Paździerz i makatka

Agata Passent 10 maja 2016, 08:34
Partner magazynu czytaj ten artykuł
Na początku było słowo: dizajn. Jeszcze nie było tendencji do pisowni polskiej, więc raczej był to “design”. Określenie to pojawiło się w moim życiu pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Wcześniej to my tu mieliśmy albo paździerz, albo wzornictwo. Albo tandetę, albo tzw. ładną rzecz. Nie pamiętacie czy nie znacie tzw. paździerzu, czyli rzeczy zawstydzająco tanich, ponurych, byle jakich?

Ciężkie prostokątne ciemnozielone automaty telefoniczne z powyrywanymi słuchawkami, wiszące w obsikanych budkach telefonicznych. Aparaty te przypominały czarne skrzynki wyrzucone z samolotu po katastrofie. Szkolne ściany “udekorowane” doniczkami zawieszonymi na wieszakach wykonanych z czarnego powykręcanego stalowego drutu. Uchwyty na te donice przypominały bardziej drut kolczasty. Nic dziwnego, że rośliny wyglądały w tym na zdechłe z braku wody i światła. Plastikowe narty z rzemienną pętlą zamiast wiązania.

Enerdowskie klocki Pebe, socjalistyczna odpowiedź na Lego - autka do składania w kolorze mysim, kółka rozjeżdżające się, a plastik tak tani, że lepiej już było dostać plastelinę. Sztućce aluminiowe, a i tak rozkradane z barów i knajp.

Jeśli w jakiejś toalecie publicznej było mydło, to nie w mydelniczce czy dozowniku, ale w plastikowej siatce dziurkowanej przywiązanej do kranu. A dizajn w mieszkaniach? Jeśli był, to były to zastawy niewytłuczone w czasie wojny, czasem jakiś kandelabr z manufaktury w Bawarii czy zaśniedziałe kryształowe lustro uratowane od wywózki do ZSRR. W latach 80. królowały boazerie na ścianach - bo gdzieś rzucili sosnowe drewno i bo ściany mieszkań były krzywe, więc warto je zasłaniać. Nikt wtedy o gładzi polimerowej nie słyszał, a o plazmowych tv czy dostępnych fotografiach artystycznych w ładnych ramach nie było mowy, więc ściany po prostu zasłaniano. Jak nie makatką ze słomy, to kilimkiem z Cepelii. Cepelia była symbolem śmierci rękodzieła. Czasem pojawiał się tu drewniany ptaszek do gwizdania, czasem kieliszek do jajka we wzorek z Opolszczyzny albo talerze dekoracyjne z Włocławka. Trzy wzory na cały kraj.

Chlubnym wyjątkiem powojennego wzornictwa były lata 60. Powstało wtedy trochę drewnianych mebli - stolików karcianych, foteli, etażerek, krzeseł z drewna profilowanego, komód nawiązujących do tradycji spółdzielni ŁAD oraz lekkiego i funkcjonalnego wzornictwa skandynawskiego. Pamiętam drewniane i metalowe taborety przypominające klasyki fińskiego giganta architektury i wzornictwa - Alvara Aalto. Mam w domu czarno-białego byka z porcelany z Ćmielowa, popielniczki w kara, serca, trefle i piki - też z Ćmielowa. Ale potem nastała ohyda lat 70. Telewizory Neptun z obudową z płyty pilśniowej i burym ekranem tak zwaliste, że gdy mój wuj w przypływie szału po obejrzeniu propagandowego „Dziennika” wyrzucił coś takiego przez okno do ogrodu, to zrobiła się dziura w ziemi jak po meteorycie. Przybory szkolne były tak ohydne, że część z nas wolała nosić ołówki i chińskie pióra w piórnikach drewnianych albo związane gumką recepturką.

Nie dziwi mnie, że kiedy pojawiły się w Polsce pierwsze sklepy Ikei, ruszyliśmy na nie szturmem i wciąż lubimy robić tam zakupy. Skandynawia dała Polakom w dizajnie żywe kolory, lekkość, pomysłowość składania, szafki na kółkach, zamiast koronkowych firan - zasłony lniane w wielkie czerwone maki.

Choć sama w domu nie mam zasłon ani nie używam obrusów - uwielbiam materiały fińskiej marki Marimekko. Takie zasłony wydają mi się piękniejsze niż niejeden landszaft za oknem czy płótno modnego artysty. Chińskie miseczki kupowane w jedynym w Warszawie sklepie chińskim zastąpiła moda na Japonię. Pojawiły się w naszych domach maty tatami i czysta medytacyjna pustka zastąpiła zbieractwo i chaos. W pewnym momencie w dizajnie pojawił się etap snobizmu na Toskanię i Prowansję. Kafelki koniecznie z Włoch. Do tego stopnia, że zatraciliśmy poczucie równowagi. Oto w blokach z wielkiej płyty pojawiły się kafle w słoneczniki i cykady, alabastrowe kinkiety, kryształowe żyrandole z weneckich pałaców i całość wyglądała kuriozalnie.

Ja wciąż jestem głodna koloru. Dlaczego stół musi być w kolorze płyty pilśniowej z fabryki w Rucianem-Nidzie? Nie chcę ponuractwa. Dlatego mam w domu wielki żółty stół.

Dlaczego ściana w łazience ma być biała? Mam złotą ścianę i kaloryfer pomalowany na złoto. Kiedyś pisaliśmy na wielkich maszynach do pisania zamykanych w szare pudła. Dlatego dziś swój cienki jak kartka papieru laptop “ubieram” w etui zrobione na szydełku przez moją przyjaciółkę. Jaki chcesz kolor włóczki? Chcę paski, najlepiej żółte, różowe, czerwone, morskie.

Mimo zachłyśnięcia się dizajnem, który objawia się co i rusz w innych sferach codzienności - np. od kilku lat modne są holenderskie rowery czy deskorolki z klonu kanadyjskiego malowane w plażowe esyfloresy - wciąż jesteśmy konserwatywni. Do dizajnerskich ekscesów i eksperymentów chętna jest mała grupa. Nocami polują na okazje, wyszukując na allegro termosów z lat 70. czy bakelitowych dzwonków do drzwi. Zamożni ludzie gotowi są kupić nową lampę biurkową z żywicy projektu świętej pamięci Elio Martinelliego za tysiąc złotych, by umilić sobie ślęczenie za biurkiem czy zaimponować klientom. Jak bardzo jesteśmy wciąż nieufni, skromni i konserwatywni, niech świadczy to, że butików z polskim dizajnem właściwie nie ma.

Po prostu wciąż się sztuki uczymy albo mamy ważniejsze wydatki. Mnie samą zbyt wyrafinowany dizajn czasem onieśmiela, a czasem… przerasta. Zdarzyło mi się kiedyś w hotelu nie umieć włączyć prysznica - tak był nowoczesny. Nie lubię pokoi hotelowych otwieranych na smartfon - wolę stare klucze z brelokiem. Taki brelok z numerem może być elementem flirtu - można komuś dyskretnie brelok taki przeczytać.

Ostatnio z koleżanką odwiedziłam Muzeum Fotograficzne w Sztokholmie. Były tam fotografie Augusta Sandera, Richarda Avedona i wielu innych mistrzów. A do tego w kawiarni dizajnersko podawane wegańskie danie z marchewek ułożonych w strukturę przypominającą domek z kart. Koleżanka poszła do łazienki umyć ręce. Wróciła nader błyskawicznie. Kochana, musisz mi pomóc, nie mogę odkręcić kranu. No pewnie! Krany już dawno się nie odkręcają, bo kurki chwilowo wyszły z mody. Wszystko jest teraz dotykowe. Ale dizajn ma to do siebie, że kręci się w kółko. Wrócą kurki, ebonit, płyta pilśniowa. Niemądrze robią ci z nas, którzy wyrzucają stare meble na śmietnik. Kilka lat temu sąsiad z kamienicy wystawił do wywózki swoją starą komodę typu jamnik. Wyciągnęłam ją ze śmietnika, wtaszczyłam do windy, pomalowałam nóżki na szaro, a blat na granatowo. Trzymam w niej albumy fotograficzne. Wszyscy pytają, czy to mebel ze Szwecji… Nie bójmy się dizajnu, ale korzystajmy z niego z umiarem. Bo można się nim przejeść albo od niego uzależnić. W końcu w życiu opakowanie zawsze jest mniej ważne niż jego zawartość.