Marta Maria Pawłowska , 17 października 2018

Co je żołnierz?

Odpowiedzią na pytanie z tytułu był stary dowcip: "żołnierz je obrońcą Ojczyzny". Ale żeby tej ojczyzny bronić skutecznie, żołnierz musi - jak każdy człowiek - jeść zdrowo. A że żołnierskie obowiązki to potężny wysiłek fizyczny, to w wojskowych racjach żywnościowych nie może być byle czego.

Polskie misje wojskowe odbywały się w ścisłej sojuszniczej współpracy z Waszyngtonem – i to Amerykanie odpowiadali za wyżywienie. W amerykańskiej bazie oczywiście jest po amerykańsku – dużo, trochę fastfoodowo, ale pysznie.

KUCHNIA WUJA SAMA

Dla samego jedzenia można tam wrócić - rozmarza się Michał Kowal. Jest saperem, był na misji w Afganistanie. O szczegółach służby nie opowiada, za to o stołówce w bazie może mówić długo. – W omletach można się zakochać! Są z różnymi dodatkami, wytrawne, na słodko. Na śniadanie dają też jajecznicę, bekon, różne wędliny, płatki...

Święto Dziękczynienia w amerykańskim garnizonie w Vicenzie we Włoszech

Święto Dziękczynienia w amerykańskim garnizonie w Vicenzie we Włoszech

Autor: Laura Kreider, USAG Vicenza/PAO

Źródło: flickr.com

I zawsze jest wybór – jak w dobrym hotelu na wyjeździe all inclusive. Soki, owoce, dania wegetariańskie. Jak ktoś chce dietę bez glutenu, to też nie problem. Wszystko dostępne całą dobę, bo tzw. Difak, czyli stołówka w bazie, jest zawsze otwarty. Jak się wraca w nocy z patrolu to można wpaść i coś zjeść.

Nie brakuje też słodyczy. Hitem są lody, Amerykanie serwują też ciasteczka, a i w suchych racjach zawsze znajdą się cukierki. Gorzej, że nawet amerykański chleb jest lekko słodki. - Polakom trudno się do tego przyzwyczaić - dodaje Kowal.

- Chleb? Nie zawsze jest jadalny. Na przykład w Kosowie w Camp Bondsteel serwowali siedemnaście rodzajów pieczywa, ale żaden nie nadawał się do jedzenia. Nie było porównania z polskim chlebem – wspomina mjr Marek Kwiatek, zastępca rzecznika Dowództwa Operacyjnego Rodzajów Sił Zbrojnych. – Ale może to i lepiej, bo łatwiej pilnować diety. A trzeba, bo zdarzają się sytuacje, że żołnierz wraca z misji 20 kg cięższy – dodaje.

Trudno się oprzeć na przykład rewelacyjnym żeberkom w miodzie. Albo hamburgerom i hot-dogom, w których lubują się Amerykanie. Choć nie ma wymówek – kto chce, skomponuje sobie zbilansowaną dietę. Każdy składnik, choćby to był mały pomidorek, ma dokładnie opisaną kaloryczność.

- Dobrze, że jest siłownia, bo trudno sobie nie pofolgować przy stole – opowiada Arkadiusz Dwulatek, fotoreporter z wojskowego zespołu Combat Camera. - Żarcie rewelacyjne i bez limitu, ale i tak po pewnym czasie ma się trochę dosyć tych hamburgerów i człowiek zaczyna tęsknić za dobrym schabowym z ziemniakami i kapusta, jaki mama czy babcia robiły - przyznaje. - A polskie jedzenie jest tylko w czasie świąt. Wtedy wiadomo: musi być bigos, muszą być uszka i inne tradycyjne potrawy. I w czasie wizyt VIP-ów pojawia się też polska kuchnia.

Kuchnia polowa na ćwiczeniach z okazji przekazania bazy Camp Bondsteel w Kosowie między kolejnymi kontyngentami sił pokojowych KFOR, 2011 r.

Kuchnia polowa na ćwiczeniach z okazji przekazania bazy Camp Bondsteel w Kosowie między kolejnymi kontyngentami sił pokojowych KFOR, 2011 r.

Autor: MNBG-E KFOR-14

Źródło: flickr.com

CZYM KARMIENI SĄ POLSCY ŻOŁNIERZE

Amerykański sen kończy się, gdy żołnierze wracają do kraju. O jakości jedzenia w armii krążą sprzeczne opinie. Jedni chwalą słynną wojskową grochówkę, inni twierdzą, że wojskowi kucharze zepsują każdy przepis. Czym karmieni są polscy żołnierze?

Z facebookowego profilu Żarcie w wojsku wyłania się niewesoły obraz. Zdjęcia publikowanych tam posiłków nadsyłane są anonimowo, ale z zaznaczeniem jednostki, w której zostały podane. I tak 1 batalion zmechanizowany w Lęborku raczył się na kolację czterema plastrami wędliny w towarzystwie… rybiego łba. Kucharz na poligonie w Toruniu wykazał się natomiast nie lada fantazją, wrzucając do klasycznego rosołu pokrojone parowki. Na osłodę żołnierze dostali jednak lukrowaną drożdżówkę. Żołnierze 25 Batalionu Lekkiej Piechoty w Zamościu zaprezentowali śniadanie składające się z niewielkiego kawałka kiełbasy, dwóch plastrów żółtego sera, dwóch kromek chleba i kawałka papryki.

Wiele z prezentowanych potraw trudno nawet nazwać. Część wygląda – jak opisują niewybredne komentarze pod zdjęciami – jakby już raz zostały zjedzone. Sporo do życzenia pozostawia też wielkość porcji. Niektóre są solidne, ale wiele wygląda tak, jakby przygotowano je dla uczniów szkoły podstawowej, a nie żołnierzy, których czeka spory wysiłek fizyczny na poligonie.

WDROŻYĆ JEDZENIE DO PRODUKCJI

- Znam ten profil, ale trudno mi go skomentować. Zdjęcia są wysyłane anonimowo, nie wiem, jak je zweryfikować. Na pewno sprawa jest wyolbrzymiona – mówi ppłk. Adam Nowosad. Człowiek, który o wojskowym jedzeniu wie niemal wszystko. Jest zastępcą Komendanta Wojskowego Ośrodka Badawczo-Wdrożeniowego Służby Żywnościowej w Warszawie. Pod zawiłą wojskową nazwą kryje się miejsce, w którym decydują się losy żołądków polskich żołnierzy.

Ośrodek mieści się na granicy Warszawy, w Rembertowie. Wygląda jak każda jednostka wojskowa: wysoki mur, ciężka brama, uzbrojony strażnik, do środka można wejść tylko po otrzymaniu przepustki. Najwyższy poziom zabezpieczeń, choć w środku nie pracuje się nad tajnymi technologiami i nowoczesną bronią.

– Czym się zajmujemy? Wszystkim, co związane z żywieniem żołnierzy. Opracowujemy wymagania do produkcji indywidualnych racji żywnościowych, certyfikujemy producentów żywności produkujących dla wojska. Mamy akredytowane laboratorium, w których pracujemy nad zywnością trafiającą do suchych racji żywnościowych. Zanim cokolwiek trafi do żołnierzy musi być starannie przebadane i przejść kilkustopniową akceptację. Ustalamy też, jakie jest zapotrzebowanie żołnierzy na kalorie i składniki odżywcze, bo to jest podstawa opracowania wszystkich przepisów i zawartości pakietów żywnościowych – opowiada ppłk. Nowosad.

Z badań wydatku energetycznego przeprowadzonych przez ośrodek wynika, że żołnierz powinien dostarczać do organizmu 3000-4000 kcal dziennie. I tak kalkulowane są jadłospisy. Nieco wyższą kaloryczność mają suche racje żywnościowe: 3600 – 4500 kcal. Dużo? Racje żywnościowe wykorzystywane są na poligonach i w czasie działań wojska w terenie, np. przy usuwaniu skutków powodzi. A to jest duży wysiłek. Sam sprzęt noszony przez żołnierza na poligonie waży ok 30 kg. Zmierzyliśmy wydatek energetyczny i wyszło, że tyle kalorii trzeba żołnierzowi dostarczyć, żeby mógł dobrze wypełniać swoje zadania – wyjaśnia ppłk. Nowosad.

Racje żywnościowe polskiego wojska

Racje żywnościowe polskiego wojska

Autor: dzięki uprzejmości WOBWSŻ

Źródło: WP.PL

JEDNA PORCJA POLSKA WARTA TRZY AMERYKAŃSKIE

Jak dodaje, ideałem jest podawanie żołnierzom jedzenia ze świeżych produktów. Racje żywnościowe z założenia są przeznaczone na sytuacje, gdy nie jest ro możliwe. Skąd więc taka ich popularność w wojsku?

– Musimy być przygotowani na każdą ewentualność, dlatego w magazynach zawsze jest określona liczba racji żywnościowych. Sześć miesięcy przed końcem daty ważności są rozsyłane do jednostek, do rozdysponowania według potrzeb.

Dostajemy do przetestowania indywidualną rację żywnościową SR, która zawiera jeden żołnierski posiłek. Opis zawartości wygląda zachęcająco: gulasz węgierski jako danie gorące, do tego puszka szprotek w oleju, dwie paczki sucharów, miód, baton zbożowo – owocowy o smaku gruszki, saszetka z granulowaną herbatą, guma do żucia i cukierki, do tego akcesoria. Plotki głoszą, że w zagranicznych bazach za jedną rację polskiego wojska można dostać nawet trzy amerykańskie. Zaczynam wierzyć, że to nie tylko plotki. Szczególnie, że wojskowe danie smakuje naprawdę dobrze. Oczywiście, jak na produkt z puszki.

- Smak jest bardzo ważny. Żołnierz ma być nie tylko najedzony, ale i zadowolony. A nasze racje są bardzo wysoko oceniane wśród wojsk NATO – mówi ppłk. Nowosad i opowiada o długiej drodze, jaką musi przejść każdy produkt, zanim znajdzie się w żołnierskich racjach.

Piknik z wojskową racją żywnościową

Piknik z wojskową racją żywnościową

Autor: dzięki uprzejmości WOBWSŻ

Źródło: WP.PL

TESTOWANE NA ŻOŁNIERZACH

Najpierw w ośrodku opracowuje się dokumentację do produkcji racji prototypowej, po czym jest ona produkowana zgodnie z wytycznymi. Gotowe produkty są badane w warunkach, w jakich mają być używane. Pojawiają się na poligonach albo na dużych manewrach i ćwiczeniach takich jak "Anakonda". Żołnierze wypełniają ankiety, oceniając każdy produkt w skali od 1 do 9, mogą też dodawać swoje uwagi, np. że danie jest za mało przyprawione albo ma nieodpowiednią konsystencję. Jeśli średnia ocena jest niższa niż sześć, danie nie trafi do produkcji seryjnej.

Uwagi mogą dotyczyć też akcesoriów – jeśli żołnierze stwierdzą, że słomki papierowe lepiej sprawdzają się niż plastikowe, to ośrodek uwzględni te oczekiwania. Na tej podstawie powstaje partia próbna, która również badana jest przez laboratorium oraz oceniana przez żołnierzy na poligonach i dopiero po zebraniu wszystkich uwag dana racja kierowana jest do produkcji seryjnej.

- Takich prac prowadzimy dużo, bo zależy nam na tym, żeby żołnierze jedli różnorodnie. W tej kwestii mamy w ostatnich latach prawdziwą rewolucję. Kiedyś było tylko kilka zestawów, w dodatku wyłącznie z produktami na zimno – wyjaśnia ppłk. Nowosad. A teraz?

Indywidualna racja żywnościowa to obecnie 21 zestawów. Każdego dnia zużywa się trzy, czyli przez tydzień żołnierz może jeść co innego na każdy posiłek. W konserwach jest m.in. kurczak z warzywami, kasza jęczmienna z mięsem, jest wołowina w sosie własnym, leczo, bigos, spaghetti. Nowością, która wkrótce trafi do żołnierzy, są konserwy zawierająca np. udko kurczaka. Żeby żołnierz mógł też zjeść coś, co można normalnie ugryźć. Poza 21 zestawami mięsnymi są jeszcze trzy zestawy wegetariańskie, bo żołnierze zgłaszali, że czasami chcieliby jednak odpocząć od mięsa.

Porcja konserwowego mięsa z wojskowej racji żywnościowej

Porcja konserwowego mięsa z wojskowej racji żywnościowej

Autor: dzięki uprzejmości WOBWSŻ

Źródło: WP.PL

JEDZENIE, KTÓRE NIE MA PRAWA SIĘ ZEPSUĆ

Do końca roku będzie opracowana dokumentacja racji przeznaczonej do stref tropikalnych. Wymagania są wyśrubowane: paczka ma bez szwanku przetrwać 12 miesięcy w temperaturze 25 st., w tym 10 dni w temperaturze ekstremalnej 50 st. C. Już teraz wiadomo, że po 10 dniach upałów jedzenie straci nieco walorów smakowych, ale nadal będzie bezpieczne i akceptowalne do zjedzenia. Ośrodek planuje wypuszczenie 9 zestawów, czyli wyżywienia na trzy dni. Podstawą będą konserwy z chudym mięsem, bo to właśnie tłuszcz najszybciej psuje się pod wpływem temperatury.

Spod ręki pracowników ośrodka wyszło też kilka produktów specjalnych. Na przykład pakiet przetrwaniowy dla pilotów. To niewielka paczuszka umieszczona pod siedzeniem. W razie konieczności katapultowania się pilot dysponuje zestawem, który pozwala przetrwać trzy dni z ograniczonym dostępem do pożywienia i wody pitnej. Przetrwać, czyli nie ma tu mowy o żadnych przysmakach: są to wyłącznie podstawowe produkty, takie jak tabletki z glukozy oraz do uzdatniania wody.

Swoją rację przetrwaniową mają też wojska specjalne. To 9 batonów, które w sumie zawierają około 2500 kcal. W założeniu mają wystarczyć na trzy dni, pokrywając około jedną trzecią zapotrzebowania kalorycznego.

– Wiadomo, akcje wojsk specjalnych wyglądają różnie, to żołnierz decyduje, jak rozłoży sobie zużywanie racji. Czego innego potrzebuje, jeśli tylko czeka na pomoc, czego innego, jeśli wykonuje inne zadania. Ważne, że specjalsi są z tych racji zadowoleni – mówi ppłk. Nowosad.

A jak smakuje taki baton komandosa? - Trochę jak suszony chleb, ale dodaliśmy posmak cytrusowy, żeby było choć trochę smaczniej. Choć akurat w tym przypadku smak gra drugorzędną rolę, ale zawsze dbamy o detale. Ot, choćby guma do żucia. Nie zawiera cukru ani słodzików, tylko ksylitol, który działa odkażająco i w warunkach poligonowych może być namiastką umycia zębów po posiłku. A w dodatku guma po dwóch minutach robi się twarda i trzeba ją wypluć. Żeby nie nadwyrężać mięśni szczęki.

Jak to więc możliwe, że przy takim zaangażowaniu pracowników ośrodka, przy wielostopniowych procedurach i wyśrubowanych normach nadal na żołnierskie talerze trafiają rybie łby czy rozpadające się pulpety nazywane "kulkami mocy"? Cóż, zły kucharz jest w stanie zepsuć nawet najlepszy przepis. I nadal nie opracowano norm, które zabroniłyby dodawania parówek do rosołu.