Aleksandra Rutkowska , 11 października 2019

Jednostka specjalna do spraw ratowania życia

Krzyk, płacz, jęk, lament, śmiech. Ratownicy muszą uciszyć tę kakofonię. Mają 60 minut. Stawką może być ludzkie życie.

- Jeśli tego nie ugasicie, może wybuchnąć. Nie wiecie, czy obok nie leży poszkodowany - mówi Paweł Romaniuk, członek Medycznego Zespołu Ratunkowego PCPM [PEMT PCPM]. To jednostka ratunkowa, działająca pod ONZ-owską egidą. Jedyna w Polsce, jedna z kilku w Europie.

Jest środek nocy. Temperatura sięga 8 stopni - ku rozczarowaniu organizatorów. Liczyli na to, że pogoda będzie mniej łaskawa dla rekrutów. Przynajmniej obfity deszcz utrudnia - mówią z rozbrajającą szczerością. Po lesie wciąż niosą się i odbijają od drzew rozdzierające uszy krzyki i jęki.

Co się stało? Podczas imprezy wybuchła skrzynka z fajerwerkami, kilkanaście osób znalazło się w lesie, tuż obok eksplozji. Ratownicy muszą powstrzymać pożar i odnaleźć poszkodowanych, udzielić im pomocy, zapanować nad paniką, podzielić obowiązki w zespole, wyznaczyć lidera i bezpieczne miejsce, gdzie można przetransportować rannych.

Trening kandydatów do jednostki ratunkowej PCPM

Trening kandydatów do jednostki ratunkowej PCPM

Autor: Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej

Źródło: materiały PCPM

TRENING Z RATOWANIA ŻYCIA

- Zostajesz albo idziesz dalej. Musisz zdecydować. Jak w prawdziwym życiu - Paweł zwraca się do jednej z lekarek, wyraźnie zagubionej. Rekrutowana pani doktor pochyla się nad jedną z ofiar. Nagle za jej plecami rozlega się błagalny krzyk: "Nie czuję nóg! Boję się, że umrę, nie wiem co się dzieje!" Lekarka rozgląda się, łapie potężny oddech. Podejmuje decyzję: biegnie w głąb lasu ratować krzyczącą kobietę. Czy ofiar jest więcej? Komu pomagać w pierwszej kolejności? Na te pytania chwilowo odpowiedzieć musi sobie sama. Jej zespół rozbiegł się po lesie.

Ta noc zweryfikuje sposób działania ratowników w stresie, ich umiejętność wypracowania komunikacji między członkami zespołu oraz współpracy z wieloma poszkodowanymi.

- To było nasze pierwsze zadanie, byliśmy trochę zszokowani. Nie wiedzieliśmy jeszcze do końca, o co chodzi - mówi jedna z kandydatek. Chce być częścią jedynego w Polsce i jednego z kilku w Europie zespołów szybkiego reagowania, który tworzą eksperci różnych specjalizacji medycznych. PEMT PCPM to jednostka, w której liczy się wiedza, doświadczenie, skuteczność i pełna gotowość do pomocy ofiarom katastrof, kryzysów czy klęsk żywiołowych. Dlatego częścią struktury PEMT (Poland Emergency Medical Team) mogą być tylko zawodowcy.

Każdy z nich musi być gotowy do wyjazdu na drugi koniec świata ratować ludzi. Być może będą musieli niedługo pojechać na Bliski Wschód. Jeśli niedawno rozpoczęta ofensywa turecka przeciwko Kurdom przyniesie ofiary i uchodźców, być może to właśnie oni - członkowie Medycznego Zespołu Ratunkowego PCPM - będą próbować udzielić pomocy tym, którym udało sie uciec ze strefy konfliktu.

Selekcja musi być brutalna, a egzamin terenowy - trudny i wyczerpujący do upadłego. W przeludnionym obozie dla uchodźców nikt nie będzie troszczył się o to, czy się wyśpisz, czy nie.

Rekruci w trakcie szkolenia

Rekruci w trakcie szkolenia

Autor: Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej

Źródło: materiały PCPM

37 MINUT SNU

W jednej z grup rekruci przekazali do karetki osobę pod wpływem alkoholu, myląc ją z ciężarną. Zdenerwowali się. I przestali się ze sobą komunikować - komentuje Paweł, obserwator akcji ratunkowej. I czeka na następną grupę.

Organizatorzy za cel postawili sobie zrobienie absolutnie wszystkiego, by poznać osobowości kandydatów od najgorszej możliwej strony. Ratownicy nie wiedzieli, gdzie odbędzie się rekrutacja, ani co ich czeka na miejscu. Dostali współrzędne geograficzne i prostą informację: Macie mieć wszystko, co pozwoli wam przetrwać najbliższe 24 godziny.

Dotarcie do praktycznego etapu to już sukces - dostały się tu zaledwie 24 osoby z całej Polski. Ratownicy medyczni, lekarze, radiolodzy, pielęgniarze, ginekolodzy. Każdy przynajmniej z kilkuletnim stażem pracy: w szpitalu, karetce, przychodni. zanim zostali zaproszeni do bazy w Kostkowicach, wszyscy przeszli weryfikację merytoryczną.

Dlaczego mamy to robić? - dopytuje jeden z kandydatów. Przechodzi wraz z grupą test Kraepelina. To jedno z sześciu nocnych zadań, które w uproszczeniu polega na dodawaniu szeregu cyfr przez blisko godzinę i służy sprawdzeniu zdolności do wykonywania nużącej pracy oraz weryfikacji tempa narastania zmęczenia. Część rekrutów sumiennie liczy, część podgląda, zagaduje, rozgląda się, komuś zdarzyło się zasnąć w połowie liczenia.

Wybija 4:00 rano.

Zadania toczą się nieprzerwanie i równolegle we wszystkich punktach - inne grupy w tym czasie mierzą się z testem z języka angielskiego lub przechodzą przez pięć stacji medycznych: naprawiają respirator, robią nocne USG, EKG, radzą sobie ze złamaniem uda czy szyciem świńskiej nogi, rozmawiają z psychologiem. "Zaliczyć" muszą każdy z punktów. Przez cały ten czas przemieszczają się ze wszystkim, co zabrali z domu. Po deszczu ciężar przemoczonego dobytku zwiększył się pewnie o połowę.

Dwanaście zadań rozpisanych na 24 godziny. Zadania nocne, a zaraz potem - bez porządnej przerwy na sen - dzienne, rozrzucone na rozległym terenie leśnym. Choć oni jeszcze tego nie wiedzą. Z nocnymi wyrobić się muszą do 6.00 rano. Wyrobili się do 5:23. W pełnym składzie.

- Miałam przemoczony śpiwór, ale pomyślałam, trudno, już mnie nic nie obchodziło - mówi Maja Obecna, ratowniczka medyczna. - Chciałam tylko zasnąć. Po 37 minutach snu słyszę: "dzień dobry!". Padło wtedy niejedno ekscytujące "o ku..a". Pomyślałam: po co nam był ten sen?

Chwilę po godzinie 6:00 rano rozpoczyna się 40-minutowy trekking. Wszyscy wyruszają z jednego punktu. Tu zadaniem jest też samo dotarcie do celu z pomocą mapy analogowej, co winno zająć nie dłużej niż 30 minut. Przynajmniej w teorii: Po godzinie marszu "nie wiadomo gdzie" zastanawiałam się, czy ja to wytrzymam i co nas właściwie czeka - opowiada Maja. - Ale gdy rozpoczynaliśmy zadanie, skupialiśmy się na jego wykonaniu. Te marsze od punktu do punktu były okazją do marudzenia, ale i podtrzymania krzepy. Licznik kroków, uruchomiony przez jednego z kandydatów tuż po rozpoczęciu rekrutacji, wskaże 34 kilometry.

Fragment szkolenia Medycznego Zespołu Ratunkowego PCPM

Fragment szkolenia Medycznego Zespołu Ratunkowego PCPM

Autor: Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej

Źródło: materiały PCPM

IMPROWIZACJA

Do Marcina Gałkiewicza, jednego z obserwatorów z EMT PCPM, już pierwsza grupa dociera z opóźnieniem, choć niewielkim.

- Jesteście w górach Kirgistanu na wysokości 4 200 metrów. W obozie wyżej czekają na was pacjenci z objawami choroby wysokościowej - dowiadują się na dzień dobry. Ich pacjentami mają być członkowie prywatnej wycieczki, którzy nie zastosowali się do zasad aklimatyzacji i ruszyli w górę, korzystając z okna pogodowego. Zadaniem grupy jest udzielenie skutecznej pomocy w trudnych warunkach oraz ewakuacja. Do dyspozycji są pozostałości po rosyjskim sprzęcie medycznym. Jest jednorazowy i niepełny. Musicie dobrze zaplanować akcję ratunkową. Butla tlenowa jest tylko jedna - podpowiada Marcin.

- Zadanie sprawdza wiedzę medyczną, umiejętności logistyczne i językowe. Dysproporcja pomiędzy ilością sprzętu a potrzebami w przypadku trudnych misji ratunkowych to częsty problem - tłumaczy. - To pozwala nam sprawdzić, jak oceniani przez nas ratownicy poradzą sobie w podobnej sytuacji.

W tym samym czasie inna grupa pracuje nad naprawieniem pompy wodnej: On nie przeżyje transportu! - słychać krzyczącego do krótkofalówki radiologa. Pacjent leży tuż przy brzegu jeziora. Wykrwawia się. Potrzebuję sprzętu do intubacji i płynów! Trwa reanimacja.

Kilka kilometrów dalej - checkpoint, a wraz z nim szereg niewygodnych pytań. Symulacja porwania. Jeszcze dalej - liny, którymi trzeba zjechać z 20-metrowej skały.

– Na dole czekało chyba z 40 pacjentów, z tym, że na papierze - mówi Maria, jedna z rekrutek. Diagnozę postawić musi każdemu z nich. - Chcieliśmy sprawdzić "coś więcej" niż tylko działania medyczne, w których specjalista w swojej dziedzinie świetnie sobie poradzi - tłumaczy Sławek Musiał, obserwator. To m.in. on weryfikował wytrzymałość psychiczną rekrutów - bo na misje ratunkowe wyjeżdżają tylko zawodowcy o silnej osobowości.

Szkolenie ma przygotować ratowników do najtrudniejszych zadań, jak pomoc malutkim dzieciom

Szkolenie ma przygotować ratowników do najtrudniejszych zadań, jak pomoc malutkim dzieciom

Autor: Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej

Źródło: materiały prasowe PCPM

Tego dnia kandydaci i kandydatki do PEMT PCPM musieli też naprawić instalację elektryczną, uruchomić generator, przyjąć pacjentów w różnym stanie, odebrać zagrożony poród czy resuscytować noworodka. Jesteście w północnej Ugandzie. Musicie przekazać pacjenta do szpitala wyższej referencji, bo tu nie jesteśmy w stanie mu pomóc - zapowiada następne zadanie dr Agnieszka Racka, obserwatorka w szpitalu polowym.

Według Rackiej najpilniej obserwowanymi cechami u kandydatów były: zaangażowanie w zadanie, przyjmowanie ról w zespole, współpraca, która daje skupienie na celu, jakim jest pacjent. Miejscowy lekarz podczas symulowanej rozmowy wytknął wszystkie błędy, jakie dana grupa popełniła podczas scenariusza. Łamanym angielskim z domieszką suahili. To świetnie weryfikowało zetknięcie się ratowników z inną kulturą.

W miarę upływu dnia nawet w sposobie poruszania się kandydatów widzieliśmy postępujące zmęczenie. Tak fizyczne jak i umysłowe - mówi mi dr Racka po 22 godzinach od rozpoczęcia rekrutacji. W trakcie wykonywania zadań dziennych z dalszego udziału w rekrutacji zrezygnowały trzy osoby.

Jedni gubili się na szlakach, inni w tym czasie czekali na możliwość wykonania zadania - działania pojedynczej osoby wpływały na cały zespół. To najważniejsza lekcja, jaką powinni wynieść z tej rekrutacji - podsumowuje szef logistyki w PEMT PCPM.

- Większość rekrutów, trzeba to przyznać, wyciągała konstruktywne wnioski - podkreśla Paweł Romaniuk, obserwator zdarzenia masowego, czyli rzekomego wybuchu fajerwerków i paniki. - To najlepiej pokazuje, jak ważne są ćwiczenia, w których możesz popełnić milion błędów, żeby później w rzeczywistej sytuacji zrobić ich jak najmniej.

Rekrutację ukończyło 21 osób. - Te zadania naprawdę dużo nam dały. - słyszę od jednej z kandydatek na kilka dni przed decyzją. - Mieliśmy wspólną refleksję, że - niezależnie od wyniku rekrutacji, a czekamy na te wyniki bardzo - warto było to przeżyć.

Lada chwila okaże się, kto z rekrutów zasili grupę medycznych wolontariuszy gotowych na wszystko w ciągu 24 godzin. Takich, jak ci, którzy być może niedługo będą musieli lecieć do irackiego Kurdystanu i na południową granicę Turcji. Takich, jak ci, którzy byli gotowi podczas trzęsienia ziemi w Nepalu, powodzi w Peru, kryzysu w Libanie czy Ugandzie.

Szkolenie rekrutów do Medycznego Zespołu Ratunkowego PCPM

Szkolenie rekrutów do Medycznego Zespołu Ratunkowego PCPM

Autor: Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej

Źródło: materiały PCPM

OD TEORII DO PRAKTYKI

Mieliśmy dyżur w ugandyjskim szpitalu Koboko, kilkanaście kilometrów od granicy z Sudanem Południowym - wspomina Marcin Gałkiewicz. - Nagle podjechał samochód terenowy z 6 ugandyjskimi żołnierzami uzbrojonymi w karabiny maszynowe.

Na "pace"' auta znajdowało się dwóch rannych mężczyzn po wypadku motocyklowym. Zostali zrzuceni z niego na ziemię za ręce i nogi, jak worki z piaskiem.

- Byliśmy jedynymi białymi w tłumie gapiów i wśród personelu, co dość szybko skupiło uwagę żołnierzy. Nerwowo zaczęli rozmawiać między sobą i pokazywać nas palcami. Ruszyli w naszym kierunku. Skóra mi się zjeżyła. Do dziś pamiętam mahoniową twarz jednego z nich i przekrwione, zimne oczy, którymi na nas patrzył. Byliśmy dla nich obcy, a wiec stanowiliśmy potencjalne zagrożenie. Spojrzeliśmy na siebie i ze spokojem założyliśmy stetoskopy na szyję - wcześniej nie były dostatecznie widoczne. Gdy je zobaczyli, momentalnie odwrócili od nas uwagę i wrócili do samochodu. Zobaczyli w nas kogoś, kto przyjechał tu pomagać, a nie szkodzić.