Partner wydania
Jarosław Kociszewski , 13 października 2017

To jest biznes i nie ma żadnego buntu. Jest akceptacja

Dzieciaki na koncercie biją się o strzępy przepoconych skarpet chwilowego idola z Korei. Artysta opowiada im o seksie i zabawie podkręcanej narkotykami. To produkt. Bezpieczny bunt wymyślony przez speców od marketingu. Przy okazji sprzedadzą też ciuchy. Nadopiekuńczych rodziców interesuje tylko, żeby ich pociecha nie nabiła sobie guza w klubie. Jest miło i bezpiecznie. O dzieciakach, które za smartfona zrezygnują z pokoleniowego buntu i wielkim biznesie, który na tym zarabia, mówi Marek "Prezes" Laskowski, właściciel Klubu Muzycznego "Progresja".

Jarosław Kociszewski, Wirtualna Polska: Czy w dzisiejszych czasach istnieją jeszcze subkultury młodzieżowe?

Marek "Prezes" Laskowski: Ci wszyscy starzy popersi, punkowcy czy metalowcy żyją w swoich zamkniętych kręgach. Do tych "twardych subkultur" dochodzi niewielu młodych ludzi. Mówię o ludziach, którzy deklarują "Jestem punkiem. Jestem metalowcem. Wiem, co się dzieje w mojej muzyce. Mam płyty. Nie dam się skroić z koszulki zespołu, bo jak podejdzie do mnie stary metalowiec i mnie przepyta, to odpowiem na wszystkie pytania, bo znam całą dyskografię Iron Maiden czy innego zespołu".

Natomiast dzisiaj dzieciaki się przebierają. Zrobili im sklepy, markety, gdzie się sprzedaje winyle i koszulki Metalliki. Jeśli chcesz być metalowcem, to idziesz do sklepu i się ubierasz, ale wiedzy na temat muzyki i gatunku już mieć nie musisz. Dlatego moim zdaniem te subkultury po prostu wymierają.

Nawet naziści gdzieś zniknęli. Nie żebym za nimi tęsknił, ale jak pamiętasz, jeszcze kilka lat temu zastanawialiśmy się przed koncertami, czy zapraszanie jakiegoś zespołu, czy nie, może być niebezpiecznie – ze względu na hajlowanie. Teraz ich nie ma. Widzę ich w mediach, ale w klubie ich nie ma.

Przykładem tego, że prawie nie ma wymiany pokoleń w subkulturach, niech będzie ostatni koncert The Sisters of Mercy tutaj w klubie. Średnia wieku to było jakieś 40+. Dzieciaków było mało, a jeżeli już, to bardzo małe i w słuchawkach dla bezpieczeństwa, bo rodzice nie mieli co z nimi zrobić.

Marek

Marek "Prezes" Laskowski, szef Klubu Muzycznego "Progresja"

Autor: Jarosław Kociszewski

Źródło: WP.PL

To nie ma nowych subkultur?

Nowe grupy tworzą się w oparciu o podziały pokoleniowe, a nie muzyczne. Nie jest już tak, że młody człowiek słuchający rocka czy metalu nie będzie uczestniczył w imprezach kompletnie innego gatunku. Na przykład koncert brytyjskiego zespołu Architects, który gra metalcore. Na bramce co chwila jakaś dziewczyna się ze mną witała. Te same dziewczyny trochę wcześniej widziałem na k-popie (koreańska muzyka pop). Łączy ich zabawa w swoim środowisku, w swoim pokoleniu, a nie muzyka. Ważne jest też, żeby ten, kto śpiewa ze sceny, też był w podobnym wieku.

Ten koncert pokazał również inne ciekawe zjawisko. Przed Architects grały dwie zacne kapele metalcorowe z dorobkiem. Na te starsze załogi przyszli ci 30-, 40-letni faceci. Dziewczynki tradycyjnie zajęły miejsce pod sceną i w ścisku prawie mdlały na tych dwóch supportach. Widać było, że nie wiedzą, o co tam chodzi. Ale jak weszli Architects z taką samą muzyką, to nagle śpiewały wszystkie piosenki, zaczęły się bawić i były szczęśliwe.

Następnego dnia te same dziewczyny mogą iść na koncert popowy i jeżeli artysta będzie w ich wieku, to będą się bawić. Wystąpi u mnie bluesowy zespół Kaleo z Islandii. Biletów już nie ma i gwarantuję ci, że przyjdą te same dziewczyny. Będą też na Nothing But Thieves, zespole grającym indie-rocka.

Muzyka tu nie ma żadnego znaczenia. Potwierdził mi to znajomy ze Spotify. Trochę naiwnie przyznałem, że cieszą mnie młodzi ludzie słuchający muzyki, ze słuchawkami w uszach. A on na to, że dzieciaki słuchają "produktu", przygotowanych playlist, a nie muzyki jako takiej. Nawet nie wiedzą, czego słuchają i jeżeli się ich zapyta, to podadzą ci słuchawkę mówiąc "tego". Nie umieją nawet sprawdzić, co to jest.

Spece tworzą playlisty, na których jest i metal, i rock, i k-pop, i pop. Od Sasa do Lasa - i taka playlista jest uznawana. To samo robią inni wydawcy i nadawcy. Uważają, że jeżeli ktoś ma 200 mln odtworzeń w internecie, to jest dobry, więc taki utwór jest puszczany i wtłaczany dzieciakom. Wśród odbiorców nie ma poszukiwań, zainteresowania. Nieważne, kto gra na perkusji, ani jaki to jest gatunek.

Oczywiście ja mówię o młodzieży, która chodzi na koncerty. To ogólna obserwacja.

Subkultury w Polsce i nie tylko, były wyrazem buntu przeciwko rodzicom, polityce, korporacjom. Chcesz mi powiedzieć, że teraz wszystkim kieruje biznes?

Tak, to jest biznes i nie ma żadnego buntu. Jest akceptacja. Młodzież nie buntuje się przeciwko niczemu. To są tak zwane "domisie". Dzieci, które żyją w dobrych warunkach. Czasem trochę lepszych, czasem trochę gorszych, ale zasadniczo – w dobrych warunkach. Rodzice są nadopiekuńczy, a oni wiedzą, że mają to, co mają właśnie dzięki rodzicom. Mówią tacie, że potrzebują jeansy, a ojciec ma dzisiaj pieniądze i kupuje jeansy. Mówią, że chcą jechać na koncert na sobotę i niedzielę do Warszawy, to tato zabiera żonę, córkę i jadą do Warszawy.

Nawet deptaki nad Wisłą są teraz zdominowane właśnie przez takich ludzi. Na początku właściciele knajp nad Wisłą walczyli o to, żeby wyrwać hipsterów z Placu Zbawiciela, teraz przestawili się na innych klientów. Tam piwo kraftowe jest w odwrocie. Wracają marki popularne. To samo dotyczy muzyki. To jest taki sam poziom mułu jak w telewizji czy w radiu. Jakieś durne kabarety, tańce i dyskoteki.

Klub Progresja. Koncert niemieckiego zespołu heavy metalowego U.D.O.

Klub Progresja. Koncert niemieckiego zespołu heavy metalowego U.D.O.

Autor: Rafał Nowakowski

Źródło: PAP

Aż trudno uwierzyć. Jak to jest możliwe, że młodzi nie buntują się przeciwko starym? Chcesz powiedzieć, że wszystko, co zastali, dla nich jest ok?

Tak, zaryzykuję stwierdzenie, że im się wszystko podoba, bo jest wygodnie. Przykładem są koncerty dla dzieciaków, gdy stado rodziców wysiaduje pod klubem. Ci bardziej rozsądni pytają, ile to będzie trwało i wracają później, bo przyjechali z innego miasta, więc mają czas na zwiedzanie Warszawy. Ale połowa stoi tutaj i na hasło smsem z klubu, że "jest mi gorąco" albo "ktoś mnie popchnął" stara się wtargnąć na koncert i interweniować. Wdają się w rozmowy z ochroną, ze mną. Wzywają policję, która wielokrotnie przyjeżdżała, bo mama zgłosiła, że nie jest możliwe, żeby ci wszyscy ludzie z kolejki mogli wejść do środka. Ona po prostu musi klub zobaczyć, bo jej córka musi się czuć bezpiecznie. Przychodzi policjant i rozwiązujemy problem.

Kiedyś doszło nawet do tego, że jak policjant odsunął rozgorączkowaną matkę, żeby ze mną porozmawiać, to zarzucono mu konszachty z klubem i próbę oszukania rodziców. Wtedy wprowadziliśmy komitet rodziców na górę, żeby pokazać klub. Mama z tatą weszli, zobaczyli, że pół sali jest pusta, bo fanki zbiły się pod sceną. Wtedy od mamy usłyszałem nawet "przepraszam". Tata oczywiście tego nie zrobił. Nadął się, powiedział, że on kiedyś, w swoim mieście, był na koncercie i wie, jak to powinno wyglądać, dlatego organizacja jest beznadziejna.

Dlatego te dzieci się nie buntują.

To co ich w takim razie rozróżnia, skoro nie jest to muzyka?

Oni się dzielą w oparciu o to, kto ile ma pieniędzy. Są takie dziewczyny… To też ciekawe, że w koncertach w większości uczestniczą dziewczyny. Chłopców jest zdecydowanie mniej. Ktoś powiedział mi kiedyś, że chłopcy siedzą w domach i grają w gry.

Te dziewczyny dzielą się pod względem zamożności. Jest grupa bogatych, których od razu można rozpoznać po wyglądzie. Po ubraniu potrafimy ocenić, ile pieniędzy taka dziewczyna ma na sobie. Takie dzieciaki trzymają się razem. To też są "domisie", ale buntujące się wobec zakazów i nakazów zewnętrznych, a nie wobec rodziców. Mówią: "Tata pozwala mi palić, tata pozwala mi napić się piwa". Próbują więc kupić piwo w barze, a poproszone o dowód, potrafią pokazać środkowy palec. Są też ci średni i ci biedniejsi. Wszyscy trzymają się w swoich grupach. Mam wrażenie, że większość 16-18 latków nie kontestuje domu, nie kwestionuje rodziców ani nie interesuje się polityką, więc tutaj też niczego nie kontestują.

Jest też oczywiście młodzież, która w ogóle nie interesuje się koncertami. Jest trochę hipsterów, a teraz jest też dużo młodych ludzi, którzy interesują się jedzeniem. Ja oczywiście przede wszystkim obserwuję tych, którzy przychodzą na koncerty.

Czy w takim razie "domisie", to poprostu młodsza wersja "starych"?

"Domisie" to dzieciaki, dla których największym autorytetem są rodzice. Jeżeli rodzice są konserwatywni i głęboko wierzący, to i dzieci będą wierzące i będą słuchać się rodziców. Jeżeli rodzice mają inny model domu, coś odrzucają lub krytykują, to dzieci będą takie same. Żadnego buntu w domu. Nie ma tego, co my przeżywaliśmy. Gdy tylko obrosłeś w piórka, to dawałeś w długą, a później zastanawiałeś się, jak ściemnić, żeby stary to jakoś zrozumiał. Jeżeli stary był zabawowy, to cię rozumiał i było w porządku. Jeżeli był betonem, to dostawałeś kablem po tyłku. Rodzice "domisiów" nie rwą włosów z głowy, że córka nie wraca na noc do domu.

Rodzice korzystają z produktów, które generuje telewizja, festiwale, talent-show, taniec z gwiazdami i dzieci też w tym chcą uczestniczyć. W ten sposób dzieci i rodzice słuchają tej samej muzyki. Dzieci nie poszukują niczego dla siebie. Konsumują ten sam produkt.

Zresztą wystarczy wyjść w piątek wieczorem czy w sobotę przed południem i zobaczyć, jak wygląda przeciętna rodzina przyjeżdżająca do Warszawy w weekend. Często będzie to pan z saszetką przy boku, w której ma trochę pieniędzy do wydania, do tego rybaczki, firmowe buciki. Żona ze zrobionymi pazurkami i dwie córki takie same jak matka. Ten sam styl fryzury i ten sam styl ubierania się. Dziurawe spodnie czy to, co akurat wielkie domy mody promują. Tak krążą po Warszawie. Muzea nie są ich celem. To ewentualnie kino, najlepiej 3D czy inne, specjalne atrakcje. Jakieś lody naturalne czy takie, które akurat teraz są najlepsze. Pewnie jakiś hamburger. Pani musi skoczyć do galerii, żeby poszperać w szmatach. I tak sobie wszyscy razem chodzą.

W oczekiwaniu na przyjazd

W oczekiwaniu na przyjazd "produktu"

Autor: Jarosław Kociszewski

Źródło: WP.PL

A dragi, narkotyki?

Dragi są. Zaryzykuję twierdzenie, że prawie każdy z pokolenia 30-, 40-latków wie, czym są dragi. Jeden palił trawę, inny brał amfę i dla nich nie jest to czymś, czego nie będą tolerować, jeżeli zrobi to syn czy córka. On już brał i wie, że szczególna krzywda mu się nie stała, choć część oczywiście wpadła w nałóg totalny, ale nie o nich teraz mówimy. To jest jednak złudne, bo dzieciaki sięgają po straszne dragi, po chałę, która jest tania i dostępna. Robią to też "domisie". To jest hipokryzja nie tylko nasza, ale całej Europy, która udaje, że coś z tym robi. Dragi są praktycznie wszędzie.

To kompletnie nie ma sensu. Te dzieciaki nie palą papierosów, ale wciągają jakieś koszmarne syntetyki i nie mają z tym problemu?

Nie, nie mają nic przeciwko chemii. One żyją w świecie chemii i pastylek. Na przykład jedzą hamburgery w dużych ilościach, po czym dochodzą do wniosku, że trzeba zacząć się odchudzać. Dookoła jest cała masa przepisów i sposobów na to, jak się odchudzać. Masz dokładne informacje, jakich produktów trzeba używać, żeby nie przytyć, a jakich, żeby się odchudzić i nie mieć zatwardzeń albo wręcz przeciwnie. Oni wszyscy funkcjonują w tym odgórnie podanym sosie paraleków i rozmaitych syntetyków, w który bez problemu wpisują się dopalacze i inne pastylki, dzięki którym przez pięć minut jesteś w innym świecie.

Pozytywem, który widzę u dzisiejszych dzieciaków, jest to, że są dużo lepiej wychowani. Słowa "dziękuję" i "przepraszam" czy gotowość pomocy, gdy ktoś upadnie, są na porządku dziennym. Ta wrażliwość jest wyraźna. Oni wiedzą, że trzeba dostrzegać potrzeby zwierząt, innych ludzi, ludzi niepełnosprawnych. To duża różnica w porównaniu z naszymi czasami, gdy okularnik, gruby czy rudy miał problemy.

A z dragami można sobie jakoś poradzić? Na przykład w klubie?

Generalnie policja wie, że problem istnieje i rozumie, na czym on polega. Policja skupia się na dealerach. Wiedzą, że w klubie trzeba byłoby każdego rozbierać do skarpetek i za każdym chodzić do toalety, żeby sprawdzić, czy na pewno sika. To może być tabletka albo proszek, który łatwo jest schować i wciągnąć albo połknąć w zasadzie wszędzie.

Skoro nie ma kontestacji i buntu, to pewnie dobrze można na takiej młodzieży zarobić.

Myślę, że to jest w rękach biznesu. Przykładem mogą być zespoły, które nagrały cztery piosenki, a z góry wiadomo, że warto taki zespół zaprosić, bo za pół roku koncert się wyprzeda. Taki zespół ma cztery numery, a już jest w największych agencjach świata. Taka agencja nagrywa mu kilka piosenek i zabiera na pierwszą trasę do USA po klubach na tysiąc osób. Po pół roku jest Europa i zapełnia kluby na 2 tys., a później wraca do USA i gra hale. Ameryka jest miejscem, w którym to wszystko się kreuje.

W Progresji mieliśmy już ze trzy takie zespoły. Na przykład Jack & Jack. Duet, który miał koncert rozpisany na ponad godzinę mimo tego, że nagrał pół godziny materiału. Zastanawialiśmy się, co zrobią. Okazało się, że czas wypełnia "edukacja". Zespół mówi, co należy jeść, co jest zdrowe, a co nie, jakiej firmy ciuchy należy nosić. Do tego wyznanie miłości, fanki wciągane na scenę, jakiś konkurs tańca i cała oprawa.

To idzie jeszcze dalej. Są dwie dziewczynki z Niemiec, Lisa & Lena, które produkują filmiki do sieci z użyciem określonej aplikacji. Obserwuje je ponad 20 mln. fanów. Za spotkanie z nimi z prawem zrobienia sobie zdjęcia i nagrania takiego filmiku trzeba było zapłacić 250 zł. To nie był żaden koncert, a mimo tego były tłumy chętnych.

Klub Progresja. Koncert Emilie Autumn - amerykańskiej piosenkarki, poetki i skrzypaczki

Klub Progresja. Koncert Emilie Autumn - amerykańskiej piosenkarki, poetki i skrzypaczki

Autor: rafał nowakowski

Źródło: PAP

Chcesz mi powiedzieć, że ktoś płaci 250 zł za zrobienie sobie selfie?

Tak, a największy problem był z rodzicami, którzy skarżyli się na organizację, że ich córki histeryzują i mdleją. Ale poziom ekscytacji i histerii jest taki, że te dziewczyny wpadają w spazmy, hiperwentylują się i mdleją. One przeżywają dramaty, bo ktoś się wcisnął do kolejki. Dwie większe przepchnęły się przed te mniejsze. Nagle okazuje się, że dziewczyna ma numerek 45, a weszła jako 55 i to jest powód do rozpaczy.

Na zespoły k-popowe bilety kosztują od 150 do 950 złotych. Ci z biletami za 150 wchodzą na końcu i tylko uczestniczą w koncercie, ci w środku stawki wchodzą przed koncertem i mogą zrobić sobie żółwika z członkami zespołu. Zostają w środkowej strefie sali, a każda strefa jest odgrodzona. Te najbogatsze wchodzą jako pierwsze i mogą zrobić sobie żółwika i zdjęcie z członkami zespołu. To różnica między 150 a 950 zł.

Kto kreuje te zachowania?

Myślę, że to jest czysty biznes. Zespół, który zaczynał gdzieś w piwnicy, włożył w swój rozwój masę pracy. Tacy ludzie, jeżeli przebili się na listy przebojów i dobrze grają, oczekują odpowiednich gratyfikacji. Problem polega na tym, że taki cztero- czy pięcioosobowy zespół jak Foo Fighters czy stare, klasyczne zespoły rockowe, potrzebuje jeszcze załogi i wielkiej techniki. Potrzebne są super światła, oprawa, cała ekipa techniczna. Taki zespół przyjeżdża z pomysłem na siebie i swoją oprawę, za którą trzeba zapłacić.

Z drugiej strony są te nowe gwiazdki amerykańskie, które dla dzieciaków grają z pełnego playbacku. Tu nikt nie udaje, ani się nawet nie stara udawać. Agencja przywozi dwóch panów i merch: koszulki, gadżety i inny towar na sprzedaż. Ja jako organizator załatwiam wszystko, od świateł po konsoletę. Do tego mikrofony bezprzewodowe, żeby mogli skakać i tańczyć oraz ścianę LED-ową, bez której dzisiaj nie ma imprezy. Na tych LED-ach pokazywane są dzieciakom jakieś dziwne wizualizacje z pogranicza seksu, erotyki, a nawet dragi. Nie ma porównania kosztów zespołu ze sprzętem i ekipą z kosztami dwóch panów z pendrive’em, którzy nie potrzebują nawet próby dźwięku.

I to nikomu nie przeszkadza?

Nie, może za wyjątkiem obsługi i ludzi, którzy tu pracują. Jak wiesz, w klubie muzycznym pracują ludzie, którzy słuchają muzyki. Nikt inny nie wytrzymałby tylu godzin w hałasie.

To jest świetny biznes, nie mówiąc już o tym, że często są to gwiazdeczki wylansowane w pół roku. Oni nie biorą takich pieniędzy jak Foo Fighters czy Radiohead. Z nimi podpisuje się umowę na jakąś kwotę, bo dobrze wyglądają, a agenci piszą im piosenki, bo ci ludzie często nawet sami nie tworzą. Są wyciągnięci z amerykańskich programów telewizyjnych, których jest mnóstwo. Producenci układają im sztampową i, niestety, coraz gorszą muzyczkę. Odbiorcy wymagają tylko obrazków, wizualizacji. Muszą być wybuchy, girlandy, konfetti. Wystrzały dzisiaj to obowiązek nawet na koncertach metalowych.

To jest biznes. To są produkty. Stąd showcase’y - targi organizowane na całym świecie. Tam spotykają się i poznają agenci. Przywożą ze sobą artystów, których chcą sprzedać i zakontraktować. Chcą udowodnić, że jakiegoś człowieka trzeba wziąć, bo można na nim zarobić. Przekaz jest dość prosty: "Mam artystę, który ma 21 lat i 220 mln wyświetleń jednego kawałka w internecie i możemy na nim zarobić". Przy tym dzisiaj te 220 mln nie jest już wynikiem kosmicznym.

Kiedyś czynnikiem była stawka. Każdy wiedział, że Metallica liczy sobie tyle, a Rammstein tyle. Dzisiaj artysta dostosowuje się do pojemności sali. Agent pyta jaką masz salę, wtedy kalkuluje, ile może z niej wycisnąć dla siebie i podejmuje się negocjacje, żeby organizator pokrył koszty i też na tym zarobił. Im niższe koszty obsługi i techniki, tym większy zysk dla wszystkich. Ani artysta, ani agent, ani organizator nie jest zainteresowany tworzeniem sztuki. To kreacja, produkt, biznes.

Klub Progresja. Koncert niemieckiego zespołu U.D.O.

Klub Progresja. Koncert niemieckiego zespołu U.D.O.

Autor: Rafał Nowakowski

Źródło: PAP

Jak w tym kontekście wygląda polski rynek?

U nas to wygląda trochę inaczej. Z jednej strony są zespoły eksportowe takie, jak Riverside czy Behemot, które funkcjonują na rynku światowym. Z drugiej strony jest nasze, bardzo zamknięte, podwórko, gdzie starzy, często zdarci wyjadacze nie wpuszczają młodych. Do tego dochodzą festyny, święto ogórka i święto kiełbasy, czyli imprezy za pieniądze publiczne.

To jest niezdrowe i chyba już tamto - zagraniczne - jest zdrowsze, chociaż chcielibyśmy muzyki, a nie produktu. Smutne, ale nie widzę, aby ktokolwiek na świecie z tych, którzy dzisiaj zapełniają hale 18-latkami został ikoną na długie lata.

Teraz wystarczy, że artysta na pół roku wypadnie z obiegu i nie istnieje. Pamięć ludzka jest straszna. Jeżeli ktoś zdecyduje się na półroczną czy roczną przerwę, żeby coś wymyślić, popracować nad sobą, odpocząć, to odkrywa, że nie ma powrotu. Okazuje się, że są nowi agenci, publiczność go nie pamięta. Nikt nie chce mu zapłacić. Żeby w ogóle funkcjonować, taki artysta cały czas musi być w obiegu. Nie ma czasu na tworzenie, rozwój, budowanie dorobku.

Cały czas trzeba to śledzić i wbrew pozorom nie jest to trudne. Teraz nie liczy się ucho, tylko statystyki. To jest najważniejsze. Statystyki internetowe. Ile wyświetleń? Gdzie? Jaka grupa? Jaka społeczność? Facebook, YouTube, Spotify.

Świat korporacyjny przejął kontrolę nad muzyką klubową?

To jest absolutna korporacja. Stąd te showcase’y, gdzie kupuje się kota w worku. Na pół roku wcześniej pojawia się katalog. Często jest zdjęcie artysty lub artystki z podpisem. Na ogół to krótkie imię czy nazwa. Taka Sasha, Aura czy inna Astra. Musi wpadać w oko i ucho. Chcesz się czegoś dowiedzieć, ale tam nic nie ma. Szukasz w internecie, Google, YouTube i nadal nie ma nic. Ani muzyki, ani informacji.

To jest taki kot w worku. Jedziesz na showcase i tam taka artystka występuje. Wykonuje jedną czy dwie piosenki, bo więcej nie ma. Jej agent przedstawia za to plan marketingowy. Ona dobrze wygląda, weźmie ją taka i taka agencja, już napisano dla niej kilka piosenek o zabawie, dragach, ma różowe włosy, jest lesbijką albo wegetarianką – w zależności od potrzeb. O! Jest też bezglutenowa, bo dzisiaj wszystko jest bezglutenowe!

Jeżeli znasz agenta i wiesz, że już takie rzeczy robił, że mu wchodziły, to zawierasz z nim umowę. Oczywiście gwarancji na sukces w klubie nie ma. Albo wyjdzie, albo nie, bo ryzyko w biznesie zawsze jest i wiele rzeczy może się wydarzyć. Wracasz do kraju i jeżeli jesteś mocny, to wchodzisz w układ z popularnymi mediami. Agent artystki dosyła pliki z piosenkami, umówione radio to tłucze i nakręcacie popularność produktu.

O tym, jakie tu jest ryzyko i poziom nieprzewidywalności pokazuje przykład Imany. Świetna piosenkarka z własną twórczością i dorobkiem. Przez kilka lat przyjeżdżała do Polski i odnosiła sukcesy klubowe. Teraz postanowiła grać hale i nagle poziom ryzyka wybił w kosmos. Nagrała bardzo dobrą płytę, ale z muzyką trudniejszą, a już od jakiegoś czasu widać było, że ludzie przychodzą na jej koncerty dla jednego, jedynego przeboju, który znają. Nowa płyta o problemach, biednym dzieciństwie i przeciwdziałaniu rasizmowi nikogo nie interesuje. Mainstream kompletnie tę płytę pominął. Nie przebiła się do mediów i teraz jest problem.

Jeżeli gdzieś słyszysz teraz Imany, to będzie to ten przebój z pierwszej płyty. A całe to towarzystwo konsumujące produkty mówi sobie "E... Imany? Jakąś płytę podobno nagrała? Ta płyta jest do d…". Nieprawda! Ta płyta jest świetna, ale co z tego?

Marek Laskowski przy barze

Marek Laskowski przy barze

Autor: Jarosław Kociszewski

Źródło: WP.PL

A czy w tym biznesie pojawia się polityka? Muzyka zaangażowana?

Myślę, że w tym zachodnim biznesie nie ma polityki. Nikt młodym raperom nie zabrania obrażania polityków ze sceny, ale tego nie robią, bo nikt nie chce tego słuchać. Młodzi ludzie, "domisie", nie chcą słuchać o Trumpie i polityce. Na przykład teraz w Polsce każdy z młodych ludzi, którzy przychodzą na koncerty, radzi sobie z angielskim. Dlatego słowa są ważne. Ważne jest, żeby mówić o rzeczach, które ich interesują, więc przekaz jest jednoznaczny: balanga, dragi i raz jeszcze balanga.

Starzy raperzy, tacy jak The Game, 50 Cent czy Snoop Dogg, śpiewali o narkotykach i pieniądzach. Mieli często rasistowski, czarny przekaz i nienawidzili policji, która była ich największym wrogiem. To były teksty polityczne. Stąd teledyski z lat 80., pieniądze, limuzyny, piękne dziewczyny.

Teraz odpadły elementy rasistowskie. Biali kupują bilety, to murzyn ze sceny nie może mówić, żeby je...ć białych. Odpadły kwestie policyjne, bo z władzą lepiej nie zadzierać. Zostały pieniądze i dziewczyny. Teraz wszyscy śpiewają o seksie. Taki 18-letni raper, który śpiewa dla 16-latków wprost mówi: bawcie się i uprawiajcie seks. Do tego dochodzi rzucanie ze sceny brudnymi gaciami, skarpetkami i używanymi ręcznikami. Fanki to rozrywają, biją się o te gadżety. Co mam powiedzieć? Słabe to jest, ale tak teraz jest. Akcentów politycznych jest bardzo mało.

Młodych ludzi, którzy przychodzą na koncerty, polityka w ogóle nie interesuje. Byle kasa była i byle spotkać na sali ludzi takich samych jak my. Zabawa, to wszystko.

Marek "Prezes" Laskowski (ur. 1958) w 2003 r. spełnił marzenie swojego życia i razem z przyjacielem, Januszem Podhajskim, założył klub muzyczny w Warszawie. Od tego czasu "Progresja" przeobraziła się z legendarnych już "niebieskich kwadratów" w jedną z najważniejszych scen klubowych w Polsce. Przez klub przewijają się artyści z całego świata i tysiące fanów najrozmaitszej muzyki.