Partner wydania
Po zaciekłej kampanii wyborczej prezydentem Stanów Zjednoczonych zostaje charyzmatyczny prawicowy radykał o nieokreślonych poglądach, który wcześniej zrobił olbrzymią karierę poza polityką. Jego pierwsze posunięcia to doprowadzenie do zbliżenia z największym dotychczasowym wrogiem Ameryki - oczywiście kosztem sprzymierzeńców - oraz powołanie gabinetu pełnego podejrzanych figur - biznesmenów, antysemitów, a nawet skrytych faszystów, dla których „dobro Ameryki” nie wiąże się z takimi wartościami, jak wolność czy różnorodność. Z dnia na dzień atmosfera w kraju staje się duszna, a zamieszkujące ją mniejszości tracą poczucie bezpieczeństwa. Brzmi znajomo? To nie opis ostatnich miesięcy działalności Donalda Trumpa, ale krótki wstęp do fabuły książki „Spisek przeciwko Ameryce” Philipa Rotha.

Opublikowana w 2004 roku powieść jednego z najwybitniejszych współczesnych amerykańskich prozaików (stale wymienianego wśród kandydatów do literackiej nagrody Nobla) bywa chętnie przywoływana w kontekście tego, co dzieje się obecnie w Ameryce i na świecie.

Roth precyzyjnie uchwycił złowieszczy i mrożący krew w żyłach koszmar, w którym obudziły się Stany Zjednoczone - napisał po inauguracji Donalda Trumpa Bernard-Henri Lévy, ceniony francuski intelektualista.

Do podobnych wniosków doszedł pisarz i dziennikarz Timothy Egan, który na łamach wpływowego (i znienawidzonego przez Trumpa) „The New York Timesa” przywoływał „Spisek przeciwko Ameryce” i pisał, iż „Donaldowi Trumpowi marzy się państwo policyjne”.

I rzeczywiście, pod wieloma względami powieść Rotha może wydawać się prorocza. Akcja „Spisku…” rozpoczyna się w czerwcu 1940 roku, tuż przed trzecią kampanią wyborczą Franklina Delano Roosevelta (w tamtych czasach liczba kadencji nie była jeszcze ograniczona do dwóch). Wydaje się, że Demokrata nie ma z kim przegrać - Partia Republikańska jest w rozsypce, słynny program New Deal napędza gospodarkę, a tocząca się od września 1939 roku wojna w Europie sprawia, że nikomu w Stanach Zjednoczonych niespieszno do radykalnych decyzji wyborczych.

Wszystko odmienia się jednak, gdy na politycznym horyzoncie pojawia się Charles A. Lindbergh - „bohater awiacji”, wsławiony pierwszym samotnym przelotem bez międzylądowań z Ameryki Północnej do Europy. Lindbergh ma wszystko to, czego brakuje Rooseveltowi. Jest młody, przystojny i pełen energii. Na konwencję republikańską wkracza w ostatniej chwili i oczarowuje członków partii porywającą mową i doskonałą prezencją. Zdesperowanym Republikanom nie przeszkadzają nawet faszystowskie sympatie lotnika - Lindbergh wielokrotnie wypowiadał się pozytywnie o nazistach, a otrzymanego przed wojną Orderu Zasługi Orła Niemieckiego nie zwrócił po zaatakowaniu przez Niemców Polski, Francji i Wielkiej Brytanii.

Głównym punktem kampanii Lindbergha staje się wezwanie do amerykańskiego izolacjonizmu. Lindberghowi, czołowemu mówcy America First Committee, zależy przede wszystkim, by Stany Zjednoczone nie dały się wciągnąć w wojnę. Wprawdzie Roosevelt obiecuje, iż nie zamierza wysyłać wojsk przeciwko Niemcom, a Brytyjczykom i Sowietom pomagać będzie tylko finansowo, ale Lindbergh i jego poplecznicy, nie bez słuszności, podejrzewają, iż są to tylko puste wyborcze slogany, w rzeczywistości zaś rząd przygotowuje się do udziału w konflikcie. Umiejętnie podgrzewając nastroje antywojenne i kandydat Republikanów pokonuje Roosevelta i zostaje prezydentem. W środku II wojny światowej, rządy w Stanach Zjednoczonych przejmują sojusznicy Hitlera.

Charles Lindbergh przemawia na zjeździe America First Committee w 1940 roku

Charles Lindbergh przemawia na zjeździe America First Committee w 1940 roku

Źródło: Wikimedia Commons/domena publiczna

Proroctwo Rotha?

Czytając „Spisek przeciwko Ameryce” rzeczywiście trudno oprzeć się wrażeniu, że Roth dokładnie przewidział, co w 2016 roku przydarzy się Ameryce i Amerykanom. Siłą Lindbergha, podobnie jak Trumpa, jest fakt, iż przychodzi on do polityki z zewnątrz. Odniósłszy sukces jako lotnik wyborcom kojarzy się z człowiekiem czynu, któremu łatwo zaufać. Lindbergh nie jest politykiem, nie jest więc oceniany tymi samymi kryteriami, co polityk. Jego nazistowskie sympatie są dla wyborców mniej ważne, niż zniewalający uśmiech, a bezpośredniość i otwartość sprawiają, że postrzegany jest jako „swój chłop”. Co więcej, dzięki temu, że jest lotnikiem i w kilka godzin potrafi przenieść się z jednego stanu do drugiego, ma też nad swoim rywalem ogromną przewagę technologiczną, porównywalną do tej, którą Donaldowi Trumpowi dały media społecznościowe. Roth świetnie też uchwycił atmosferę panującą w Stanach Zjednoczonych tuż przed i tuż po wyborach. Bohaterowie „Spisku…” do samego końca są przekonani, że lotnik nie ma szans z mężem stanu, gdy zaś muszą się skonfrontować z wynikami wyborów, dominuje w nich niedowierzanie i wyparcie. Pojawiają się nawet opinie o konieczności zaakceptowania zwycięstwa i podjęcia współpracy, a niektórzy Żydzi, pomimo otwarcie antysemickiego charakteru nowej administracji, angażują się w inicjatywy rządu (Donalda Trumpa „wbrew swoim interesom” poparli chociażby homoseksualista Peter Thiel czy czarnoskóry raper Kanye West).

Niepokojącą paralelą pomiędzy Lindberghiem a Trumpem jest także postać szarej eminencji kierującej rządem z „tylnego siedzenia”. W naszej rzeczywistości Trumpem zdaje się manipulować Steve Bannon, cyniczny guru alt-prawicy, znany z tego, że zrobi i powie wszystko, by osiągnąć zamierzony cel. Bannon jest współtwórcą dezinformacyjnego serwisu internetowego braitbart.com, na którego łamach nie tylko pomawiano Hillary Clinton o wszelkie zło tego świata, ale i regularnie publikowano artykuły otwarcie rasistowskie czy antysemickie. W rządzie Lindbergha taką rolę odgrywa Henry Ford, znany w Polsce głównie jako genialny przedsiębiorca i twórca słynnej marki samochodów. W rzeczywistości Ford był także skrajnym antysemitą i wielkim admiratorem polityki Adolfa Hitlera. W „Spisku…” odmalowany zostaje jako pierwszy nazista Ameryki, który nie tylko z sympatią patrzy na to, co dzieje się w III Rzeszy, ale i aktywnie stara się wprowadzić podobne rozwiązania we własnej ojczyźnie.

Uderzającą zbieżnością jest także pozycja Lindbergha i Trumpa względem największego geopolitycznego wroga Ameryki – odpowiednio: III Rzeszy i Rosji Putina. Wielu amerykańskich komentatorów sugeruje, że prezydent Rosji może mieć obecnego prezydenta USA w garści, posiadając zniesławiające go materiały. Kilka tygodni temu wszystkie światowe media pisały o raporcie firmy wywiadowczej, w której spekulowano na temat nagrań moskiewskich orgii z udziałem Trumpa. Lindbergh jest na pasku Hitlera z powodu swojego syna – w naszej rzeczywistości porwanego i zamordowanego, w rzeczywistości Philipa Rotha uprowadzonego przez nazistów, by podporządkować im wpływowego Amerykanina. To właśnie rząd III Rzeszy stoi za tytułowym spiskiem przeciwko Ameryce, wysyłając do USA uzależnionego od siebie kolaboranta, któremu udaje się zostać prezydentem.

Uprowadzony syn Charlesa Lindbergha

Uprowadzony syn Charlesa Lindbergha

Źródło: Wikimedia Commons/domena publiczna

„Oszust” Trump

Co ciekawe, na temat aktualności swojej powieści wypowiedział się publicznie sam Philip Roth. Już po wygranej Trumpa pisarz dał się wciągnąć w wymianę mailową z redakcją „New Yorkera”, w której został wypytany na temat podobieństw pomiędzy Lindberghiem a Trumpem. Roth nie był w swoich opiniach zbyt łaskawy dla Trumpa.

Lindbergh, pomimo nazistowskich sympatii i rasistowskich haseł, był wielkim bohaterem awiacji. Popisał się fizyczną odwagą i lotniczym geniuszem, gdy przeleciał nad Atlantykiem w 1927 roku. Miał charakter i był, obok Henry’ego Forda, najbardziej znanym Amerykaninem swoich czasów. Trump jest tylko oszustem. O takich jak on powstała już genialna powieść i nie jest to ‘Spisek przeciwko Ameryce’, ale ‘Oszust’ Hermana Melville’a - odpisał Roth.

Pisarz zwrócił też uwagę, że Ameryka wybierała już ignorantów na prezydentów, ale nigdy nie byli oni tak ograniczeni, jak obecny lokator Białego Domu:

Dostrzegałem ograniczenia umysłowe i charakterologiczne Richarda Nixona czy George W. Busha Jr. Ale żaden z nich nie był tak zubożałą istotą ludzką jak Trump. On jest ignorantem w temacie rządu, historii, nauki, filozofii, sztuki. Niewrażliwym na żadne subtelności ani niuanse. Pozbawionym wszelkiej przyzwoitości i posługującym się słownikiem liczącym siedemdziesiąt siedem słów, języka który trafniej byłoby nazywać dupkowatym niż angielskim.

Roth podkreśla w korespondencji z „New Yorkerem”, że nie pisał „Spisku…” jako ostrzeżenia. I należy o tym pamiętać, bo przywoływanie tej powieści we współczesnym kontekście wydaje się być naiwne i krótkowzroczne. O ile Rothowi świetnie wychodzi bowiem opisywanie dusznej atmosfery Ameryki rządzonej przez pronazistowskich Republikanów i rosnącego poczucia zagrożenia tamtejszych Żydów, o tyle oferowane przez niego łatwe pocieszenie jest w dzisiejszych czasach raczej niebezpiecznym kłamstwem niż niosącą nadzieję puentą.

Koszmar antysemickiej Ameryki kończy się dla 7-letniego narratora „Spisku..” niemal z dnia na dzień, gdy samolot, którym podróżuje Lindbergh znika z radarów, a na szczytach władzy dochodzi do gwałtownego przewrotu.

Aż nagle przyszedł koniec. Koniec koszmaru. Lindbergh zniknął i nic nam już nie groziło - pisze narrator, a czytelnik może odnieść wrażenie, że i naszemu światu nie stanie się krzywda.

Pewnego dnia wszyscy otrząśniemy się z koszmaru, a Trump, Orban, Kaczyński i Farage znikną z politycznego firmamentu jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Lindbergh po locie z Nowego Jorku do Paryża, 1927 rok

Lindbergh po locie z Nowego Jorku do Paryża, 1927 rok

Źródło: Wikimedia Commons/domena publiczna

Philip Roth nas nie ocali

Niepoprawnie optymistyczne zakończenie to największa słabość tej doskonałej powieści. Zło spowijające Amerykę rozwiewa się, bo tak chce duch opowieści, niepozwalający Rothowi konsekwentnie poprowadzić fabułę i poszukać odpowiedzi na naprawdę niewygodne pytania. Czy Ameryka przyłączyłaby się do II wojny światowej po stronie III Rzeszy? Czy zgotowałaby swoim Żydom drugi Holocaust? Jak obalić nazistę wybranego w demokratycznych wyborach? Zamiast tego na scenę wkracza deus ex machina, cudowne zrządzenie losu i skomplikowana spiskowa teoria, zgodnie z którą Amerykanie nie zagłosowali świadomie na faszystę, rasistę i antysemitę, ale na oszalałego z bólu ojca, gotowego zrobić wszystko, by ocalić dziecko. To rozwiązanie, jakby wprost wyjęte z hollywoodzkiego filmu, być może wybrzmiewało w 2004 roku, ale dziś jest po prostu naiwne. I daje fałszywe nadzieje.

Żaden cudowny zbieg okoliczności nas nie uratuje. Autorytarni władcy, w których ręce wpada Zachód, nie znikną z dnia na dzień. Musimy sobie z nimi poradzić bez pomocy sił nadprzyrodzonych. Jeżeli chcemy ich pokonać, musimy ich zrozumieć i odebrać im źródło ich potęgi.

W klimacie, który nastał po zwycięstwach prawicowych ekstremistów, o wiele lepiej czytać „Amerykańską sielankę” - wcześniejszą o siedem lat (1997 rok) powieść Philipa Rotha, właśnie zekranizowaną (mało udanie) przez Ewana McGregora. Książkę, która nie obiecuje cudownych zbiegów okoliczności i ratunku w ostatniej chwili, by zamiast tego zaproponować skomplikowaną, pesymistyczną diagnozę czasów przewrotu i rozczarowania.

Główny bohater „Amerykańskiej sielanki” - idealnie zasymilowany, wyglądający niczym Aryjczyk Żyd o pseudonimie Szwed - przez całe życie starał się zrealizować swoją pocztówkową fantazję na temat Stanów Zjednoczonych. Robił wszystko, by zostać perfekcyjnym Amerykaninem, jakby wprost wyjętym z reklam papierosów Marlboro i US Army. A jednak, ani wielki amerykański dom, który wzniósł dla swojej rodziny; ani dobrze prosperująca amerykańska firma, której był właścicielem, ani piękna miss New Jersey, którą poślubił; nie uratowały go przed pożarem trawiącym Amerykę pod koniec lat 60. Pewnego pięknego poranka życie Szweda dosłownie eksplodowało - wraz ze sklepem wysadzonym w powietrze przez jego nastoletnią córkę, radykalną lewicową antywojenną aktywistkę, nienawidzącą wszystkiego, co reprezentuje sobą ojciec. Gardzącą tym, co Szwed przez całe życie wynosił na piedestał.

Czytając „Amerykańską sielankę”, śledząc rozpaczliwe ruchy Szweda próbującego zrozumieć, co właściwie stało się z jego uporządkowanym życiem, że nagle stał się ojcem terrorystki, w którego domu szarogęsi się FBI, bardzo łatwo pomyśleć o współczesnych liberałach, budujących w ostatnich dekadach neoliberalny porządek świata. Oni też mieli wszystko i im także, pewnego dnia, z przyczyn, których nie potrafią zrozumieć, rzeczywistość po prostu wybuchła w twarz. Oni także podjęli rozpaczliwą walkę o utrzymanie starego porządku, nie dostrzegając, że nie ma już szans na powrót do statusu quo (przeciwniczką Trumpa była Hillary Clinton, ucieleśnienie znienawidzonego establishmentu Partii Demokratycznej). Roth w mistrzowski sposób odmalowuje portret człowieka sytego, muszącego zmierzyć się z prawdą na temat otaczającego go świata – brudnego i niesprawiedliwego, diametralnie różnego od wyidealizowanych wyobrażeń, w które do tej pory wierzył.

Szwed i jego idealna amerykańska żona. Kadr z filmu

Szwed i jego idealna amerykańska żona. Kadr z filmu "Amerykańska sielanka" (2016)

Źródło: Best Film

Fałszywa nadzieja

Podczas gdy w „Spisku przeciwko Ameryce” Roth daje czytelnikom nadzieję na cudowne zrządzenie losu, w „Amerykańskiej sielance” mówi coś, co wszyscy powinniśmy w końcu pojąć, zarówno w Ameryce, jak i w Europie i Polsce. Żadnego cudu nie będzie. Rzeczywistość nie wróci pewnej nocy do starego porządku. Fałszywy obraz porządku, w który do tej pory wierzyliśmy, właśnie roztrzaskał się w drobny mak i jeżeli nie wymyślimy jakiegoś sposobu, by urządzić świat na nowo, zrobią to radykałowie.

Gniew, którym tętni Merry - ukochana córeczka-terrorystka Szweda - jest dla niego niepojęty, tak jak dla zdetronizowanych elit niepojęty jest gniew społeczny, który strącił je z piedestału. Być może nie ma w tym gniewie krzty racji. Być może jest irracjonalny i niesprawiedliwy. Być może mniej wynika z prawdziwego niezadowolenia, a bardziej z populistycznej retoryki i zwykłej przekory. Jednak jest prawdziwy i to właśnie w nim tkwi klucz do powstrzymania szaleństwa ogarniającego świat. Owszem, lekcja, której udziela nam „Amerykańska sielanka”, to lekcja niemiła i niepokojąca, ale zarazem wybijająca z marazmu i zmuszająca do myślenia. I przez to o wiele cenniejsza niż ta sprzedawana w „Spisku przeciwko Ameryce”.