Na jasno oświetlonym stole leżą dwa ciała - matka i wyjęte z jej brzucha dziecko czekają na balsamację. Na taki widok nie można się uodpornić. Pochylony nad ciałami mężczyzna stara się skoncentrować wyłącznie na zadaniu. - Przygotowuję ludzi do drogi, na której sam kiedyś stanę – mówi Adam Ragiel.

Od redakcji: ten reportaż był jednym z najpopularniejszych naszych tekstów 2018 roku. Przypominamy go jako #HIT2018 Wirtualnej Polski.

Kiedyś chciał ratować ludzkie życie. Dziś sprawia, że ci, którzy je stracili, wyglądają niemal jak za życia. Adam Ragiel, prekursor nowych technik i czołowy balsamista w Polsce opowiada o umieraniu i tym, co dzieje się z człowiekiem, kiedy ustaną wszelkie procesy życiowe. Mówi też o koszmarze branży. O tym, po co pracownicy niektórych zakładów pogrzebowych wtykają nieboszczykom brudne rękawiczki w usta i dlaczego pijani kierowcy powinni regularnie odwiedzać prosektoria.

Kiedyś dorabiał w zakładzie pogrzebowym. Ta dorywcza praca zmieniła jego całe życie.

- Widziałem, jak traktuje się ciała. Wiedziałem, że te usługi można wykonywać inaczej, z szacunkiem dla zmarłych i ich bliskich. Pomieszczenie trzy na trzy i ubranie zwłok nie wystarczy. Rodzina przeżywa dramat, a jest traktowana, jakby nic się nie stało. Postanowiłem, że to zmienię – tłumaczy założyciel Polskiego Centrum Szkolnictwa Funeralnego.

Jest postawnym, silnym mężczyzną w średnim wieku. Choć na zdjęciach niemal zawsze robi poważną minę, na co dzień jest bezpośredni i uśmiechnięty. O pracy mógłby opowiadać godzinami. Mówiąc o ciałach, trudnych przypadkach i procesie balsamacji, nie czuje skrępowania. Ma głębokie przeświadczenie, że wykonuje zwykłą pracę. Przyznaje jednak, że trzeba mieć do niej powołanie. Ważna jest też chęć pomocy ludziom. Ale tym żywym. Zmarłym jest już wszystko jedno.

Autor: Dawid Góra

Źródło: WP.PL

Transfuzja po śmierci

W jasno oświetlonej sali dominuje zimna biel, zieleń i akwamaryn. Balsamiści są w świetnych humorach. Rozmawiają, żartują. Dowcipy kończą się, gdy na salę wjeżdża wózek z ciałem. Nie ma momentu uświęcenia, zadumy, ale widać duży szacunek do zmarłego. Ruchy są automatyczne. Robili to setki razy.

Najpierw przekładanie zwłok z niższego wózka na stół do balsamacji. Odgłos sztywnego ciała upadającego na metal przyprawia o ciarki. Głuchy, pusty, martwy. Dźwięki cicho grającego radia i wibracji telefonu jednego z balsamistów przypominają o zewnętrznym świecie żywych. W tych okolicznościach są dość groteskowe.

Nie czuć żadnego zapachu. Smród w sterylnych pomieszczeniach, w których przygotowuje się zwłoki to mit. Chyba, że ciało jest w zaawansowanym rozkładzie. To już zupełnie inna sprawa.

Temperatura nieco niższa od tej w zwykłym pomieszczeniu, ale nie jest zimno. Podkoszulek, długie spodnie, a na to cienki szmaragdowy fartuch, w zupełności wystarczą.

Dezynfekcja, toaleta pośmiertna, golenie, czesanie, podcinanie włosów i paznokci. Po chwili typowe odgłosy z domowych łazienek zastępuje brzęk metalowych narzędzi. Balsamista wbija grubą igłę do tętnicy szyjnej. Obok nacina żyłę.

Zaczyna się transfuzja. Ragiel i jego ludzie spuszczają krew ze zwłok (która wbrew wyobrażeniom wielu, nie tężeje po śmierci), a potem zastępują ją specjalnym płynem z właściwościami dezynfekującymi, utrwalającymi, konserwującymi i kosmetycznymi. Ciecz dociera do coraz mniejszych arterii, by na końcu wypełnić nawet mikroskopijnej wielkości naczynia włosowate.

Ciało jest nawodnione. Balsamacja zaciera ślady śmierci, bólu, cierpienia, choroby, jak plamy opadowe – sina twarz, uszy, dłonie, zapadnięte oczy, otwarte usta. Odwraca nawet skutki zmętnienia rogówki.

Ostateczny etap prac to makijaż, ubieranie zwłok i wkładanie ich do trumny. Pośmiertny make-up jest wykonywany przy pomocy takich samych zestawów, których używają nasze siostry, mamy i babcie. Sprzedawczyni w drogerii, która z uśmiechem wkładała do siatki szminkę, tusz to rzęs, puder i podkład, nie wiedziała, że to nie prezent na dzień matki, a element spraw ostatecznych.

- Po takich praktykach zmarły wygląda, jakby żył, jakby tylko się zdrzemnął. Nie przywracamy tylko funkcji życiowych – dodaje Ragiel.

Czynności sanitarne trwają nieco ponad pół godziny. Razem z balsamacją – ok. dwóch. Jeśli na stół trafia ciało po wypadku – nawet trzy do czterech godzin.

- Zabalsamowane ciało wysycha. Nie zjadają go robaki. Potem następuje mineralizacja. Zostają tylko kości długie.

Koszt balsamacji to ok. 500 zł. Na Zachodzie jest standardowym działaniem, w Polsce to wciąż rzadkość.

Łamanie kości i zamykanie powiek

Ragiel uwielbia obalać mity. Jednym z nich jest rzekoma konieczność łamania kości zwłokom żeby przybrały naturalna pozycję.

- Często dostaję pytania na ten temat. Otóż, nikomu niczego nie łamiemy. Dokonujemy tzw. przełamania stężenia pośmiertnego, ale z łamaniem kości to nie ma nic wspólnego – mówi balsamista.

Chodzi o rozciąganie i rozluźnianie mięśni i ścięgien. Trzeba rozprostować palce, zgiąć nogi w kolanie, rozruszać kostki. Całość przypomina rehabilitację osoby z problemami neurologicznymi. Trzask słychać tylko wtedy, kiedy nagle, podczas rozciągania, puszcza mięsień młodej osoby. Ale trudno jednoznacznie skojarzyć go z dźwiękiem łamanej kości.

Kolejnym mitem są monety pozostawiane na oczach zmarłego. Niektóre polskie rodziny robią tak nawet dziś. Jednak nie chodzi im o pozostawienie bliskiemu opłaty dla Charona, aby przeprawił go przez Styks. Zamknięcie oczu zmarłemu zaraz po śmierci to żaden problem. Robi się to dokładnie, jak na filmach – wystarczy przeciągnąć dłonią po twarzy nieboszczyka. Gorzej jest jednak już kilka godzin później.

- Ciężar monet trzyma powieki i sprawia, że nie otwierają się samoistnie. Kiedy człowiek umiera w agonii, często po śmierci na półotwarte oczy. Zdarza się, choć bardzo rzadko, że są szeroko otwarte. Aby je zamknąć po dłuższym czasie od śmierci należy zastosować wobec nich przełamanie stężenia pośmiertnego. To wymaga trochę pracy – wyjaśnia balsamista.

Autor: Dawid Góra

Źródło: WP.PL

Spotkanie w zaświatach

Ragiel dba, aby zmarły był ubrany w to, w czym chodził za życia. Garnitur? Tylko dla tych, którym rzeczywiście zależało na elegancji. Choć na końcu o wszystkim zawsze decyduje rodzina.

- Kiedyś pewna pani chowała ojca. Kilka lat wcześniej musiała pożegnać się z matką. Widziałem, że coś ją trapi i nie jest to tylko smutek po stracie bliskiej osoby – opowiada Ragiel. - Pytała, czy możemy włożyć książeczkę i różaniec do trumny ojca. Okazało się, że rzadko chodził do kościoła, więc zasugerowałem, że może nie ma to sensu. Wtedy wyznała, że zapomniała włożyć książeczkę z modlitwami do trumny matki, nosi ją cały czas przy sobie i myśli o tym do dzisiaj! Po tylu latach! Ta kobieta potrzebowała pomocy, dobrego słowa. Powiedziałem, że włożymy książeczkę do trumny ojca, a on na pewno przekaże ją swojej żonie. Zgodziła się. Po pogrzebie przyszła do mnie i stwierdziła, że teraz wreszcie czuje się swobodnie. Spadł z niej ogromny ciężar i nie męczy jej myśl, że mama nie dostała od niej modlitewnika.

Niektórzy bliscy zmarłych przychodzą do Ragla jeszcze długo po pogrzebie. Chcą pogadać. Dziękują za wsparcie i dostosowanie kosztów pogrzebu do możliwości rodziny. Balsamista twierdzi, że można wyczuć prawdę - kogo stać na godny pochówek, a kto musiałby pozbyć się wszystkich oszczędności.

Fascynacja śmiercią, chaos i pieniądze

W Polsce jest ok. 60 balsamistów. Zdecydowana większość po kursach organizowanych przez Ragla.

Młodzi ludzie przychodzą, bo szukają spokojnej pracy, mają dość korporacji i tłumu (żywych) ludzi wokół siebie.

Ragiel odrzuca niektóre kandydatury już przez telefon.

- Dzień dobry, czy można zapisać się na kurs? Chciałbym zostać balsamistą.

- Nie ma problemu. A skąd ten pomysł?

- Nie mam pomysłu na przyszłość. Poza tym słyszałem, że w tej pracy można sporo zarobić – w słuchawce słychać niepewny głos.

- Rozumiem – na twarzy szefa Polskiego Centrum Szkolnictwa Funeralnego pojawia się ironiczny uśmieszek. - W takim razie proszę mnie uważnie posłuchać…

Kiedy rozmowa zaczyna się w ten sposób, o zawodzie balsamisty, przynajmniej na jakiś czas, kandydat może zapomnieć. Adam Ragiel uważa, że człowiek nie nadaje się do pracy przy zwłokach w trzech przypadkach: mówi o fascynacji śmiercią; kiedy nie jest zdeterminowany do niestandardowej pracy i w jego życiu wyczuwalny jest „chaos”; wreszcie kiedy najważniejszą motywacją są pieniądze.

A pieniądze rzeczywiście są spore, bo będąc balsamistą można zarobić nawet do 20 tys. złotych miesięcznie.

- Trzeba pamiętać, że taka osoba nie tylko przygotowuje ciała do pożegnania z bliskimi, ale ma też kontakt z rodzinami zmarłych. Bierze na barki ich żal i smutek – wskazuje Ragiel. - Nagle okazuje się, że psychika zaczyna siadać. Samo zajmowanie się zwłokami, nawet po długich godzinach kursów, bywa problematyczne. Przecież pracujemy również nad bezdomnymi, osobami, które nie mogły odpowiednio zadbać o higienę. Niektórzy brzydzą się dotknąć żywej osoby, a co dopiero zwłok.

Aby zacząć kurs nie trzeba posiadać konkretnego wykształcenia. Całą wiedzę nabywa się na zajęciach z Raglem. Kurs podstawowy trwa dwa dni. Bez problemu można na nim posiąść niezbędną wiedzę do sanitarnego przygotowania zwłok. Kurs na balsamistę – pięć miesięcy. W tym jest 25 dni roboczych lekcji i praktyk, czyli zaawansowanej i profesjonalnej pracy nad ciałem zmarłej osoby.

Na kurs podstawowy często przychodzą ci, którzy mają złe doświadczenia z zakładami pogrzebowymi. Chcą ochronić swoich bliskich przed pochówkiem odbierającym im resztki szacunku.

Zwłoki w garażu

- Są zakłady pogrzebowe, które przebierają zmarłych na ziemi, w garażach. Niektórzy, aby oszczędzić na wywozie odpadów biologicznych, pakują zużyte rękawiczki do ust zmarłego! – Ragiel krzywi się z niesmakiem. - Zdarza się, że zwłoki nawet nie są ubrane, skoro rodzina nie chce zobaczyć zmarłego przed pogrzebem. Był przypadek, że zakład pogrzebowy położył ubranie na worek ze zwłokami i tak chciał pochować tę osobę. Było to działanie wbrew temu, co zleciła rodzina. To nie są odosobnione przypadki!

Części właścicielom zakładów pogrzebowych balsamacja do dzisiaj kojarzy się ze starożytnym Egiptem i mumiami. Nie uczą się, nie podnoszą kwalifikacji. Jeśli rodzina nie zapyta o balsamację i szczegóły przygotowania zmarłego, nie dostanie żadnej informacji, bo jak twierdzi wielu ludzi z branży, „niewygodnych tematów się unika...”.

- Ludzie dzwonią do mnie z całej Polski. Wtedy jadę i balsamuję na miejscu albo wysyłam swoich pracowników. Kiedyś za usługę wziąłem 500 zł. Zakład pogrzebowy nie kiwnął nawet palcem, a potem zainkasował za to 2000 zł. Dlaczego? Bo rodzina powiedziała, że cena nie gra roli. Po co dodatkowe koszty, skoro można wziąć dużo pieniędzy za coś, czego nie zrobi się własnymi rękami. Prawda? – pyta retorycznie Ragiel.

Autor: Dawid Góra

Źródło: WP.PL

Na życie po śmierci trzeba sobie zapracować

Balsamista wierzy, że po śmierci z ciała człowieka wyzwala się energia. W opowieści o bezpośrednim kontakcie z duchami - nie.

– Przygotowałem setki, jeśli nie tysiące zmarłych. Nie miałem ani jednego snu, żadnych wizji. Subiektywne odczucia to co innego. Po śmierci żyjemy tak długo, jak długo pamiętają o nas inni. Na to trzeba sobie zapracować – mówi z przekonaniem.

A opowieści o duchach wysłuchał się co niemiara. Rodziny zmarłych często opowiadają o telewizorach, które same się wyłączają, poruszających się firankach, dziwnych dźwiękach w radiu.

– Po dramatycznych wydarzeniach mózg płata nam figle. Zawsze powtarzam bliskim osób zmarłych, że potrzebują modlitwy. Ale nie takiej wyuczonej z książeczki do nabożeństwa, tylko modlitwy własnymi słowami, rozmowy ze zmarłym – opisuje balsamista. - Nie można trzymać go przy sobie, trzeba pozwolić mu odejść. Dla naszego własnego dobra. To jest jak rozłąka na jakiś czas. Jej długość nie jest nam znana. Kiedyś znów się spotkamy z bliską nam osobą, a ona do tego czasu będzie nas wspierać swoją obecnością duchową, jeśli tylko będziemy tego chcieli i w to wierzyli…

Podczas pracy nad zwłokami, Raglowi zdarza się do nich mówić, żeby zmarły współpracował i pomagał mu podnieść rękę, głowę.

On sam tylko raz w życiu doświadczył zdarzenia nadnaturalnego, jednak nie było ono związane z pracą. W mieszkaniu wyraźnie było słychać kroki. Od drzwi wejściowych do łazienki. Zawsze w tym samym miejscu i zawsze przesuwały się w tym samym kierunku.

- Dzieci były rozdrażnione, kroki słyszeli wszyscy domownicy. Kiedyś jeden ze znajomych przyjechał do nas na noc. Rano stwierdził, że dzieje się tam coś dziwnego, że słyszy głośne kroki w przedpokoju. Pytałem o to byłych właścicieli mieszkania, ale nie chcieli wiele powiedzieć. Zachowywali się jednak dziwnie, patrzyli po sobie, stwierdzili tylko, że coś takiego miało miejsce i prosili księdza o pomoc. W końcu odezwałem się do bioenergoterapeuty, który oczyścił mieszkanie. Zachowanie dzieci zmieniło się, mogły spokojnie spać, a kroków już nigdy nie słyszałem i nikt inny przebywający w tym mieszkaniu. Niezależnie od tego, nie boję się niczego, co związane z życiem po śmierci – deklaruje z przekonaniem. - Powinniśmy bać się żywych, a nie zmarłych. Ci drudzy już nie mają możliwości nam zaszkodzić.

Ragiel często powtarza, że ludzie doszukują się wpływów nadnaturalnych, a sami uważają, że są nieśmiertelni. Będąc oko w oko ze śmiercią, miękną nawet najwięksi twardziele.

- Tym, którzy doprowadzają do śmierci innych, należy uświadamiać, że nigdy nie będą mogli cofnąć tego co zrobili. To koniec – mówi poważnie.

Dlatego uważa, że karą dla pijanego kierowcy, który doprowadził do śmiertelnego wypadku, powinna być wizyta w prosektorium raz w tygodniu. Powinien oglądać ciała osób po wypadkach - bezpośredni skutek nieodpowiedzialności jego i innych. A skutki szaleństw na drogach mogą być bardziej dojmujące niż potrafimy sobie wyobrazić.

Autor: fotolia

Źródło: Fotolia

W takich momentach nawet radio gra ciszej

Na zewnątrz panuje półmrok, a w sali wciąż to samo zimne światło. Ostatnie ciało do zabalsamowania tego dnia. Na twarzach pracowników zakładu pojawia się grymas żalu, współczucia i smutku. Na salę przywożą zwłoki matki, która zginęła w wypadku drogowym, będąc w ciąży. Jakiś idiota nie dostosował prędkości do warunków panujących na drodze. Podobno jechał na podwójnym gazie.

Kobieta jest po sekcji. Wyjęte z brzucha dziecko należy zabalsamować osobno.

Panuje cisza. Ruchy balsamistów są mechaniczne i profesjonalne. Dziś krótkie rozmowy dotyczą wyłącznie pracy. Nawet radio w tle gra jakby ciszej.

Balsamacja matki przebiega jak zawsze w przypadku dorosłych - bezproblemowo. U nienarodzonego dziecka balsamiści szukają tętniczki, aorty brzusznej. Jej znalezienie musi chwilę potrwać. Tętnica szyjna u dorosłego człowieka ma czasem szerokość dwóch kciuków. Aorta brzuszna w płodzie to szerokość cienkiego gwoździa.

Ragiel zarzeka się, że nawet w takich przypadkach myśli tylko o tym, jak pomóc rodzinie zmarłych, a więc przygotowuje ciało z należytą precyzją i według przyjętych zasad. Dziecko do szóstego roku życia może być pochowane w trumnie razem z matką. Kładzie się je w nogach. Kierują tym wyłącznie kwestie techniczne – trumna nie pomieści dwóch osób ułożonych w inny sposób.

Kiedy ciało jest zmasakrowane po wypadku, również można dokonać balsamacji. Rekonstruuje się brakujące fragmenty. Dokładnie, jak w programie „Twoja twarz brzmi znajomo”. Najtrudniejsze technicznie przypadki dla balsamisty to te, w których brakuje np. połowy twarzy. Wtedy ucho rekonstruuje się na podstawie drugiego, które na ogół nie uległo znacznej deformacji. Czasem korzysta się ze zdjęć.

Ok. 80 proc. rodzin chce pożegnać się ze zmarłym przed pogrzebem. Zdarza się, że widząc ciała po balsamacji, nie wierzą, że ich bliski nie żyje. Szczególnie po wypadkach, kiedy śmierć nastąpiła nagle.

– To jest ostatnie pożegnanie. Potem zostają już tylko zdjęcia, filmy i to, co mamy w pamięci. Skoro ktoś często się przytulał, razem spędzał każdy dzień, święta itd., to dlaczego miałby nie chcieć po raz ostatni przytulić się, złożyć pocałunku, dotknąć bliskiej osoby? – pyta Ragiel.

Podkreśla, że nie zastanawia się nad tym, jak doszło do wypadku, ile lat ma dana osoba, kim była za życia. Nawet w najtrudniejszych przypadkach od razu myśli o bliskich tych, którzy odeszli. To dla nich wykonuje swoją pracę.

- Kiedy pracuję na zmasakrowanych zwłokach, od razu myślę o tym, jak będą wyglądać, kiedy skończę. Jeśli mam dobrze wykonać swoje obowiązki, nie mogą mną kierować emocje. To jest wyzwanie. Śmierć np. matki i dziecka to ogromna tragedia. Jeśli mogę ją odrobinę złagodzić bliskim dobrze wykonaną pracą, to robię, co w mojej mocy – mówi. - Największą dumę odczuwam w przypadkach, kiedy widzę, że rodzina nie brzydzi się podejść do bliskich, nie odczuwa wstrętu – bo to zwłoki. Oni już więcej nigdy nie zobaczą swojej bliskiej osoby. Dlatego tak ważne jest to pożegnanie – ostatnie, a właściwie – ostateczne.

- Przygotowuję ludzi do drogi. Żywych – do dalszej drogi życia, bez tak ważnego brakującego ogniwa. Zmarłych – do drogi, której na razie nie znam, ale mnie też przyjdzie kiedyś na niej stanąć.