Jeden z najważniejszych współczesnych artystów amerykańskiego komiksu. Autor trzech autobiograficznych powieści graficznych, opowiadających o jego wyniszczającym uzależnieniu, własnym skąpstwie i toksycznym związku, w który był zaangażowany. Człowiek, który z przegranego życia uczynił temat wybitnej sztuki.

Zorganizowanie wywiadu z Mattem nie należy do prostych zadań. Urodzony w 1963 roku rysownik od 15 lat żyje w Los Angeles. Dzieli nas więc ocean i potężna różnica czasu. Co gorsza, Matt nigdy nie posiadał telefonu komórkowego, a internet opanował dopiero przed kilkoma miesiącami. Niespecjalnie radzi sobie jeszcze z obsługą emaila, nie wspominając o Skypie. Na wiadomości na Facebooku nie odpowiada, a do przyjaciół przyjmuje każdego, kto wyśle mu zaproszenie – jakby nie do końca zdawał sobie sprawę, jakie pułapki czyhają na nieuważnych użytkowników mediów społecznościowych. Gdy jednak udaje mi się w końcu nawiązać z nim kontakt, ustalamy, że wymienimy się emailami. Matt odpisuje po kilku dniach, czasem nawet tygodniu.

W wysyłaniu wiadomości pomaga mu dziewczyna – młodsza od niego o 20 lat. Jego odpowiedzi zaś są… cóż… osobliwe. Czytając je, wierzę, że intencją Matta było udzielenie szczerej i wyczerpującej odpowiedzi, zawsze jednak daje się ponieść narracji, która prowadzi go w najprzeróżniejsze regiony. Zwłaszcza, jeżeli pytam o życie osobiste.

Źródło: Drawn & Quarterly

A nie sposób nie pytać Matta o życie osobiste. Cała jego twórczość jest bardzo osobista. Debiutował w latach 80. na łamach rysowanej przez siebie serii komiksowej "Peepshow". Kolejne zeszyty tej serii zostały zebrane w trzy powieści graficzne: "The Poor Bastard", "Fair Weather" i "Spust" (wydany także w Polsce). Wszystkie traktują o nim samym.

Z pamiętnika onanisty

W "The Poor Bastard" opowiada o związku z Trish, w który był zaangażowany na przełomie lat 80. i 90. Nie była to najszczęśliwsza znajomość – partnerzy wciąż się kłócili, a napięć nie rozładowywał fakt, iż Matt zwykł niezdrowo zakochiwać się w niemal każdej atrakcyjnej kobiecie, którą spotkał. W związku incydentalnie dochodziło też do przemocy. A gdy w końcu para się rozstała, Matt nie mógł się pogodzić z faktem, iż Trish ułożyła sobie życie bez niego.

"Fair Weather" to wyprawa w przeszłość, do dzieciństwa artysty. Przekonująca, że Matt niewiele się od tamtego czasu zmienił. Już jako kilkunastolatek był obsesyjnie oszczędny, wulgarny i zafiksowany na temacie seksu. Choć nastoletni Matt – samotny, poniewierany, nielubiany – zdecydowanie godzien jest współczucia, to czytelnikowi trudno nie odnieść wrażenia, że dzieciak sam jest sobie winien. Tak irytującym jest gówniarzem.

Źródło: Drawn & Quarterly

"Spust" z kolei, to ekshibicjonistyczna spowiedź człowieka uzależnionego od masturbacji i pornografii. Rozgrywająca się po rozstaniu z Trish, rozrysowana na ponad 120 stronach kronika samotności, użalania się nad sobą i onanizmu. Jeżeli Matt mówi tu szczerą prawdę o sobie (a twierdzi, że mówi), to aż trudno uwierzyć, do jakiego stanu mógł się doprowadzić dorosły człowiek. Po rozstaniu jego niechęć do ludzi pogłębiła się tak bardzo, że zazwyczaj nie chciało mu się nawet wychodzić z pokoju do wspólnej toalety, mocz oddawał więc do trzymanej w szafie butelki. Całe dnie spędzał zamknięty w małym, wynajmowanym pokoju, robił sobie dobrze i oglądał pornografię. A po wycieńczających, wielogodzinnych sesjach onanizmu wycierał się starymi t-shirtami i szedł spać.

Gdy pytam, czy nie obawiał się przedstawiać siebie w tak negatywnym świetle, odpowiada, że nie obchodzi go, co myślą o nim inni.

– Nie mam żadnych hamulców w poniżaniu siebie – pisze. – Oczywiście, postrzegam się jako bardzo poważnego faceta z całą masą przemyśleń: mrocznych, filozoficznych, melancholijnych, perwersyjnych, brutalnych, małostkowych i tak dalej. Ale z jakiegoś powodu, gdy tylko zaczynam rysować, górę bierze moje poczucie humoru. Nie walczę z tym. Nie chcę na siłę pokazywać własnej wspaniałości, bo to nie jest ani zabawne, ani interesujące. A na przykład skąpstwo jest. I tak to leci… Wszystko w imię uchwycenia prawdy, ale tylko takiej prawdy, której czytanie mnie samemu będzie sprawiać radość.

Źródło: Timof Comics

Dopytuję o sposób, w jaki przedstawił związek z Trish. Jest w nim samolubny i wybuchowy. Zakochuje się w przyjaciółce swojej dziewczyny i wielokrotnie rozważa zdradę – choć dobrze wie, że Trish o tym przeczyta. Podczas jednej z awantur, gdy Trish protestuje przeciwko umieszczaniu jej w komiksie, podbija jej oko. W momencie publikacji albumu odbiło się to szerokim echem: recenzenci zwracali uwagę, iż Matt jest zwykłym damskim bokserem i zarzucali mu, że uczuciom swojej ofiary w ogóle nie poświęca uwagi. Ale Matt ma na to odpowiedź. Podkreśla, że jego wersja jest o wiele łagodniejsza niż rzeczywistość i pozostawił w niej tylko własne przewiny. Bo nie chciał robić z Trish negatywnej bohaterki.

– Kosztowało mnie bardzo dużo wysiłku, by nie przedstawiać Trish w negatywnym świetle. Ale prawda jest taka, że była w równym stopniu odpowiedzialna za klęski naszego związku, co ja. Gdybym o tym napisał, nie osiągnąłbym żadnej sprawiedliwości, a jedynie pogrążył sam siebie. Ja, Joe Matt, człowiek stojący za obrazkami, okazałbym się małostkowym, złośliwym typkiem, wykorzystującym komiksy, by atakować swych najbliższych.

Przyznaje jednak, że jest coś, czego nie powinien był umieszczać w "The Poor Bastard". O dziwo, nie ma na myśli sceny, w której bije ukochaną, ale znajdujący się na ostatnich stronach wątek seksualnego trójkąta. A w zasadzie nieudanego trójkąta, bo gdy Matt ma w końcu okazję przespać się z byłą koleżanką z liceum i jej współlokatorką, tchórzy i zamyka się w łazience. W końcu udaje mu się uspokoić i wytłumaczyć sobie, że o takiej okazji marzył całe życie, lecz gdy jest gotów wkroczyć do akcji, jest za późno – kobiety śpią.

– Żałuję, że sfabrykowałem tę scenę. Do niczego takiego nigdy nie doszło – wyznaje, a ja nie jestem pewien, czy nie żałuje również, że do niczego takiego nigdy nie doszło.

Żałosny dziwak

Po rozstaniu z Trish Matt na wiele lat pogrążył się w samotności. Zjadany seksualnymi obsesjami, uzależnił się od pornografii. A jako że mowa o latach 90., czasach sprzed internetowej rewolucji, dostęp do filmów dla dorosłych nie był jeszcze tak prosty jak dzisiaj. Matt miał swojego "dilera" – wyglądającego jak włoski ogier faceta imieniem Mario. Spotykał się z nim w kawiarniach i dyskutowali na temat pornografii, jak dwaj koneserzy artystycznego kina. Mario przynosił mu też kasety i (za drobną opłatą), pozwalał pożyczać te "najciekawsze". Matt niósł je do domu i całe dnie spędzał nad ich przegrywaniem i edytowaniem. Nawet nie oglądaniem, ale żmudnym montowaniem. Nie interesowała go bowiem zwykła pornografia – on marzył o pornografii pozbawionej mężczyzn. Wycinał ich więc z gorączkową drobiazgowością, tak uważnie, że w zasadzie nie miał czasu, by cieszyć się imponującą kolekcją zmontowanych w ten sposób kaset.
Dziś sam przyznaje, że był to bardzo kiepski okres w jego życiu.

Źródło: Drawn & Quarterly

– Patrząc wstecz na ten czas, widzę, że byłem bardzo wyizolowany. Samotność, masturbacja i edytowanie kaset z pornografią… zbytnio sobie pobłażałem, mając nadzieję, że samo mi przejdzie. Liczyłem na moment objawienia, jakiś rodzaj samoistnego domknięcia, które odmieni mój los. Ale ono oczywiście nigdy nie nadeszło. Wciąż kocham pornografię i masturbację o wiele zbyt mocno. Pomimo iż jestem w związku.

Paradoks sytuacji polega na tym, że "Spust" to najwybitniejszy komiks w karierze Matta i jeden z najważniejszych komiksów autobiograficznych XXI wieku. Rysownik jest w nim bezkompromisowo szczery. Prezentuje się w najgorszych, najbardziej intymnych sytuacjach. Ubogiego, obrzydliwego, odpychającego. Uwięzionego nie tylko w czterech ścianach wynajmowanego pokoiku, ale i we własnej głowie – pełnej pornograficznych przebłysków, samooskarżeń, niezrealizowanych planów i wyrzutów sumienia. Gdyby życie Matta wyglądało inaczej, z pewnością byłby szczęśliwszym człowiekiem. Ale czy zrobiłby równie dobry komiks?

Ważnymi postaciami dzieł Amerykanina są dwaj inni artyści: Seth i Chester Brown. Spotkania z nimi dają czytelnikowi rzadką okazję spojrzenia na Matta z perspektywy osób mu bliskich. I pokazują, że także oni patrzyli na jego "pasje" z przerażeniem, a jego samego mieli za żałosnego dziwaka.

Trójka poznała się w kanadyjskim Toronto, dokąd Matt wyemigrował w 1988 roku, żeby obniżyć koszty życia i móc utrzymywać się z oszczędności odłożonych po pracy dla DC Comics (kolorował m.in. komiksy o Batmanie). Obaj są dzisiaj wybitnymi artystami. Ale dla naszych rozważań ważniejszy jest Brown. Dzieli on bowiem z Mattem umiłowanie do perwersyjnego ekshibicjonizmu i jest autorem komiksu "Na własny koszt". Opisuje w nim, jak na przełomie milleniów zaczął korzystać z usług prostytutek. Nie jest to jednak komiks obyczajowy ani pornograficzny, a poważna publicystyczna rozprawa nawołująca do legalizacji prostytucji. Brown jest w nim tak przekonujący, że recenzujący jego komiks Marceli Szpak – dziennikarz nieukrywający lewicowych sympatii – niechętnie przyznawał, iż brakuje mu kontrargumentów.

Źródło: Joe Matt

Jak ważni byli przyjaciele na drodze Matta?
– Poznanie Setha i Browna, a więc ludzi, którzy myślą podobnie, a ich zainteresowania i ambicje w 100 procentach pokrywały się z moimi, było kluczowe dla mojego rozwoju. Gdyby nasze ścieżki się nie przecięły, pewnie nie opublikowałbym żadnej historii. Z kolei z Sethem i Chesterem… nawet gdybyśmy nie poznali wydawcy, znaleźlibyśmy sposób, by pokazać światu nasze prace. Kserowalibyśmy je i rozdawali ludziom na ulicy. Pieniądze nie były wtedy ważne, liczyło się tworzenie.

Trio rozpadło się w 2002 roku, po tym, jak Matt wrócił do Stanów Zjednoczonych. Zrobił to z dwóch powodów: po pierwsze, po zamachach z 11 września, gdy zarówno Kanada jak i USA zaostrzały środki bezpieczeństwa, był pewien, że wcześniej czy później wytropią go służby imigracyjne. Po drugie: HBO rozważało zekranizowanie jego komiksów i uczynienie z nich serialu telewizyjnego. Koproducentem projektu miał być David X. Cohen, jeden z twórców słynnej "Futuramy". Ostatecznie z produkcji nic nie wyszło (mówiąc słowami Matta: "HBO poszło po rozum do głowy"), a rysownik mieszkał już w Los Angeles i nie mógł wrócić do Kanady. Choć naprawdę chciałby:

– Jeżeli oglądałeś serial "Lost" pamiętasz z pewnością, że pod koniec trzeciego sezonu Jack zdesperowany krzyczy do Kate: "We have to go back!". Dokładnie tak się czuję, kiedy myślę o Toronto, Sethcie i Chesterze.

Źródło: Timof Comics

Z czystego lenistwa żyje w obóstwie

Za powrotem przemawiałyby też kwestie finansowe. Życia, jakie w Mieście Aniołów wiedzie jeden z najzdolniejszych amerykańskich artystów komiksowych, z pewnością nikt mu nie pozazdrości. Matt zarabia mniej niż 4 tys. dolarów rocznie i ledwie stać go na opłacenie pokoju. Wiecznie oszczędza. Nigdy nie jada na mieście. Aby kupować nowe książki, musi sprzedawać stare. Nie spodziewa się jednak żadnego przełomu. Bo i nic nie robi, by odmienić swój los.

– Rysowanie komiksów było złym wyborem życiowym z wielu powodów: jestem leniwy, a komiksy to ciężka robota, pieniądze z tego są żadne, podobnie jak sława. Ale z drugiej strony nigdy świadomie nie wybrałem tej profesji, to ona wybrała mnie. Jestem niewykwalifikowany i niechętny, by robić cokolwiek innego. Zaś jeżeli chodzi o pieniądze… jestem zmęczony ubóstwem, ale nigdy nie szukałem innej pracy. Nigdy nawet nie czułem, że jestem w pełni funkcjonującym dorosłym. Nigdy nie miałem samochodu, karty kredytowej, komputera i telefonu komórkowego, cholera, nie mam nawet krawata i porządnych ubrań. Mając 54 lata, wciąż czuję się jak nastolatek. O wiele łatwiej wyobrazić mi sobie, że będę opiekował się dziećmi lub kosił trawniki, niż że postaram się o prawdziwą pracę.

Mimo iż komiksy Matta pełne są scen masturbacji, przemocy psychicznej czy sesji z pornografią, to właśnie ta życiowa niemoc jest ich najpotężniejszym, najbardziej przygnębiającym przesłaniem. Poczucie klęski i rozczarowania pozostaje w czytelniku na długo po skończonej lekturze.

Źródło: Timof Comics

W końcowej scenie "Spustu", jednej z najszczerszych (i najsmutniejszych) w historii komiksu, Matt konfrontuje się ze swoimi wyimaginowanymi czytelnikami:
"Strona po stronie jęczę o pornografii. To masturbacja pod postacią komiksu. Prędzej czy później czytelnicy domyślą się, że to zmierza donikąd. Że nie będzie żadnego objawienia czy poprawy. I co wtedy? Brakuje mu głębszego wglądu we własną osobę stwierdzą… I słusznie. Ale czy gdybym wiedział czemu taki jestem, to bym się nie zmienił?".

Joe Matt to człowiek niezwykle utalentowany, zdolny do autorefleksji na rzadko spotykanym poziomie. To także artysta kultowy, którego dzieła analizują teoretycy i historycy sztuki. A przy tym to pogodzony z własnymi obsesjami obleśny typ, poświęcający całe tygodnie na onanizm i pornografię. Z czystego lenistwa godzący się na życie w ubóstwie.

Kiedy pytam o następny komiks – w którym opisze życie w Los Angeles – odpowiada, że pracuje nad nim od 2007 roku. W tym czasie zrobił sobie kilkuletnią przerwę, bo nie podobały mu się pierwsze strony. Teraz jednak znów mu się podobają, więc "przerwa" to tak naprawdę ładne określenie na kompletną stratę czasu. Być może skończy rysować w przyszłym roku. Ale może nie. Raczej nie.