Polskie parki narodowe są w niebezpieczeństwie. Świętokrzyski ma zostać zmniejszony, przez Magurski i Biebrzański będą jeździć samochody, a przy Poleskim ma powstać kopalnia. Czy nie za bardzo wzięliśmy sobie do serca biblijne "czyńcie sobie ziemię poddaną"?

- Ranga ważności parków narodowych spada – Paweł Średziński z Fundacji Dziedzictwo Przyrodnicze nie kryje irytacji. – A przecież powinniśmy o ten mały wycinek naszego kraju jak najlepiej dbać.

W Polsce ostatni park narodowy powstał w 2001 roku. Mamy, w porównaniu z innymi krajami, bardzo mało chronionych terenów. Zajmujemy przez to odległe, 26. miejsce w europejskim rankingu. Wyprzedzają nas na przykład Francja (gdzie parki narodowe stanowią 9,5 proc. powierzchni kraju), Włochy (5 proc.), Niemcy (2,7 proc.), a nawet uboższe od nas państwa jak Serbia (2,3 proc.) czy Bułgaria (1,8 proc.).

- W polskim prawie to park narodowy i rezerwat są jedynymi formami ochrony przyrody, które w sposób trwały zabezpieczają walory przyrodnicze. Nie zagwarantuje nam tego status lasów gospodarczych, które pełnią funkcję produkcyjną – dodaje Średziński. - Parki narodowe czekają na docenienie przez państwo i przez polskie społeczeństwo. Nie powinny być traktowane jak dziś, po macoszemu.

Park dla zakonników

Kiedy wchodzi się do Świętokrzyskiego Parku Narodowego od strony miejscowości Huta Szklana, po lewej stronie, za bramą, widać sporą tablicę. Na niej informacje o ochronie przyrody, o tym, że Świętokrzyski PN ma ponad 76 km kwadratowych, a największy w Polsce – Biebrzański – aż 592 km kw. Jest też dopisek: "W Polsce istnieją obecnie 23 parki narodowe, zajmujące tylko około 1 procenta powierzchni naszego kraju".

W tym samym parku właśnie ważą się losy 5 hektarów ziemi, które miałyby zostać wyłączone z jego granic. Ich nowym właścicielem ma stać się Klasztor Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej. Jeśli to dojdzie do skutku, chronione, cenne przyrodniczo obszary będą stanowić jeszcze mniejszy procent powierzchni Polski niż dotychczas.

- Nikt wcześniej w historii nie próbował zmniejszyć parku narodowego – mówi Łukasz Misiuna, kielczanin i aktywista broniący świętokrzyskiej przyrody.

Spotykamy się przy bramie Świętokrzyskiego PN. Jest tu bardzo cicho i spokojnie, choć przecież właśnie zaczęły się wakacje. Idziemy szeroką drogą pod górę przez jakieś 20 minut i mija nas zaledwie kilka osób i jedna ciuchcia wioząca turystów. Dookoła słychać śpiew ptaków, a stare drzewa dają przyjemny cień osłaniający od lipcowego słońca.

Świętokrzyski Park Narodowy

Świętokrzyski Park Narodowy

Źródło: Kasia Kojzar

Im wyżej jesteśmy, tym więcej ludzi pojawia się na trasie. Idą księża i pielgrzymi w koszulkach z wizerunkami świętych. A to dlatego, że zbliżamy się do Klasztoru na Świętym Krzyżu – bardzo ważnego miejsca dla katolików, najstarszego polskiego sanktuarium. Jest to jednocześnie siedziba zakonu oblatów.

- Od kilku lat w opiniowaniu jest plan zadań ochronnych dla ŚPN. Zaczęło się jeszcze za poprzedniego dyrektora, Piotra Szafrańca. Ja brałem udział w konsultacjach społecznych i zgłaszałem uwagi dotyczące sposobu działania Klasztoru – mówi Łukasz Misiuna.

- Wiadomo, że zakonnicy chcą zrobić tu centrum pielgrzymkowe, organizować odpusty, imprezy masowe. Zmierzają w kierunku zwiększenia ruchu turystycznego, który już w tym momencie jest ogromny. Dlatego dyrekcja Parku zaproponowała zapisy dotyczące limitowania liczby turystów i ograniczenia wielkości wydarzeń religijnych w trosce o środowisko – znajdujemy się przecież na terenie bardzo cennym przyrodniczo. To spotkało się z bardzo nerwową reakcją Klasztoru i diecezji sandomierskiej. Oburzyli się, że to atak na kościół. Zaczęli silnie lobbować za wyłączeniem terenu, na którym znajduje się sanktuarium, z granic ŚPN – wyjaśnia aktywista.

Przepisy przewidują tylko jedną okoliczność, która uzasadniałaby wyłączenie działki z parku – jeśli utraci ona swoją wartość przyrodniczą. Poprzedni dyrektorzy ŚPN właśnie tym argumentowali odmowę oddania terenu zakonnikom. Dopiero obecny dyrektor, Jan Reklewski, uznał, że ten skrawek ziemi nie jest parkowi potrzebny i nie ma szczególnej wartości. Może więc służyć wiernym, skoro nie służy już przyrodzie.

- I tu zaczyna się problem, bo nikt nie wie, do czego odnosi się dyrektor. Nie ma żadnego badania, które potwierdziłoby, że ten teren nie jest już wartościowy przyrodniczo – komentuje Misiuna.

Na stronie internetowej ŚPN można znaleźć informację, że historyczne budowle znajdujące się w Parku – w tym Klasztor na Świętym Krzyżu – kruszeją, a z ich murów wymywany jest węglan wapnia. Ten z kolei trafia do gleby i stwarza środowisko przyjazne ślimakom. Wokół zabytkowych budowli wykryto 46 gatunków ślimaków. 13 z nich to gatunki rzadkie. – Jak można w takim razie mówić, że to nie jest cenny teren? – denerwuje się aktywista i dodaje, że czeka na zgodę dyrekcji na wykonanie badań, które potwierdziłyby, jaka jest rzeczywista wartość przyrodnicza tego miejsca.

Dyrektor Jan Reklewski sprawy nie chce komentować i odsyła do Ministerstwa Środowiska. Z kolei resort w mailu wymienia mnóstwo sygnatur i przepisów, po czym dodaje: "(…) zaistniała potrzeba uporządkowania stanu prawnego i dokonania aktualizacji danych ewidencyjnych dotyczących nieruchomości znajdujących się w obszarze Parku oraz w obszarze jego otuliny".

Oblaci również nie są rozmowni. Kiedy dzwonię do ich drzwi, otwiera młody zakonnik. Obiecuje, że spróbuje znaleźć przeora. Wraca po kilku minutach z informacją, że go nie ma. Zadzwonić też nie mogę, bo wszystko, co zakon miał do powiedzenia, jest na ich stronie internetowej.

Rzeczywiście, zakonnicy wydali oświadczenie po tekście OKO.press na temat spornego terenu w ŚPN. Piszą w nim: "(…) Jeśli ktokolwiek dzięki staraniom oblatów skorzysta, to przede wszystkim polska kultura, obejmująca także ludzi niezwiązanych z Kościołem katolickim, jak też wspólnota katolików, która od kilkuset lat uznaje w Świętym Krzyżu swoje pierwsze narodowe sanktuarium. Polska kultura zyska, ponieważ przywrócona zostanie pierwotna integralność klasztoru, tak jak przywrócono pierwotny kształt wielu zabytkom, niszczonym i rozkradanym przez zaborców i okupantów. Klasztor nie przestanie funkcjonować w otoczeniu Parku Narodowego i jodłowej puszczy, a więc z poszanowaniem przyświecającej nam wszystkim troski ekologicznej". Piszą też, że nie powinno się ograniczać ruchu turystycznego w tej okolicy, skoro nie praktykuje się tego w innych parkach.

Świętokrzyski Park Narodowy

Świętokrzyski Park Narodowy

Źródło: Kasia Kojzar

Na razie nie jest jasne, jak rozwinie się sytuacja. 1 lipca odbył się protest przeciwko zmniejszeniu ŚPN o 5 hektarów. Władze lokalne, centralne ani oblaci tego sprzeciwu nie skomentowali. Zakonnicy ogłosili za to, że we wrześniu zorganizują akcję "Polska pod Krzyżem" w ŚPN. To kontynuacja "Różańca bez granic" z 2017 roku, kiedy wierni wspólnie odmawiali modlitwy wzdłuż granic Polski. Szykuje się wielkie wydarzenie religijne, a w Parku ma pojawić się 120 tysięcy pielgrzymów.

Wójt nie chce stagnacji

200 kilometrów na północny wschód od Świętokrzyskiego Parku Narodowego, na Polesiu, bezpieczeństwo przyrody również staje pod znakiem zapytania. Ogłoszono, że przy granicy Poleskiego PN ma powstać kopalnia. W 2016 roku australijska spółka Balamara, a raczej jej firma-córka Global Mineral, dostała koncesję poszukiwawczą. To pierwszy krok do tego, by uzyskać koncesję wydobywczą, pozwalającą na wykopywanie węgla z danego terenu.

Tym planom sprzeciwiają się ekolodzy i część mieszkańców. Powstała nawet petycja online, pod którą podpisało się ponad 6 tysięcy osób. "Występowanie setek rzadkich i zagrożonych gatunków roślin i zwierząt oraz podmokłych środowisk związane jest z delikatnymi stosunkami wodnymi. Budowa i eksploatacja kopalni oznaczałaby drastyczną ingerencję w zasoby wodne stanowiące podstawę zachowania przyrody Poleskiego Parku Narodowego. Uderzyłaby także w rolnictwo i turystykę regionu" – piszą autorzy.

- Poleski Park Narodowy jest nazywany przyrodniczym Wawelem Polski. To nasz diament w koronie – komentuje dr hab. Grzegorz Grzywaczewski z Uniwersytetu Przyrodniczego w Lublinie. - Znajdują się tu najcenniejsze torfowiska niskie, które jako nieliczne w Polsce pozostały w swojej naturalnej, nienaruszonej przez człowieka formie. Mamy też chronione gatunki roślin, zwierząt i grzybów, parki krajobrazowe, obszary chronionego krajobrazu, pomniki przyrody, użytki ekologiczne, gatunki z "Polskiej czerwonej księgi zwierząt". Mamy tu skumulowane prawie wszystkie formy ochrony przyrody – park narodowy, rezerwat, Naturę 2000.

W Poleskim Parku Narodowym żyje na przykład wodniczka - najrzadszy ptak wędrowny Europy. Mieszka tu ponad 400 samców, czyli około 4 proc. lęgowej populacji światowej. W PPN można spotkać też kulika wielkiego - dużego, brązowego ptaka z charakterystycznym długim i wygiętym dziobem. Są też jelenie, sarny, wilki, puchacze, bieliki, żółwie błotne. Tutejsze torfowisko jest drugim największym w Polsce i stanowi ważne siedlisko dla wielu gatunków.

- Cała istniejąca tu przyroda będzie zagrożona, jeśli tuż za granicą parku zacznie się wydobywać węgiel – mówi dr Grzywaczewski.

Innego zdania jest Marek Kopieniak, wójt gminy Hańsk i jednocześnie członek rady naukowej PPN. W mailu wyjaśnia mi, że region się wyludnia, a taka inwestycja dałaby nowe miejsca pracy i "dalszy rozwój infrastruktury komunalnej, tak skrzętnie i z wysiłkiem budowanej na przestrzeni lat". Dodaje również, że "tereny te nie mają innego tak znaczącego bogactwa, jakim jest węgiel".

"Sama turystyka nie wystarczy, nie są to tak atrakcyjne turystycznie tereny, nie będą konkurencją dla innych znanych i popularnych w kraju" – ciągnie wójt. – "Czekamy na konkretne decyzje rządu czy ma wolę dać pozwolenie na budowę kopalni. Jeżeli taka będzie, to mieszkańcy zdecydują, co wybrać: rozwój czy stagnację".

- Podobno dzięki kopalni ma powstać 1500 miejsc pracy. Ale nikt nie bierze pod uwagę bilansu zysków i strat. Przecież w wyniku szkód górniczych około 500-600 rolników straci pola i pracę. To nie jest działanie dla dobra lokalnej społeczności. To jest działanie dla pieniędzy – denerwuje się dr Grzywaczewski. Jego zdaniem potencjał turystyczny jest – w zeszłym roku do PPN przyjechało ponad 70 tysięcy osób.

Pikieta przeciw budowie kopalni węgla obok Poleskiego Parku Narodowego.

Pikieta przeciw budowie kopalni węgla obok Poleskiego Parku Narodowego.

Autor: Jakub Orzechowski/ Agencja Gazeta

Źródło: Agencja Gazeta

Dyrektor generalny Global Mineral Polska, Andrzej Zibrow, oddzwania do mnie kilka minut po tym, jak wysłałam mu mailem pytania dotyczące Parku. Mówi jedynie, że na razie nie chce komentować sprawy, bo plany powstania kopalni są za mało konkretne. Chętnie porozmawia, kiedy będą gotowe projekty, pozwolenia i raporty dotyczące oddziaływania na środowisko.

- Oczywiście, że to są nadal tylko plany – odpowiada dr Grzywaczewski, kiedy opowiadam mu, czego się dowiedziałam. – Konkret będzie, gdy pojawi się koncesja wydobywcza. A jeśli ona już zostanie wydana, nie będziemy mieli o co walczyć.

Walczyć muszą też mieszkańcy i miłośnicy okolic Magurskiego oraz Biebrzańskiego Parku Narodowego. W pierwszym z nich Starostwo Powiatowe w Jaśle postanowiło wyremontować asfaltową drogę przecinającą Park i otworzyć ją dla samochodów.

Przez drugi polski rząd planuje przeprowadzić fragment ekspresowej trasy.

Samochód za plecami

#nietędydroga – pod takim hasłem można znaleźć petycję przeciwko puszczeniu samochodów przez Magurski Park Narodowy. Stworzyła ją Fundacja Dziedzictwo Przyrodnicze i szybko uzbierała prawie 10 tysięcy głosów poparcia. Do akcji dołączyła również para znanych literatów, którzy mieszkają w okolicy - Andrzej Stasiuk i Monika Sznajderman. – Nie rozumiem, dlaczego ktoś chce rozp**dalać park narodowy – mówi Stasiuk w filmiku nagranym przez Dziedzictwo Przyrodnicze.

Chodzi o planowany remont drogi powiatowej nr R1909 na trasie Krempna-Żydowskie-Grab. Choć przecina ona Park, należy do Starostwa Powiatowego w Jaśle, które uznało, że powinny jeździć tamtędy auta. Obecnie nie pozwala na to stan nawierzchni.

- Istnieje inna, alternatywna droga wojewódzka Krempna -Grab. Jednakże jej trasa przebiega w terenie osuwiskowym. Na jednym z jej odcinków występuje czynne osuwisko, które zagraża bezpieczeństwu podróżujących. W każdej chwili droga ta może zostać wyłączona z ruchu samochodowego – mówi mi starosta jasielski Adam Pawluś.

Ten argument nie przekonuje ekologów. - Osuwisko, w tym przypadku niewielkie, można zabezpieczyć o wiele niższym kosztem niż ten, który pochłonie niepotrzebny remont drogi przez bezludny rejon Beskidu Niskiego. Pamiętajmy również, że nawierzchnia asfaltowa wymaga nakładów w kolejnych latach związanych z jej utrzymaniem. A tymczasem nie ma pieniędzy na naprawdę pilne remonty dróg w powiecie jasielskim. Dyrekcja parku proponowała, że przejmie drogę, co byłoby czymś naturalnym, bo przecina jego obszar. Wyremontowałaby ją i udostępniła turystom, wysypując żwirem. A w sytuacjach kryzysowych, gdyby droga wojewódzka była nieprzejezdna, otwierałaby trasę przez Park dla pojazdów uprzywilejowanych – przekonuje Paweł Średziński. Dodaje, że alternatywna droga wojewódzka jest w bardzo dobrym stanie i jest dłuższa od tej parkowej o jedyne 3 kilometry.

Czym grozi otwarcie Parku dla samochodów?

Będzie niebezpieczeństwem dla żyjących tam drapieżników – wilków, żbików i rysiów. Każde przejeżdżające auto stanowi dla nich barierę, która utrudnia migrowanie. Jeśli kierowcy nie będą stosować się do ograniczenia prędkości – które ma wynosić 30 km/h – na pewno wiele zwierząt zginie na drodze. A żyją tu również rzadkie gatunki ptaków, np. bocian czarny i orzeł przedni, niespotykane płazy i bezkręgowce. Zimują tutaj niedźwiedzie. Przez drogę, na razie przeznaczoną dla pieszych i rowerzystów, przechodzą również inne gatunki zwierząt.

Paweł Średziński dodaje: - Park straci też walor turystyczny, bo co to za przyjemność – iść na spacer i cały czas sprawdzać, czy za plecami nie pędzi samochód?

Ekspresówka w Dolinie Biebrzy

Biebrzański Park Narodowy może czekać to, co Magurski – ale w jeszcze większym stopniu. Bo w tym przypadku nie mówimy o powiatowej drodze, ale o takiej, przez którą miałyby przejeżdżać samochody z całej Europy.

To dla Prawa i Sprawiedliwości ważna inwestycja, bo mająca być częścią europejskiego korytarza Via Carpatia – drogi prowadzącej z Tallina do Aten. Według planów w Podlaskiem ma biec w śladzie trasy S19 (możliwe, że przez Puszczę Knyszyńską, co też budzi kontrowersje). Od Białegostoku w stronę Ełku ma przebiegać po planowanej drodze S16. W każdym z sześciu zakładanych wariantów ekspresówka przecina Biebrzański Park Narodowy.

Wiosna w Biebrzańskim Parku Narodowym.

Wiosna w Biebrzańskim Parku Narodowym.

Źródło: Agencja Gazeta

W chwili, kiedy te plany zostały opublikowane, rozpoczęły się protesty. Na Facebooku powstała grupa "NIE dla S16 przez Dolinę Biebrzy". Głos zabrała też rada naukowa Parku, publikując dziesięciostronicową, nieprzychylną inwestycji opinię. "Dolina Biebrzy jest unikalnym w skali Polski i Europy refugium roślin, siedlisk i zwierząt" – czytamy w niej. "Jest ostoją ptaków o randze światowej. Nieuregulowane, naturalne koryto Biebrzy oraz położone w dolinie rzeki liczne starorzecza stanowią cenne siedlisko wielu gatunków ryb, fauny bezkręgowej oraz roślin, w tym licznych gatunków chronionych. (…) Wartości przyrodnicze Doliny Biebrzy są dziedzictwem narodowym i naszym obowiązkiem jest ich przekazanie przyszłym pokoleniom w stanie niepogorszonym".

Naukowcy podkreślają, że droga ma przebiegać przez tereny ważne dla ptaków migrujących, których wielotysięczne stada tutaj żerują i odpoczywają podczas wędrówki. S16 ma być w ich ocenie niebezpieczna również dla ptaków lęgowych, w tym dla żurawi, rybitw i kszyków.

Żyją tu również łosie, których populacja w Dolnie Biebrzy jest genetycznie odrębna od wszystkich łosi w całej Europie. Można tu spotkać także wilki i rysie – wszystkie będą w niebezpieczeństwie. Droga ma też przeciąć cenne bagna i torfowiska.

"Lokalizacja na tym terenie obiektów tak silnie oddziałujących na przyrodę, m.in. przez całodobowe oświetlenie instalowane w obrębie węzłów drogowych (silny negatywny wpływ na ptaki, ssaki i płazy) sprawia wrażenie, jakby cenne przyrodniczo obszary Parku zostały potraktowane jak 'ziemia niczyja'. (…) Należy także przypuszczać, że utrzymanie drogi w dobrym stanie w okresie zimowym będzie wymagało użycia soli. Z pewnością dostanie się ona do wód Biebrzy i torfowisk, co spowoduje dalsze straty w środowisku. Równie niebezpieczne będzie zanieczyszczenie wód substancjami ropopochodnymi. Zagrożenie to będzie szczególnie istotne w odniesieniu do organizmów wodnych" – kontynuują członkowie rady naukowej.

O komentarz poprosiłam Generalną Dyrekcję Dróg Krajowych i Autostrad. Zapytałam, czy nie ma alternatywy dla drogi przez Biebrzański Park Narodowy i czy taka trasa musi zagrażać środowisku. Chciałam się również dowiedzieć, czy w tej sprawie zostały przeprowadzone konsultacje społeczne i jaki był ich wynik. Odpowiedzi na razie nie dostałam.

Ministerstwo nie planuje parków

Organizacja WWF w swoim raporcie "Prognoza dla pokoleń" wyliczyła, że Polska musiałaby otworzyć kilka nowych parków i poszerzyć istniejące, aby nie odstawać od europejskiej średniej – czyli 3,4 proc. powierzchni kraju zajętej przez obszary chronione. Zdaniem autorów do 2020 roku powinien zostać utworzony Turnicki Park Narodowy, a Bieszczadzki i Białowieski powinny być poszerzone. Z kolei do 2050 roku powinny powstać: Jurajski Park Narodowy, Mazurski Park Narodowy, Stobrawski, Park Narodowy, Park Narodowy Dolina Dolnej Odry i Park Narodowy Środkowej Odry.

Czy to w ogóle możliwe? Na razie nie. Jak informuje Ministerstwo Środowiska: "Aktualnie nie toczą się prace nad utworzeniem nowych Parków Narodowych. Powodem jest sprzeciw samorządów, na terenie których miałyby być utworzone Parki Narodowe. Określenie granic Parku Narodowego może nastąpić po uzgodnieniu z organami uchwałodawczymi jednostek samorządu terytorialnego, na obszarze których planuje się takie działanie".

Gminy boją się, że parki narodowe w ich okolicy nie przyniosą żadnych zysków. Bo przecież na takim terenie nie można inwestować, liczba miejsc pracy jest ograniczona, a sprzedaż biletów nie daje zbyt dużych kwot. Jednak, jak podaje WWF: "Parki narodowe, wbrew obiegowym opiniom, nie mają negatywnego wpływu na przychody budżetów gmin, na terenie których działają. Analiza przychodów do budżetu 60 gmin położonych na terenie (i w otulinach) parków utworzonych w latach 1990–2001 wyraźnie pokazuje, że sytuacja finansowa tych gmin jest co najmniej taka sama lub lepsza, niż gmin poza parkami".

- Zamiast straszyć parkiem, powinniśmy usiąść i na spokojnie ułożyć plan, który będzie dobry zarówno dla przyrody, jak i dla budżetu gminy – komentuje Paweł Średziński. Sam wspiera od kilku lat ideę powołania Turnickiego Parku Narodowego. To teren znajdujący się w Puszczy Karpackiej, który, zdaniem przyrodników, spełnia wszystkie kryteria, aby otrzymać najwyższą formę ochrony.

- Jest jednak zakładnikiem ustawy z początku XXI wieku, według której samorządy mają prawo veta jeśli chodzi o tworzenie nowych parków narodowych. Tutaj samorząd boi się, że to nierentowne, a Lasy Państwowe nie planują pozbywać się takiej perełki, która dostarcza drewna. Do tego dochodzi lobby łowieckie, które żyje legendą dawnego "Państwa Arłamowskiego", utworzonego w czasach trwania reżimu komunistycznego, gdzie ówcześni prominenci przyjeżdżali na polowania. Legenda Arłamowa jest nadal żywa, więc i dzisiaj urządza się tu polowania – tłumaczy Średziński.

W swoim artykule dla "Dzikiego Życia" wymieniał: "Stwierdzono na tym obszarze 6648 stanowisk chronionych gatunków mszaków. Jest to miejsce występowania trzech dużych drapieżników – wilka, rysia i niedźwiedzia, oraz jedna z ważniejszych ostoi żbika. Z obecności starych drzew korzysta jedna czwarta populacji krajowej orła przedniego – jego liczebność w Polsce jest szacowana na 25 par – i orliki krzykliwe. Na uwagę zasługuje także obecność dzięcioła trójpalczastego i sóweczki".

Sóweczka to rzadki ptak, którego można spotkać właśnie w Arłamowie.

Sóweczka to rzadki ptak, którego można spotkać właśnie w Arłamowie.

Źródło: Agencja Gazeta

Walka o Turnicki Park Narodowy trwa od ponad 30 lat. Gdyby powstał, choć małym krokiem zbliżylibyśmy się do europejskiej średniej.

- Mamy tylko jeden procent chronionych terenów – Paweł Średziński załamuje ręce. – Jak można blokować objęcie ochroną kilkunastu tysięcy hektarów należących w całości do Skarbu Państwa? Jak można działać przeciwko idei ochrony naszego największego dobra? – zastanawia się.

Pewnie to samo pytanie zadaje sobie 140 tysięcy osób, które podpisały się pod petycją w sprawie Turnickiego PN. Najwidoczniej to wciąż za mało, by przekonać rządzących.