Jarosław Kociszewski , 11 sierpnia 2017

Robert Szreder: Chłopcy z ruin zawsze sobie poradzą

Robert Szreder jest "chłopakiem z ruin Warszawy”. Jako młody wybitny skrzypek był dumą PRL. Polska Ludowa postawiła go przed wyborem, z powodu którego teraz chwali się nim Holandia. Z perspektywy czasu i doświadczeń uchodźcy bez ogródek ocenia to, co teraz dzieje się w Polsce i w Europie.

Jarosław Kociszewski, Wirtualna Polska: Dlaczego wyjechałeś z Polski w 1974 r.?

Robert Szreder: Odpowiadając na to pytanie zawsze zaczynam od wyjaśnienia, że nie mam żalu do nikogo ani do Polski, ani do ówczesnych władz, a to dlatego, że ja nie jestem patriotą. Nie jestem patriotą, bo patriotyzm zbyt łatwo przechodzi w nacjonalizm, a tym się brzydzę.

To dlaczego opuściłeś socjalistyczną ojczyznę?

Wyjechałem z Polski właśnie dlatego, że byłem jednym z flagowych skrzypków PRL-u. Miałem za sobą dużą karierę. Jeździłem po świecie jako solista PAGART-u, czyli agencji promującej polskich artystów. Zdobywałem nagrody. Jak w każdym takim systemie, w pewnej chwili musiałem wybrać, czy jestem za reżimem, czy przeciw niemu. Ja otrzymałem bardzo dobre wykształcenie w Polsce, ale też jeździłem po świecie i widziałem, jak to jest. Początkowo byłem strasznie dumny z tego, że jestem Polakiem, ale przyszedł rok 1968, a później 1970. Uważałem, że artysta jest dla wszystkich. Mogłem tak samo grać w Związku Radzieckim, Czechosłowacji, Szwecji czy w USA. Artysta nie może się angażować. Byłem młody, romantyczny. W tych czasach twarzą systemu były sport i sztuka, a ja byłem znany. Prasa pisała, że Wanda Wiłkomirska gra tu, a Robert Szreder gra tam. Byłem na afiszach.

To nie jest postawa ani sytuacja buntownika.

Można powiedzieć, że byłem twarzą sukcesu tego systemu. Jednak w pewnej chwili, tak jak wszyscy moi koledzy, zostałem zaproszony na rozmowę z władzami. Powiedziano mi, że muszę przystąpić do partii, żeby być przykładem dla młodego pokolenia. "Na ciebie patrzy młode pokolenie i musisz być jednym z nas" - usłyszałem. Wtedy powiedziałem "nie". Być może byłem rozpieszczony przez system, a może nazbyt romantyczny. Odpowiedziałem: "Ja jestem artystą. Chcę grać. Chcę koncertować. Chcę dzielić się z ludźmi moimi emocjami bez względu na to czy to są robotnicy, czy intelektualiści, Amerykanie, czy Rosjanie". Na to usłyszałem: "Tak, ale ty musisz wybrać pewną drogę".

Czy wybór przyszedł łatwo?

Dosyć długo tłumaczyłem, o co mi chodzi, ale w pewnej chwili przesadziłem. Przypomniał mi się ojciec AK-owiec, który działał w podziemiu i nawet po wojnie przez jakiś czas się ukrywał. Bezpośrednio po wojnie został kwatermistrzem w Szkole Orląt, ale w pewnej chwili został ostrzeżony o możliwym aresztowaniu. Część jego kolegów aresztowano i rozstrzelano. On się ukrywał. To mi stanęło przed oczami. Byłem dumny, bo ja jestem chłopak z Warszawy. Chłopak z ruin. Przed oczami stanął mi też rok 68. Wtedy też pacyfikowano nas, studentów. Stanęła mi przed oczami strata wielu przyjaciół pochodzenia żydowskiego. Powiedziałem wtedy niepotrzebne słowa, że jestem artystą i chcę móc spojrzeć w lustro przy goleniu.

Jak zareagowały władze?

Odpowiedzieli, że dadzą mi czas na zastanowienie. Równocześnie zostały odwołane wszystkie moje koncerty. Zostały skasowane wszystkie zaproszenia zorganizowane przez PAGART. Od tego momentu mówiono, że Robert Szreder jest chory albo ma zajęte terminy. Wycięty został nawet jeden utwór Smetany, który wcześniej nagrałem do programu czeskiego. Był człowiek – nie ma człowieka. Byli na tyle mili, że zaproponowali mi stanowisko drugiego koncertmistrza w operze, ale mnie to nie zadawalało.

Robert Szreder

Robert Szreder

Źródło: Archiwum prywatne

To był 1972 r. ale przecież wyjechałeś dopiero dwa lata później.

W tym czasie tworzona była nowa orkiestra w Maracaibo w Wenezueli. Na szczęście zawsze miałem wielu przyjaciół. Też w PAGART-cie. Ukradkiem zgłosili mnie do przesłuchania. Zagrałem i dyrektor wynajął mnie na koncertmistrza. To był maj, a we wrześniu na piętnaście miesięcy wyjechałem do Wenezueli. Oczywiście w tym czasie w Polsce wybuchła z tego powodu burza. Tego nie mogli kontrolować. Na przykład wtedy właśnie pojechałem na swoje pierwsze tourne po Ameryce.

To był przedsmak "prawdziwej" emigracji?

Ja wtedy strasznie tęskniłem za Polską. To było bardzo daleko i odczuwałem to, że między mną a Polską i moją rodziną był ocean. W drodze powrotnej kupiłem samochód na zachodzie Europy. Jak wracałem, to już na granicy półtorej godziny mnie przesłuchiwali. Żona myślała, że już nie wrócę do samochodu. Później miałem rozmaite perypetie z milicją. W tym czasie przyszło też zaproszenie dla mnie, żebym zagrał w Trybunale Sprawiedliwości w Hadze, a władze nie mogły mi zabronić. Jestem jedynym Polakiem, który tam występował.

To był krok w stronę Holandii?

Wysoki oficer milicji w Komendzie Głównej poradził mi, że jak już będę w Holandii, to żebym szukał tam pracy, póki mogę. Zagrałem ten koncert. Cała prasa o nim pisała, a potem zagrałem też egzamin kwalifikacyjny do orkiestry i do Polski wróciłem już z kontraktem. Ten oficer znowu wezwał mnie na komendę i powiedział "Ty pięknie grasz. Wiele wspaniałych chwil przeżyłem na twoich koncertach, ale jednak jesteś strasznie głupi. Kiedy wreszcie zrozumiesz, że w tym kraju nie ma dla ciebie miejsca?". Ten człowiek bardzo mi pomógł. Pewnego dnia, w sierpniu 1974 r., zadzwonił telefon z milicji z informacją, że to jest ostatnia noc, kiedy mogę przekroczyć granicę. Wsiedliśmy z żoną w samochód i wyjechaliśmy. Żona rozpłakała się, gdy przekraczaliśmy granicę między NRD a RFN.

Nikt ci nie przeszkadzał?

Po pół roku w Holandii dostałem wiadomość, że mam wrócić do Polski, żeby wyjaśnić pewne sprawy. Przyjaciele w polskiej ambasadzie poradzili, żebym nie kupował biletu w obie strony. Paszport mi się skończył i nie został już przedłużony. Tutaj Holendrzy bardzo ładnie się zachowali i szybko dostałem paszport holenderski. Nie musiałem czekać 5 lat. Chcę podkreślić, że to była tylko moja decyzja. Trudna, o bardzo poważnych konsekwencjach, ale każda decyzja życiowa ma cenę.

Czy czułeś się uchodźcą? Czy ubiegałeś się o status uchodźcy?

Nie. Zaczynałem w bardzo wielkiej biedzie po tym, jak w Polsce bardzo dobrze mi się powodziło. Natomiast nigdy nie ubiegałem się o status uchodźcy ani nie prosiłem o żadną pomoc. Nie pozwalała mi na to ani moja ambicja, ani duma z tego, że pochodziłem z Polski. Ja byłem Robert Szreder, chłopak z ruin Warszawy. Chłopcy z ruin zawsze sami sobie poradzą. Ja do dzisiaj wszystkim mówię "I am Polish born" (urodziłem się w Polsce).

Nie mówię, że jestem Polakiem ani nie chodzę z flagą. Wszyscy wiedzą, że jestem polskim skrzypkiem, urodzonym i wychowanym w Polsce. Mam wielki sentyment do Polski, ale jednocześnie reprezentuję Królestwo Niderlandów. Niemniej nigdy nie prosiłem o pomoc, bo urodziłem się w Polsce. Polak nie prosi o pożyczkę ani o pomoc, ani o jakiś specjalny status. Zaczynałem w zaniedbanym mieszkanku z jednym garnkiem i jedząc na podłodze.

A kiedy pierwszy raz znowu przyjechałeś do Polski?

Minęło kilkanaście lat. Najtrudniej było to wytłumaczyć mojej malutkiej córce - Ewie. Pytała, dlaczego nie możemy tam pojechać, skoro Polska jest taka piękna? To były naprawdę trudne czasy, które trudno jest zrozumieć komuś, kto tego nie przeżył. Na przykład rozmawiając przez telefon z rodzicami nigdy nie wiedziałem, czy oni są naprawdę zdrowi czy chorzy, ale tego nie mówią, żeby mnie nie martwić. Wiedzieli, że gdyby coś im było, to serce nakazałoby mi wrócić, a i tak nie pozwoliliby mi ich zobaczyć.

Na początku emigracji jeszcze raz zagrałem w polskiej ambasadzie, ale gdy zobaczyłem afisz z nazwą Polski po rosyjsku, stwierdziłem, że moja noga nigdy już tam nie postanie. Wiele, wiele lat później spotkałem starszego, prawdziwego ambasadora, który przy kawie powiedział, że nadszedł chyba czas, żebym przekroczył progi ambasady i żebyśmy się pogodzili.

Oddali ci paszport?

Nie. Gdy pierwszy raz chciałem jechać do Polski w 1988 albo 1989 r. i miałem iść do ambasady, Holendrzy ostrzegali mnie, że sytuacja jest niepewna. Poradzili, żebym przed wyjazdem oficjalnie zrzekł się polskiego obywatelstwa. Gdyby coś się w Polsce wydarzyło, a ja miałbym obywatelstwo polskie, to nie mogliby mi w żaden sposób pomóc. Tak też zrobiłem. Jak szedłem do ambasady, żeby oficjalnie zrzec się obywatelstwa, to przed budynkiem stał holenderski agent, który miał upewnić się, że na pewno wyjdę.

Nic się nie stało, ale poprosili też, że jak już przyjadę do Polski to, żebym zaraz pierwszego dnia zgłosił się do ambasady holenderskiej. Takie to były czasy. Na przykład mój bardzo znany przyjaciel, którego nazwiska nie chcę podawać, też wybierał się do Polski samochodem. Planował pojechać przez Czechosłowację, ale wszystkim znajomym mówił, że jedzie przez Niemcy, żeby zmylić kontrolę.

Z prof. Zenonem Brzewskim - mistrzem i nauczycielem

Z prof. Zenonem Brzewskim - mistrzem i nauczycielem

Źródło: Archiwum prywatne

To nie była z twojej strony pewna przesada?

To były czasy niepewne, zwłaszcza dla ludzi, którzy kiedyś trafili na czarne listy władz. Mam jeszcze list z pogróżkami od Jaruzelskiego. Akurat wtedy, gdy zaczynał się stan wojenny, miałem audycję w radiu, w której powiedziałem to, co serce mi dyktowało. To była taka cykliczna audycja, podczas której artysta miał 15 minut na wypowiedź i zagranie utworu. Wtedy już byłem bardzo znany w Holandii. Jak wchodziłem na estradę, prowadzący przedstawił mnie mówiąc, że to jest Robert Szreder, który co prawda wygląda jak Włoch czy Hiszpan, ale pochodzi z Polski. Zapytał mnie, co czuję z powodu tego, co dzieje się w Polsce. Powiedziałem, że Polska jest dla mnie najpiękniejszym krajem na świece, który zawsze będę miał w sercu. To kraj wspaniałych ludzi tłamszonych przez władze. Potem zagrałem Niguna. Tak od serca. Koledzy, którzy byli wtedy na sali powiedzieli, że ja nie grałem, tylko płakałem na skrzypcach. Okazało się, że ambasada słuchała tego, mimo że z kulturą mieli niewiele wspólnego. Po kilku dniach dostałem list od Jaruzelskiego wysłany przez ambasadę w Holandii. List zawierał fragment przemówienia gen. Jaruzelskiego na temat zdrajców narodu polskiego i elementów szerzących zamęt.

Ty byłeś tym zdrajcą i elementem szerzącym zamęt?

Tak. W liście zapewnili mnie też, że spotka mnie "zasłużona kara". Dlatego właśnie, gdy chciałem pierwszy raz jechać do Polski, Holendrzy nalegali na podjęcie tych wszystkich środków ostrożności.

A teraz masz polskie obywatelstwo?

Nie. Wtedy, gdy potrzebowałem, Holendrzy przyjęli mnie do swojej rodziny. Dali mi paszport. Nie można służyć dwóm panom i dlatego zostaję przy paszporcie holenderskim, a w przypadku sporu pomiędzy Holandią i Polską pozostałbym niezaangażowany.

Czy czujesz się patriotą holenderskim?

Nie. Ani polskim, ani holenderskim. Ja w ogóle nie czuję się patriotą. Ja jestem chłopakiem z ruin urodzonym w Polsce, w Warszawie, który reprezentuje Holandię. Co prawda czasem podczas moich występów wywieszane są dwie flagi, polska i holenderska, ale reprezentuję Holandię i mam nadzieję, że ten kraj nigdy nie będzie się za mnie wstydził. Jednocześnie wszyscy wiedzą, że z pochodzenia jestem Polakiem, że Polska mnie wychowała i nauczyła grać na skrzypcach. Moja córka też mówi po polsku.

To może po prostu jesteś "prawdziwym" Europejczykiem?

Nie czuję się też Europejczykiem. To też jest jakieś wyświechtane pojęcie. Ja mam swoje własne normy etyczne i moralne, które mogą się podobać lub nie. Nikogo nie pouczam ani nie oceniam. Zresztą podziwiam ludzi, którzy mają odwagę oceniać innych. Przecież trzeba być strasznie pewnym siebie, żeby powiedzieć, że w takiej sytuacji ja zachowałbym się inaczej. Ja takiej pewności siebie nigdy nie miałem. Ja jestem Robert Szreder i tyle.

Oczywiście bolą mnie różne rzeczy, które w tej chwili dzieją się w Polsce. Wolałbym być bardziej dumny z Polski. Zaraz okaże się, że znowu nie będę mógł jeździć do Polski. Już byłem dobry. Byłem też zły. Może za pięć lat znowu będę zły i odbiorą mi odznaczenie? Jestem dumny z Krzyża Oficerskiego Polonia Restituta, aczkolwiek podchodzę do tego z pewnym dystansem.

Czy zajmujesz stanowisko w bieżących sprawach polskiej polityki?

Tylko w rozmowach z moim przyjacielem, który też pochodzi z Polski. Ale przecież mieszkając w Holandii nie będę wycierał twarzy Polską. To jest bardzo trudna sytuacja. To, co się teraz z Polską dzieje, ten blamaż, jest dla mnie bardzo bolesny. To co się dzieje z polską demokracją, z konstytucją, z ludźmi, z kłótniami. Kompletny brak dyskusji. Ludzie zapominają, że chodzi o Polskę, a nie o zbieranie haków na siebie. To mi przeszkadza.

A to co dzieje się w Holandii jest ci obojętne?

Nie. Na tym polega status imigranta. Widzisz, jak rozmawiam z moimi przyjaciółmi, to łatwo jest mi mówić o historii Polski, ale minęło wiele lat od mojego wyjazdu. Mentalność Polaków bardzo się w tym czasie zmieniła. Na przykład ja nie przeżyłem stanu wojennego. Współczesna mentalność Polaka jest dla mnie często obca.

Jak się zmieniła?

Chociażby codzienne funkcjonowanie. Ja nie mieszkam w Polsce. Problemy polskie znam z gazet i telewizji, ale w nich nie siedzę. To tak, jakbyś czytał książkę. Możesz być bardzo zaangażowany, ale nie jesteś w centrum wydarzeń. Zmieniło się podejście i sposób rozwiązywania problemów. Przepraszam za szczerość, ale stało się bardzo małostkowe. Takie troszeczkę prowincjonalne.

Zrelaksowany

Zrelaksowany "chłopak z ruin Warszawy"

Źródło: Archiwum prywatne

Kiedyś takie nie było?

Nie. Za moich czasów, za czasów mojej młodości, kraj był zamknięty, ale każdy miał w sobie pewien opór wynoszony z domu. Był inaczej wychowywany. Dzisiaj to wszystko się jakoś tak rozluźniło. Straciliśmy coś, co kiedyś mieliśmy w sobie w środku. Taką dumę, wielki honor narodowy. Dzisiaj to jest strasznie spłaszczone. To jest jakieś chodzenie w odzieży patriotycznej. Te hasła stały się tak strasznie wyświechtane. Wtedy za patriotyzm płaciło się cenę. Teraz jest tanio być patriotą. Poza tym ludzie nie zwracają już na to takiej uwagi. Społeczeństwo jest bardzo konsumpcyjne. Często tanio konsumpcyjne.

Ja uważam, że Polska ze swoimi pięknymi i niezbyt pięknymi sprawami zawsze będzie Europą Wschodnią. Spieram się o to z kolejnymi ambasadorami, którzy podkreślają, że środek Europy jest w Polsce. Odpowiadam im, że może być i dziesięć środków, ale to jest Europa Wschodnia. Bliska mi Warszawa nigdy nie będzie Paryżem, Berlinem czy Londynem i być wcale nie musi. Zachowajmy swój charakter. Bądźmy sobą. Pokazujmy nasze piękno i mniejsze piękno, ale bądźmy sobą.

Z drugiej strony, gdy moi holenderscy znajomi opowiadają o swojej młodości, to jest mi to totalnie obce. Wiem, że były powodzie i klęski, ale tego nie przeżyłem. Natomiast jak rozmawiamy o dzisiejszych sprawach społecznych czy o podatkach, to wtedy jestem w moim świecie.

To brzmi tak, jakbyś nigdzie w pełni nie należał.

Jestem strasznie podzielony. Ja nigdy nie będę Holendrem, i ciężko to powiedzieć, ale nie jestem też Polakiem w pełnym tego słowa znaczeniu. Bardzo łatwo się w tym zagubić. Dlatego lata temu powiedziałem sobie: "Jestem Robert Szreder i to są moje normy etyczne i etyczne. Na skrzypcach gram jak Robert Szreder. W konserwatorium uczę jak Robert Szreder". Ja mam ambicje i wiem, że nadal muszę być dziesięć razy lepszy od innych, żeby zaistnieć w społeczeństwie holenderskim. Nie mam o to do nikogo pretensji.

Moim koledzy, którzy bardzo wiele osiągnęli, czasem czują się obywatelami drugiej kategorii. Na przykład, gdy ról czy królowa holenderska gdzieś jedzie, to bierze ze sobą artystę. To zawsze będzie artysta holenderski. Nie weźmie artysty pochodzenia polskiego. Ja nigdy nie będę dumą Holandii w 100 proc. Ale tak po prostu jest. Wielu moich kolegów czuje się przez to niedocenionych. Ale to są konsekwencje kroku, na który kiedyś się zdecydowałem. Ja jestem potrzebny temu krajowi, ale nigdy nie będę jego dumą.

Ale to, co zbudowałeś, na przykład konserwatorium w Maastricht, to wszystko idzie na rachunek Holandii.

Tak, to idzie na rachunek Holandii. Konserwatorium nazywa mnie swoim ambasadorem, ale gdyby reprezentant konserwatorium miał gdzieś pojechać, to ręczę ci, że pojechałby Holender. Tak jest i tak być musi. Nie mogę mieć o to pretensji. W innej sytuacji jest moja córka, urodzona w Holandii i wykształcona przez Holendrów, przez ich system. Ona zajmuje ważne stanowiska, jeździ po świecie, jest Holenderką i jest z tego dumna. Ona wie, że pochodzi z Polski. Moje wnuki też będą wiedziały, że dziadek i babcia pochodzą z Polski. Mój wnuk już mówi w trzech językach, po holendersku, niemiecku i po polsku. Jemu jest łatwo, bo równocześnie uczy się mówić w tych językach. W przedszkolu mówi po niemiecku, ojciec rozmawia z nim po holendersku, a matka i niania po polsku. Ja też miałem studentów pochodzenia polskiego, którzy nawet w trzecim pokoleniu mówili po polsku. Śmiesznie, ale mówili.

Z wybitnym uczniem Piotrem Jasiurkowskim

Z wybitnym uczniem Piotrem Jasiurkowskim

Źródło: Archiwum prywatne

Czy z twoją historią nie jest ci łatwiej zrozumieć innych imigrantów? Ludzi, którzy trafiają do Holandii, na Zachód, w poszukiwaniu lepszego życia? Przecież szukają tego samego, co ty.

To są dwie grupy. Ekonomiczna i polityczna. Mój wybór nie był ekonomiczny, bo w Polsce miałem bardzo dobrze na warunki. Teraz w Holandii mamy bardzo złożony problem. Holandia jest krajem niezwykle tolerancyjnym - na mój gust, zbyt tolerancyjnym. W Holandii obcokrajowiec nigdy nie był dziwolągiem. Nie zapominajmy, że Holendrzy pływali. Byli odkrywcami i kupcami. Od wieków przez ich kraj przewijały się różne nacje. Oni są do tego przyzwyczajeni.

Jednakże w latach 70. i 80., w okresie rządów "lewicowych", bo w Holandii nigdy nie było prawdziwej lewicy, nastąpił okres politycznej poprawności. Wtedy nie wolno było skrytykować człowieka nieco innego, a narzucona polityczna poprawność rodzi skutek wręcz odwrotny. W związku z tym, na przykład w Rotterdamie wybuchają zamieszki Marokańczyków. Nigdy w oczy nie rzucają się grupy ludzi, którzy wtapiają się w społeczeństwo i stają się poprawnymi obywatelami. W oczy rzucają się grupy, które powodują nieład, zamieszki, a to jest znakomita okazja dla ludzi takich jak Wilders. Ja go przy tym nie krytykuję, bo on mówi wiele rozsądnych rzeczy.

Na przykład?

Zdarzało się, że "uchodźca" miał większe prawo do mieszkania niż rodowity Holender. Ludzie przyjeżdżali, dostawali wyposażone mieszkania, a po trzech dniach mieszkania były puste, bo wszystko zostało opróżnione i sprzedane. Mimo tego nie wolno ich było nawet skrytykować. Poprawność polityczna spowodowała bardzo wiele szkód w Holandii.

Dopóki ludzie przyjeżdżają i respektują prawa kraju, to jest w porządku, ale problemy pojawiają się, jeśli mają coraz większe roszczenia i powodują, że kraj traci swój charakter. Dam ci mały, może trywialny przykład. W tradycji holenderskiej w połowie listopada z Hiszpanii przypływa św. Mikołaj. Wysiada ze statku w towarzystwie figlarzy - Murzynków. Nie ma tu żadnego rasistowskiego podtekstu. Jeden z nich, Hoofdpiet, Główny Piotruś, niesie księgę, w której zapisane są grzeczne dzieci do obdarowania. Dookoła biegają inni figlarze, którzy rozdają cukierki. To tradycja z czasów kolonialnych. Dwa lata temu stwierdzono, że Zwarte Piet, te Czarne Piotrusie, muszą być różnokolorowe. Czerwony, zielony, niebieski, ale nie czarny. Z tego powodu wybuchają rozruchy. Teraz trwa wielka dyskusja o kolorze Piotrusiów. Przeciętnego Holendra to boli. To przykład ingerencji w starą kulturę tego kraju. Takich przykładów jest bardzo, bardzo dużo.

Ale z drugiej strony mamy Polskę, która nikogo nie chce.

Polska zawsze była krajem zamkniętym, choć w pewnym sensie tolerancyjnym. Polska nie była krajem odkrywców ani handlarzy. Nam wystarczył Bałtyk i lasy, w których mieszkaliśmy. Przez Polskę nie przewijały się tłumy cudzoziemców. W Polsce cudzoziemiec zawsze był sensacją. To swego rodzaju dziwoląg, któremu musimy pokazać, że my też jesteśmy bardzo dobrzy. Trzeba go szczególnie ugościć. To nie wynika z gościnności, tylko ze swego rodzaju kompleksu lub nieprzyzwyczajenia. Musimy pokazać, że my też nie jesteśmy gorsi. Na przykład tramwaje. Musimy pokazać, że my też mamy nowoczesne tramwaje.

Ale od zadziwienia czy nieprzyzwyczajenia do niechęci wiedzie daleka droga.

Ponieważ cudzoziemiec jest dziwolągiem, rządowi łatwo jest zrobić z niego straszaka, a tak po prostu łatwiej się rządzi. Tak jest na całym świecie. Słaby rząd szuka wroga, bo naród najłatwiej zjednoczyć w obliczu zagrożenia. Więc trafiła się fantastyczna okazja w postaci wydumanego wroga. Szkoda, że Polacy się temu poddają. To się staje zbiorową histerią. Zamiast takiej "dyskusji" należałoby pomóc tym ludziom tyle, ile można i koniec. Ale ten straszak jest fantastyczną okazją dla władzy i to jest bardzo przykre. Chcę przy tym podkreślić, że ja nie jestem otwarty i nie uważam, że wszystkich trzeba przyjmować, bo ludzie są różni. Można postawić ostre warunki. Określić liczbę imigrantów, których się przyjmuje. Natomiast używanie tego jako straszaka jest rzeczą straszną.

Holandia też sobie przecież z tym nie poradziła.

W Holandii mamy duży problem z powodu braku jasnych granic, a to jest pożywką dla Wildersa. On mówi też wiele ważnych rzeczy. Na przykład podkreśla, że nie wolno zapominać, że Holandia jest też dla Holendrów. To są korzenie i tradycja, z których nie wolno zrezygnować. Ja nie potępiam Wildersa. Jego przeciwnicy wyśmiewają go z powodu mozartowskiej fryzury i ciągają po sądach, ale co mnie to obchodzi? Dla mnie prezydent może co noc mieć inną dziewczynę pod warunkiem, że jest dobrym prezydentem. Co mi ze świętoszka, który jest beznadziejnym prezydentem?

Robert Szreder (ur. 1946) - jest wybitnym polskim skrzypkiem i pedagogiem, który od 1974 r. mieszka i pracuje w Holandii. Był uczniem prof. Zenona Brzewskiego, którego uważa za swojego "ojca duchowego". Robert Szreder koncertował i nagrywał na całym świecie, od ZSRR po USA. Do emigracji był jedną z "eksportowych twarzy PRL". W Holandii po raz drugi zbudował światową karierę solisty. Młodzi skrzypkowie z całego świata przyjeżdżali uczyć się u niego w Konserwatorium w Maastricht.