko to, co robiła zawsze gospodyni domowa. Niestety. I jeżeli na jakiejkolwiek płaszczyźnie nawalamy, to nie jesteśmy w stanie zwyczajnie się cieszyć z osiągnięć w innych dziedzinach życia. Ja to widzę po sobie i po swoich koleżankach…

Jaką siostrą jest twoja starsza córka Wandzia?

Cudowną! Wandzia jest w ogóle fajnym człowiekiem. I to mnie cieszy. To już dziewczynka, z którą mogę porozmawiać na każdy temat i, oprócz takiej ślepej, matczynej miłości, widzę w niej tego człowieka właśnie. I zazdroszczę sobie, bo wiem, że moja miłość matczyna jest tak ogromna, że pokochałabym każdego… A w dodatku trafiły mi się już niespotykanie fajne dwa egzemplarze… Nie będąc matką, też bym je pewnie polubiła. Ale nikt mi nie powie, że dziecko rodzi się jak tabula rasa, bo już od dnia narodzin można wyczytać wszystkie jego cechy charakteru…

Planujesz już wakacje, czy to raczej spontaniczne decyzje?

Od jakiegoś czasu już planuję. Chyba się starzeję. Zresztą ten czas tak pędzi, że postanowiłam zaplanować. Nie planuję tylko trasy i tego, jak będę odpoczywać. Potrzebuję dwóch tygodni, żeby zwyczajnie być, pooddychać razem z rodziną, nic nie robić, bo jestem bardzo aktywna na co dzień. Mój mózg paruje. Jak nie pracuję i jestem w domu, to z kolei wymyślam. Ostatnio, kiedy z wiadomych względów miałam przerwę w pracy, to wpadłam na pomysł filmu, który mam nadzieję powstanie w przyszłym roku. Czas wakacji jest jedynym czasem, kiedy potrafię momentalnie przestawić się na zupełnie inne tory. Nawet na zegarek nie patrzę. Siadamy wspólnie ze sobą i jesteśmy. Po prostu. Tak najbardziej lubię.

Magda, a jest coś, czego w sobie nie lubisz?

Nie lubię siebie, jak mam gorsze dni. Lubię, jak jestem energetyczna, radosna, twórcza. Ale niestety mam i takie dni, kiedy mi się nic nie chce. I wtedy wiem, że muszę odczekać. Nie mogę robić niczego na siłę. I działa. Następnego dnia mam za to jakąś podwójną moc, dlatego sobie na to pozwalam. Nie chce ci się, nie wychodzi, usiądź i przeczekaj. Potem będziesz góry przenosić. To jest mój przepis i sama się do tego stosuję (śmiech).