Trzy tygodnie. Kilka tysięcy kilometrów. Wspinaczki na górskie szczyty i szalone zjazdy na złamanie karku. Wszystko to przygotowane dla blisko dwustu śmiałków, z których każdy musi wypruć żyły i z poświęceniem odegrać swoją rolę.

Ustalmy jedno: w każdym wielkim wyścigu - Tour de France, Giro d'Italia czy Vuelta Espana - zwycięzca jest tak samo ważny jak ten, który dojeżdża do mety ostatni.

Peleton to nie bezładna zbieranina jadących kierownica w kierownicę kolarzy, którzy przeszkadzają sobie nawzajem. To organizm. Bardzo skomplikowany organizm, na którego jego funkcjonowanie ma wpływ każda komórka. Każdy rower.

Kolarstwo jest najbardziej zespołowym ze sportów indywidualnych. Lider nie odniesie sukcesu bez pomocy kolegów, a model funkcjonowania drużyny najlepiej zrozumieć przez pryzmat finansów. Podczas wielkiego touru wszystkie premie zdobyte przez członków ekipy wpadają bowiem do jednego worka i dopiero na mecie są dzielone między zainteresowanych według odpowiedniego klucza.

Kto jest kim w peletonie

Teatr peletonu podczas dużego wyścigu to barwny krajobraz ról. Najprościej kolarzy podzielić na cztery grupy: liderów, sprinterów, pomocników oraz harcowników.

Peleton Tour de France podczas etapu na Polach Elizejskich

Peleton Tour de France podczas etapu na Polach Elizejskich

Autor: Chris Graythen

Źródło: Getty Images

Cel członków pierwszego zestawu jest jasny: walka o jak najwyższe miejsce w klasyfikacji generalnej wyścigu. Podczas etapu lider - najczęściej człowiek drobny budową, ale gigant wydolności, wybitny przy jeździe po górach - musi mieć baczenie na najgroźniejszych rywali i podejmować ataki lub ofensywne zapędy oponentów kontrować. Sprinterzy - potężnie zbudowani atleci - do głosu dochodzą na odcinkach płaskich, gdzie walczą o etapowe sukcesy. Harcownicy to ludzie, którzy konkretnego dnia dostają wolną rękę od szefostwa ekipy i mogą samodzielnie inicjować akcje w poszukiwaniu sukcesu indywidualnego.

Największym kawałkiem kolarskiego "ciasta" są jednak pomocnicy. Czasem mogą przeradzać się w harcowników, częściej pełnią posługę lokajów i bodyguardów. Podczas spokojnego etapu jadą obok lidera/sprintera: asekurują, chronią przed wiatrem, dostarczają napoje i odżywki z jadącego za peletonem samochodu zespołu, a w krytycznych momentach (guma, awaria, wywrotka) mogą nawet posłużyć własnym sprzętem. Jeśli wyścigowi przewodzi niebezpieczna ucieczka, kilku z nich może przesunąć się na czoło peletonu i podkręcić tempo głównej grupy. A podczas finiszu po płaskim na finałowych kilometrach stworzyć pociąg, który napędzi sprintera i dowiezie go w komfortowej pozycji do ostatnich metrów, gdzie będzie mógł wykończyć pracę kolegów.

Włosi najlepszych pomocników peletonu określają mianem gregario. To kasta specjalistów wybitnych, zajmujących wysokie miejsca na kolarskiej liście płac. Kiedyś należał do nich wicemistrz olimpijski z Moskwy, obecnie organizator Tour de Pologne Czesław Lang. Dziś podobną rolę pełni Maciej Bodnar. Tacy jak oni przez cały etap cierpią i pracują na rzecz lidera, a później dojeżdżają do mety w okolicach sto czterdziestego miejsca.

- Bo to jest jak w piłce nożnej, gdzie po boisku biegają też bramkarze, obrońcy i napastnicy. Kiedy poda pan piłkę Lewandowskiemu, a on strzeli gola, to będziecie się przecież cieszyć tak samo - wyjaśnia nam Lang.

Wagon w pociągu

Podczas wyścigu ważna jest zarówno rola odgrywana przez kolarza, jak i miejsce na scenie, w którym się znajduje. Teoretycznie zawsze lepiej, gdy pomocnicy opiekują się liderem w okolicach czoła stawki. To ogranicza ryzyko nieprzyjemności: zamieszania w kraksę czy zagubienia w drugiej grupie przy przypadkowym przedarciu się peletonu. Kolarstwo jest jednak nie tylko walką z przeciwnikiem i własnymi słabościami, ale także z oporem wiatru.

To, jak ważną gra on rolę, kilka miesięcy temu na łamach "L'Equipe" przedstawił Bert Blocken z Uniwersytetu Technologicznego w Eindhoven. Na podstawie jego badań największy francuski dziennik przygotował grafikę pokazującą, ile oporu przyjmują na siebie kolarze w peletonie. I tak ten jadący na czele grupy w porównaniu do kolegi schowanego w jej ogonie musi dać radę oporowi większemu 17-krotnie! W kolarskim TGV można więc podróżować w kilku różnych klasach.

Heros z arkusza

Kiedyś peleton gnała głównie pasja. Pierwsze wyścigi rowerowe rodziły się z XIX-wiecznej fascynacji rozwojem technologicznym połączonym z umiłowaniem do przekraczania ograniczeń ludzkiego ciała. Kolarzy nazywano "romantycznymi szaleńcami", a rozpisany na trzy tygodnie scenariusz wyścigu - rozwijający się w rytmie linearnej narracji, relacjonowany głównie za pośrednictwem prasy - zyskiwał rozmach iście literacki, także mitotwórczy.

Eddy Merckx podczas wyścigu Tour de France

Eddy Merckx podczas wyścigu Tour de France

Autor: Roger Viollet

Źródło: East News

Dziś w kolarstwie mniej jest namiętności. Dominują cyfry. Zamiast literatów nad pracą kolarzy pochylają się twardogłowi statystycy, którzy na rowerach coraz rzadziej widzą ludzi, częściej traktują hybrydę człowieka i maszyny jak bolid F1. Identyfikują gwiazdy, serwują im starannie wyselekcjonowane "paliwo" i określają potencjał wygenerowanej z niego tego paliwa mocy.

W czerwcu Team Sky podzielił się z dziennikarzami BBC planem wyściowym czterokrotnego zwycięzcy TdF Christophera Froome'a. Precyzował wagę kolarza każdego kolejnego dnia rywalizacji, zawierał zestaw posiłków z rozpisanymi wartościami energetycznymi oraz planował moc do wygenerowania w konkretnych fragmentach etapu. Wszystko po to, aby Brytyjczyk mógł maksymalnie wykorzystać swój potencjał na kluczowym wzniesieniu i dojechać do mety perfekcyjnie "wykończony".

Przy planie Froome'a opowieści o tym, jak kolarze podczas Wyścigu Pokoju dostawali na mecie bułki i serdelki z kotła, a Czesław Lang zabierał na trasę pajdę chleba z miodem i cukier do kieszeni, urastają do miana anegdoty z innej epoki. I dowodzą, że dziś wynik kolarza to faktycznie efekt pracy olbrzymiej ekipy. Nie tylko kolegów z zespołu, ale także naukowców, dietetyków, trenerów, masażystów czy kucharzy. Triumf wymaga logistycznej perfekcji. Zespół BMC w 2014 roku - obok kolarzy - zabrał na TdF 17-osobowy sztab, 10 samochodów, 27 rowerów, 80 par kół, 2000 butelek, 1000 batonów, 1500 sztuk energetycznego żelu i kilkanaście kartonów z odzieżą.

Bohaterowie Giro d'Italia. Od lewej Elia Viviani, Julian Arredondo, Nairo Quintana, Fabio Aru

Bohaterowie Giro d'Italia. Od lewej Elia Viviani, Julian Arredondo, Nairo Quintana, Fabio Aru

Autor: Bryn Lennon

Źródło: Getty Images

Nocleg w "Gwieździe śmierci"

Wyścig to starcie profesjonalistów, którym dziś bliżej do robotów niż herosów dawnych lat. Oczywiście, nieobce są im ludzkie namiętności, peleton pełny jest koleżeństwa i przyjaźni. Rafał Majka i Paweł Poljański to na przykład najlepsi kumple, podobnie jak kiedyś Lang i Lech Piasecki. O etosie sportowej rywalizacji coraz częściej mówić jednak trudno, bo wielkie pieniądze i presja przedefiniowały pojęcie "fair play". Jeszcze kilkanaście lat temu Lance Armstrong czy Jan Ulrich potrafili podczas wyścigu poczekać na rywala, którego dopadły problemy techniczne. Dziś kraksa, pogodowa katastrofa czy kłopot faworyta to sygnał: "Jazda!". Tak podczas TdF przewagę nad Andym Schleckiem zdobywał kilka lat temu Alberto Contador, tak swoją pozycję w klasyfikacji generalnej Giro budował swego czasu Nairo Quintana.

W dawnych czasach takie akcje nie uszłyby na sucho. Już kolejnego dnia ancymon musiałby się liczyć z bombardowaniem bidonami, a może i miałby problem ze spokojnym przespaniem nocy. Kolarzom na wielkich wyścigach zdarzało się nocować po szkołach, internatach i salach gimnastycznych. Henryk Charucki podczas Tour de l'Avenir spędził nawet noc w klasztorze. Dziś towarzystwem kolarzy cieszą się najlepsze hotele, a między miastami podróżują oni autokarami z innej epoki: wyposażonymi w komfortowe fotele, nowoczesny sprzęt, często kuchnię i prysznice. Ten, którym dysponuje Team Sky, nazwano nawet "Gwiazdą Śmierci".

Świat pędzi, sport ewoluuje, w zawodowym kolarstwie przez lata nie zmieniło się za to jedno: jest dla twardzieli. Trzeba mieć charakter, żeby pokonać 19-kilometrowy podjazd pod Tourmalet (1404 km przewyższenia, średnie nachylenie 7,4 proc.) i trzeba mieć odwagę, żeby pędzić na zjeździe z prędkością 100 km/h. Kolarze w szalonym tempie opuszczają góry, w szalonym tempie rozgrywają też sprinterskie finisze. Czasem wystarczy drobne wahnięcie, uślig, minimalny błąd, by rozegrał się pierwszy akt dramatu. Obtarcia, wstrząśnienia mózgu i pękające obojczyki to dla wielu codzienność. Kolarze są jednak z żelaza, zawsze się po upadkach podnoszą. A przy tych najgroźniejszych często później padają z ich ust słowa: "Życie uratował mi kask".

Ryszard Szurkowski podczas wyścigu "Rund um Koeln" też miał kask. Gdyby nie on, obrażenia po wypadku mogłyby być jeszcze gorsze. Polski kolarz walczy dziś o powrót do normalnego życia i pełnej sprawności. Jest legendą, wielką postacią polskiego sportu. Trzy razy był mistrzem świata, przywiózł dwa medale z igrzysk olimpijskich. Na szosie był przebiegły i bezwzględny. Podczas MŚ w Barcelonie (1973) przez kilkanaście kilometrów jechał w ucieczce na ostatniej pozycji, tempo grupie nadawał Stanisław Szozda. Szurkowski na pedały mocniej nacisnął dopiero w końcówce, pięknie wykończył pracę kolegi. Na podium stanął sam, ale mistrzem nie zostałby bez pomocy. Taki to sport. Indywidualny, a jednak drużynowy.

Cały czas trwa zbieranie środków na rehabilitację legendy kolarstwa Ryszarda Szurkowskiego. Wpłat można dokonywać na konto:

09 1240 1747 1111 0000 1845 5759

W dane przelewu należy wpisać dane odbiorcy: ul. Jana Henryka Dąbrowskiego 189,60-594 Poznań, a w tytule: "Ryszard Szurkowski - rehabilitacja".