East News

Obywatel Kane? "Casablanca"? A może "8 i pół"? Nic z tych rzeczy. Filmem, który odcisnął największe piętno na współczesnym kinie i nadał mu kierunek, jest opowieść o mierzącej kilkanaście metrów, nieszczęśliwie zakochanej małpie. W dodatku wymyślonej przez człowieka, który niemal zginął walcząc o polską niepodległość.

Nie sposób mówić o King Kongu w oderwaniu od życiorysu jego filmowego ojca, przy którym Indiana Jones to co najwyżej członek szkolnego kółka naukowego. Amerykański podróżnik, nieustraszony pilot, ojciec poczytnego polskiego pisarza, wizjoner kina. Zdobywca Oscara, dwukrotnie uznany za zmarłego bojownik o polską niepodległość, który wzruszył samego Józefa Piłsudskiego. Nie ulega wątpliwości - gdyby Merian C. Cooper nie istniał, ktoś musiałby go wymyślić.

Ja jestem King Kongiem - Merian C. Cooper

Awiacja od zawsze była jedną z jego największych pasji. Brał udział w trzech zwycięskich wojnach jako nieustraszony pilot bombowca, a jego towarzysze broni zwykli mawiać, że „Coop” nie bał się nawet diabła. Pieniądze zarobione na filmach inwestował w lotnictwo, a w latach 30. zasiadał nawet w radzie nadzorczej linii Pan Am. W 1919 roku ruszył z pomocą humanitarną do Polski zaatakowanej przez bolszewików. Tu na chwilę musimy się zatrzymać, bo to najbardziej fascynujący rozdział w życiorysie przyszłego zdobywcy Oscara.

Marszałek Piłsudski jest wzruszony

Czuję żal, że tak mało robię dla sprawy polskiej wolności, gdy gen. Puławski uczynił dla nas tyle dobra i wciąż wspominam twoje opowieści, jak zmarł w ramionach mego przodka. Jeśli mógłby zwrócić ten dług Polsce, jestem gotów w każdej chwili – pisał do ojca.

Merian C. Cooper trafił do Lwowa, gdzie szybko został bohaterem, ratując przed śmiercią głodową blisko 20 tys. dzieci. Nie zamierzał jednak na tym poprzestać. Pragnąc zrealizować rodową powinność, zaproponował Józefowi Piłsudskiemu utworzenie jednostki lotniczej złożonej z amerykańskich żołnierzy. Zaskoczony marszałek początkowo odmówił, tłumacząc, że „nie potrzebuje najemników”. Lecz romantyczny zapał 26-latka tak głęboko wzruszył Piłsudskiego, że szybko zmienił zdanie.

Nazwa żadnego innego kraju nie kryje w sobie tyle romantyzmu, co Polska”- Merian C. Cooper

Jako 7. Eskadra Myśliwska im. Tadeusza Kościuszki Cooper i jego kompani stali się postrachem armii generała Siemiona Budionnego, który za głowę Meriana wyznaczył nagrodę w wysokości pół miliona rubli. W 1920 roku Cooper trafił do niewoli i wylądował w obozie pracy. Uciekł z niego dziewięć miesięcy później, rozpoczynając wraz z dwoma towarzyszami ponad 700-kilometrowy marsz do Warszawy. Echa morderczej wyprawy pobrzmiewają w wyreżyserowanej przez niego przygodowej „Cenie honoru” z 1929 roku. W uznaniu wyjątkowego męstwa Piłsudski odznaczył go orderem Virtuti Militari. Zaoferowano mu również pieniądze i ziemię, jednak Cooper ani myślał się ustatkować. Grzecznie odmówił i wrócił do Stanów, by stawić czoła nowym wyzwaniom.

Merian C. Cooper

Merian C. Cooper

Źródło: Wikipedia/domena publiczna

Oprócz towarzyszy broni Merian poznał w Polsce także Brytyjkę Marjorje Crosby. Owocem romansu był syn Maciej Słomczyński, wybitny tłumacz i autor poczytnych kryminałów pisanych pod pseudonimem Joe Alex. Cooper wspomagał finansowo dawną kochankę i nieślubnego syna, choć nigdy oficjalnie nie uznał go za swoje dziecko.

Hollywoodzki wizjoner

W ojczyźnie Cooper rozpoczął współpracę z poznanym w Europie Ernestem B. Schoedsackiem, kręcąc z nim kilka pionierskich dokumentów w najdalszych zakątkach świata. W Hollywood dał się poznać jako wpływowy producent, scenarzysta i reżyser, który wylansował Katharine Hepburn, stworzył duet Ginger Rogers i Freda Astaire'a oraz nakręcił z Johnem Fordem kilka klasycznych filmów, w tym kultowych „Poszukiwaczy” (1956).

Słynął z niebywałej intuicji i cały czas gonił za technologicznymi nowościami. To dzięki jego staraniom „Przeminęło z wiatrem” nakręcono w technikolorze. Przewidział również ofensywę telewizji i rozwój kina domowego oraz wprowadził tzw. cineramę, która zapoczątkowała technikę szerokoekranową. W 1953 roku odebrał honorowego Oscara za całokształt twórczości, a osiem lat później odsłonił swoją gwiazdę w Hollywoodzkiej Alei Sławy.

Merian C. Cooper

Merian C. Cooper

Źródło: East News

Z pewnością nigdy by do tego nie doszło, gdyby nie wyreżyserowany przez niego „King Kong”, który wszedł na ekrany kin w 1933 roku i zmienił bieg historii kina. Jednak początkowo nikt nie chciał słyszeć o kudłatym kolosie obracającym w perzynę Nowy Jork, który pewnej nocy przyśnił się Merianowi. Na szczęście entuzjazm i szaleństwo Coopera były zaraźliwe.

Tak hartowała się magia kina

W końcu ryzyko podjął David O. Selznick ze studia RKO. Za kamerą stanęli Schoedsack i Cooper. W scenariuszu znalazły się aluzje do ich niezwykłych perypetii w Tajlandii czy Syrii oraz wzorowani na nich bohaterowie. Historia ekipy filmowej lądującej na wyspie, gdzie zatrzymał się czas, stała się tym samym jedną z najbardziej niezwykłych autobiografii w dziejach kina.

Wszyscy myśleli, że zwariowałem. Chcieli, żebym przebrał człowieka za goryla. To byłoby okropne! – wspominał po latach Cooper, który rozważał nawet obsadzenie w tej roli prawdziwej małpy.

Na szczęście wygrała jego natura innowatora.

Sen Coopera urzeczywistnił się dzięki geniuszowi Willisa „Odiego” O'Briena, który kilka lat wcześniej wprowadził animację poklatkową w nowe stulecie. Proces nie uległ zmianom od momentu wynalezienia i polega na odtworzeniu ruchu kukiełki przy 24 klatkach na sekundę. Animator ustawia obiekt w pozie, robi zdjęcie, zmienia nieznacznie położenie kończyn, robi zdjęcie i tak dalej . W ten sposób O'Brien tchnął życie w dinozaury ze słynnej ekranizacji „Zaginionego świata” według Arthura Conan Doyle’a (1925).

Na potrzeby „King Konga” O'Brien skonstruował kilka mierzących średnio około pół metra, w pełni giętkich metalowych szkieletów, które pokrył mięśniami z nici, gumą i króliczym futrem. Oprócz lalek w niektórych scenach zagrały gigantycznych rozmiarów łeb, tors i kończyny Konga, obsługiwane przez kilku operatorów. Lecz nie tylko one stanowiły o milowym kroku w dziedzinie filmowej iluzji. Podczas zdjęć wykorzystano misterne miniaturowe dekoracje, dorysówki na szkle czy efekt wędrującej maski, będący przodkiem green screenu. Ludzie Coopera użyli także tzw. tylnej projekcji, która w kolejnych latach stała się normą - stosowano ją m.in. w scenach jazdy samochodem.

Źródło: East News

Choreografię Konga podczas słynnej walki z dinozaurem wzorowano na Cooperze, który wykorzystując zapaśnicze doświadczenie miotał się po podłodze studia, pokazując animatorom, jak ma wyglądać scena. Dziś tę technologię nazywamy motion capture.

Definicja animacji to przekazanie czemuś duszy. Uważam, że oryginalny Kong przedstawia wspaniałość tego rzemiosła – ocenia James DeValera Mansfield ze studia Walta Disneya.

Za każdym razem, kiedy oglądam film i Kong umiera, płaczę jak dziecko – zdradza Peter Jackson w dokumencie poświęconym filmowi.

Źródło: East News

I trudno się z nim nie zgodzić, bo mimo 84 lat na karku tragiczny antybohater wciąż budzi litość i współczucie. O'Brienowi udała się rzecz niesłychana. Dzięki jego magii Kong nie jest lalką czy efektem specjalnym, a w pełni zindywidualizowaną postacią z krwi i kości. Jedną z największych, jakie żyły i oddychały na ekranie. Jednak nie obyło się bez trudności.

Parszywa trzynastka, czyli problemy techniczne

Mogliśmy się z tym uporać dziesięć razy szybciej, tylko że, do licha, wtedy nie wyszłoby tak świetnie – tłumaczył Cooper.

Zdjęcia do „King Konga” trwały rok. Najwięcej czasu zajęło bez wątpienia ożywienie mieszkańców Wyspy Czaszki. Kilkusekundowa scena ruchu ekranowych potworów kosztowała zespół O'Briena tygodnie wyjątkowo żmudnej i monotonnej pracy. Trudności sprawiali także aktorzy, dla których granie „do powietrza” było w najlepszym wypadku frustrujące.

Problemem okazał się także pysk Konga, pokryty gumą i stosowanym w stomatologii koferdamem, fatalnie znoszącym ciepło lamp i ciągły dotyk animatorów. Notorycznie pojawiające się uszczerbki na bieżąco reperowano, lecz nigdy nie udało się osiągnąć identycznego efektu. Stąd różne wersje facjaty monstrum pojawiające się w filmie.

Sytuację komplikował również trudny charakter zmagającego się z depresją Willisa O'Briena. Kiedy jakaś kwestia techniczna go przerastała, Odie znikał na kilka dni i pił na umór. Animator był postacią na wskroś tragiczną – miał na koncie próbę samobójczą, a tuż po premierze „King Konga” żona zamordowała jego dwóch ukochanych synów. O'Brien został doceniony dopiero w 1950 roku, kiedy nagrodzono Oscarem efekty specjalne do filmu „Mighty Joe Young”.

Na przeszkodzie w ukończeniu filmu stanęła również dziwaczna fobia Coopera.

W życiu nie wypuszczę filmu na trzynastu szpulach! – wydarł się na montażystę, każąc dokręcić więcej materiału, aby taśma z „King Kongiem” mieściła się w czternastu puszkach.

Dzięki temu powstała słynna scena, w której Kong niszczy wagon kolejki wypełniony pasażerami. Po latach żona Coopera zdradziła, że od czasu I wojny panicznie bał się trzynastki. Jego samolot zestrzelono we Francji dwudziestego szóstego dnia miesiąca (wielokrotność trzynastki), a do bolszewickiej niewoli dostał się 13 czerwca 1920 roku. W obu przypadkach uznano go za zmarłego.

O mały włos do filmu nie trafiłaby za to kanoniczna scena z wdrapywaniem się na Empire State Building. Szefostwo RKO bało się zarzutów o plagiat. Obawiano się, że sekwencja z gorylem w miejskiej dżungli może skojarzyć się z dinozaurem dewastującym Londyn w „Zaginionym świecie”. Skończyło się na wykupieniu praw do filmu i książki od spadkobierców Conan Doyle’a.

Źródło: East News

Nic dziwnego, że pod koniec zdjęć wszyscy mieli serdecznie dość wielkiej małpy. To właśnie wtedy Cooper miał wypalić do Schoedsacka:

Wiesz, co? Sami powinniśmy zabić tego drania!

I tak się stało. W scenie, w której Kong opędza się od eskadry dwupłatowców, aby chwilę później roztrzaskać się o nowojorski asfalt, w roli pilotów jednej z maszyn występują dawni wojenni towarzysze Coopera.

Najważniejsza premiera wszech czasów

Nowojorska premiera odbyła się 7 marca 1933 roku równocześnie w dwóch kinach, co samo w sobie było niebywałym wydarzeniem. Poprzedziła ją ogromna kampania marketingowa, w której goryla nazywano „8. cudem świata”. Choć wielki kryzys szalał w najlepsze, do końca tygodnia „King Konga” obejrzało niemal 180 tys. widzów, którzy zostawili w kasach 100 tys. dolarów. W sumie film zarobił zawrotną kwotę 3 mln dolarów (51 mln po uwzględnieniu inflacji) przy budżecie wynoszącym zaledwie 675 tysięcy. (12 mln po uwzględnieniu inflacji).

Źródło: Materiały prasowe

Na widowni wśród zdumionego tłumu siedział także pewien 13-latek. Był nim Ray Harryhausen, późniejszy asystent Willisa O'Briena, który podniósł animację poklatkową do rangi sztuki i stał się najsłynniejszym animatorem wszech czasów.

Powoli zapominało się o doczesności i wkraczało w porywający świat fantazji, jakiego dotąd nikt nie pokazywał na ekranie. „King Kong” dotknął we mnie czułej struny i to odczucie przetrwało lata. Wyszedłem z kina już jako inny człowiek – wspominał po latach Harryhausen.

Film Meriana C. Coopera na zawsze zmienił sposób myślenia o kinie, a jego wkładu w rozwój branży nie da się przecenić. „King Kong” położył podwaliny pod dzisiejsze blockbustery i wywarł gigantyczny wpływ na całe pokolenia twórców – operatorów, scenarzystów, reżyserów, scenografów czy autorów efektów specjalnych.

Ten film odmienił moje życie. Obraz powstał 28 lat przed moim urodzeniem, a przecież jego magia i siła wywarły na moją młodą wyobraźnię ogromny wpływ. W tym też dniu zapragnąłem poświęcić się kręceniu filmów – pisze we wstępie do biografii Coopera Peter Jackson, który w 2005 roku wyreżyserował nową wersję filmu.

Od 1933 roku nakręcono w sumie kilkadziesiąt remaków, kontynuacji oraz wariacji na temat wielkiego goryla, w których mierzył się z Godzillą i rekinem gigantem, miał robosobowtóra, a nawet był chutliwą samicą.

10 marca na ekranach kin pojawił się kolejny film o pupilu Meriana C. Coopera. „Kong: Wyspa Czaszki” w reżyserii Jordana Vogta-Robertsa opowiada o kolejnych śmiałkach, którzy trafiają do królestwa montrualnego goryla. W obsadzie znalazły same gwiazdy, m.in. Samuel L. Jackson, Tom Hiddleston, John Goodman i Brie Larson. To z pewnością jednak nie ostatnie słowo w temacie King Konga.

Źródła:

  • Vaz Mark Cotta: „Szalone życie Meriana Coopera, twórcy King Konga”, Wyd. 1. Warszawa: Wydawnictwo Literackie, 2010. ISBN 978-83-08-04418-6.
  • Christopher Bird, Kevin Brownlow, „I'm King Kong!: The Exploits of Merian C. Cooper”, USA, TCM, 2005.
  • Merian C. Cooper, Ernest B. Schoedsack, “Kign Kong”, USA, 1933, RKO.