Klaudia Stabach , 7 grudnia 2018

Każdy chciał być Szurkowskim. Bogiem szosy

Pogoda, że psa byś z domu nie wygnał, a Szurkowski: "Panowie, jedziemy nad Morskie Oko”. Jako trener mógł siedzieć w ciepłym aucie, zamiast tego w śniegu i mrozie zasuwał razem z kolarzami. – Rysiek to facet, za którym idziesz w ogień – zgodnie oceniają koledzy mistrza. Mistrza, który ruszył w najważniejszy wyścig: o własne zdrowie.

Zbigniew Szczepkowski: - Ryśkowi rower był po prostu pisany. Kiedyś przyznał się, że pracował jako listonosz w swojej rodzinnej miejscowości. Podobno rozwoził rowerem listy tak szybko, że w południe już był obrobiony za cały dzień.

Lech Piasecki: - Ruscy i Niemcy byli niesamowici. Ryszard zapalił w nas ogień, który sprawiał, że nie było dla nas rzeczy niemożliwych. Zaczęlismy z nimi wygrywać.

Wojciech Matusiak: - W peletonie Ryszard widział wszystko. Jeśli sam tracił, to wiedział, co robić i w ciągu minuty odrabiał dystans.

Przewidywał wszystko niczym jasnowidz

W latach 60. czy 70. taktyczne rozegranie wyścigu to była wyższa szkoła jazdy. - Nie było słuchawek w uszach, przez które manager mówi wskazówki. My musieliśmy wszystko widzieć i wszystko wiedzieć. Kto gdzie jest, kogo trzeba wyprzedzić, a komu można odpuścić. Dlatego każdy zawodnik musiał obserwować cały peleton - wspomina Wojciech Matusiak, zwycięzca Tour de Pologne w 1969 roku i czterokrotny mistrz Polski na szosie i torze.

Zawodnicy dogadywali się między sobą na migi. Czasem wystarczyła obserwacja pracy nóg kolegów z drużyny – jeśli mocniej zaczynali kręcić, trzeba było robić to samo. - Mieliśmy też zapiski na kierownicy z numerami konkurentów, żeby orientować się na przykład, który jest groźny – opowiada Tadeusz Mytnik, wybitny kolarz, srebrny medalista olimpijski.

Ryszard Szurkowski doskonale sprawdzał się jako kapitan podczas wyścigów. – Przewidywał, co za chwilę może się wydarzyć i przekazywał to innym. Mylił się rzadko – dodaje Mytnik. Nic dziwnego, że na trasie to on budował strategię. Najważniejsze, że wiedział, jak i kiedy to Polacy mają zaatakować. – Jeśli sam tracił, to wiedział, co robić i w ciągu minuty odrabiał dystans – zaznacza Matusiak.

W oczach kolegów i podopiecznych Szurkowski, przy wszystkich swych zdolnościach i świadomości własnych umiejętności, podchodził do kolarstwa z dużą pokorą. - Był niesamowicie solidny. To, co trener zaplanował, on wykonywał. Ba, robił to nawet z nadmiarem – dodaje Wojciech Matusiak.

Wyścig Pokoju w 1975 roku

Wyścig Pokoju w 1975 roku

Autor: Stanisław Dąbrowiecki

Źródło: PAP

Każdy wyścig to ogromne emocje. Z zewnątrz tego nie widać, ale zawodnikom często puszczają nerwy. Dlatego nawet mało istotna sytuacja może doprowadzić do wielkiej awantury. – Dotyczyło to wielu, ale nie Ryszarda. On zawsze ważył słowa. Nigdy nie uraził żadnego z kolegów. Niejednemu poleciała wiązanka z ust, a on zawsze był spokojny i trzymał emocje na wodzy – opowiada Matusiak.

Nawet gdy Szurkowski przegrywał, chociaż rzadko tak się działo, to nie pokazywał po sobie, że cierpi. – Na pewno było mu trudno, bo był idolem, a Polacy nie lubią, gdy idol przegrywa – mówi Matusiak. – Starał się wytłumić emocje i zawsze prezentować tak, jak na wybitnego sportowca przystało. To skromny mistrz – dopowiada Tadeusz Mytnik.

Solidny, zdeterminowany, ale i uparty! Zarówno na trasie jak i prywatnie. - Podczas jednego ze zgrupowań dwóch chłopaków stwierdziło, że przed wyścigiem zgolą głowy na łyso. Reszta szybko podchwyciła pomysł, bo wydawał się im zabawny. Po kolei kolarze podstawiali się pod maszynkę. Szurkowski stał i obserwował wygłupy kolegów. Gdy przyszła jego kolej, stwierdził, że jemu nie wypada tego robić. Wybrał inny wariant. - Obciął się na króciutko, ale pilnował, że maszynka "przypadkiem" się nie omsknęła – śmieje się Matusiak.

Marzenia? Ach, być jak Szurkowski

Po sukcesach sportowych Ryszard Szurkowski zaczął odnosić sukcesy jako trener. W latach 1984–1988 prowadził kadrę narodową kolarzy szosowych i sprawił, że młodzi nie tylko wygrywali, ale przede wszystkim przełamali mentalne bariery. - Uwierzyliśmy, że jesteśmy lepsi od Ruskich czy od Niemców. Zapalił w nas ogień, który sprawiał, że nie było dla nas rzeczy niemożliwych – ocenia Lech Piasecki.

Podopieczni podkreślają, że Szurkowski był wymagający, ale jednocześnie nie stawiał się w roli niedoścignionego autorytetu. – Miał nastawienie koleżeńskie. Traktował chłopaków tak, jakby byli członkami drużyny, w której on sam jest zawodnikiem – mówi Piasecki.

Do tego Szurkowski trener nie podnosił głosu. Był spokojny nawet, gdy widział, że atmosfera w drużynie za bardzo się rozluźnia. – Jak się któryś obijał, to brał go na rozmowę i przypominał mu, po co jest w zespole – wspomina Wojciech Matusiak. – Ale rzadko trzeba było ustawiać chłopaków do pionu. Większość z nich wiedziała, że musi ciężko trenować. Piasecki z Mierzejewskim zawsze robili tak, jak kazał im Rysiek – wspomina Matusiak.

Lech Piasecki nie zaprzecza: - Byliśmy wpatrzeni w niego jak w obrazek, jak w Boga. Był dla nas idolem z naszej młodości. Każdy, kto zaczynał w tamtym czasie, chciał być jak Szurkowski i jeździć tak jak on. Piaseckiemu udało się to jak najbardziej – zwyciężył w Wyścigu Pokoju i został mistrzem świata.

Reprezentacja Polski na Wyscig Pokoju - Mieczysław Nowicki, Stanisław Szozda, Tadeusz Mytnik, Ryszard Szurkowski, Jan Brzeźny, Stanisław Boniecki

Reprezentacja Polski na Wyscig Pokoju - Mieczysław Nowicki, Stanisław Szozda, Tadeusz Mytnik, Ryszard Szurkowski, Jan Brzeźny, Stanisław Boniecki

Autor: Andrzej Rybczyński

Źródło: PAP

Również Tadeusz Mytnik pamięta wiele wskazówek, które dawał zawodnikom Szurkowski. – Przede wszystkim wpajał każdemu, którego powołał do kadry, że ma lekcje do odrobienia, że nie jest w zespole bez powodu – zaznacza Mytnik. – Ryszarda nie dało się też oszukać. Ci, którzy to zrobili, oszukali siebie. Bo on, dzięki swojemu świetnemu zorganizowaniu, wiedział o wszystkim, co działo się w kadrze.

To sprawiło, że sukcesy zaczęły pojawiać się błyskawicznie. – W tym samym roku wygraliśmy chyba wszystko co się da: wiosenne wyścigi, Wyścig Pokoju czy Mistrzostwa Świata – wspomina Piasecki.

Wy się chłopaki męczycie, to ja z wami

Piasecki wspomina dwie sytuacje, które dobitnie mu uświadomiły, że jego idol i trener zawsze walczy do końca. - Podczas zgrupowania w Zakopanem mieliśmy zaplanowaną jazdę na Morskie Oko - wspomina były kolarz. Gdy tylko zawodnicy dotarli do hotelu, pogoda zrobiła się paskudna - siarczysty mróz, porywisty wiatr, śnieg. Psa z domu byś nie wygnał. Dlatego, schodząc na śniadanie, Piasecki był przekonany, że Szurkowski ogłosi zmianę planów. Godzinę później najedzona i uśmiechnięta ekipa zebrała się w holu przekonana, że za chwilę pójdzie ćwiczyć w hali albo pojeździ na nartach.

Ku zaskoczeniu wszystkich Szurkowski zszedł na dół gotowy do wyjścia na zewnątrz. Zdziwiony zapytał: "Co tutaj robicie? Za pięć minut odjazd". - Popatrzyliśmy po sobie z nietęgimi minami. Dyskusji nie było. Poszliśmy się ubrać, a potem wskoczyliśmy na rowery i naprzód – wspomina Lech Piasecki.

Warunki były jeszcze gorsze, niż wyglądało to z okien hotelu, ale do Szurkowskiego nikt nie miał pretensji. - Mógł dyrygować nami z samochodu, ale nie. Jechał razem z nami i marzł, choć przecież nie musiał - podkreśla Piasecki.

Wyścig Pokoju w 1988 roku. Trener Szurkowski odpoczywa razem z zawodnikami

Wyścig Pokoju w 1988 roku. Trener Szurkowski odpoczywa razem z zawodnikami

Autor: Jerzy Ochoński

Źródło: PAP

Druga historia przydarzyła się na mistrzostwach w Bułgarii w 1985 roku. Zawodnicy jechali przez tunel, na którym leżały plastry lodu. Lech Piasecki niefortunnie najechał na jeden z nich. – Bach i leżę. Mnie się nic nie stało, ale rower był rozwalony. Zgięta korba, urwana klamka hamulca - opowiada Piasecki.

Szurkowski momentalnie przeanalizował sytuację. Do mety zostało kilka kilometrów. Peletonowi uciekło kilku kolarzy.

- Ryszard podjechał i krzyknął: „Dawaj Piasek, gonimy ich!”. Siadłem mu na koło i doholował mnie do uciekającej grupy. Krzyknął jeszcze: "No, a teraz masz wygrać”. Jak kazał, tak zrobiłem.

Nie zawsze z dobrego zawodnika wyrasta po zakończeniu kariery dobry trener, ale w przypadku Szurkowskiego tak właśnie się stało. - Moim zdaniem, w tamtych czasach, był jednym z lepszych trenerów na świecie – uważa Zbigniew Szczepkowski, olimpijczyk z Montrealu w 1976 roku, przyjaciel Szurkowskiego. – Długo nie będzie drugiego takiego – dopowiada Lech Piasecki.

"Wierzę, że jeszcze wsiądzie na rower”

Dzisiaj 72-letni Ryszard Szurkowski walczy o powrót do zdrowia. 10 czerwca były mistrz świata w kolarstwie oraz medalista olimpijski uległ poważnemu wypadkowi podczas wyścigu w niemieckim Koeln. W ciągu tygodnia przeszedł trzy operacje – jedną twarzy i dwie kręgosłupa.

Ryszard Szurkowski w trakcie wyścigu

Ryszard Szurkowski w trakcie wyścigu

Autor: SLAWOMIR BERNAS

Źródło: East News

Rodzina i bliscy początkowo ukrywali tragedię kolarza. Jednak, gdy okazało się, że koszty finansowe przerastają ich możliwości, zdecydowali się poprosić o pomoc. Aktualnie trwa zbiórka pieniędzy na rehabilitację mistrza.

Wszyscy koledzy Szurkowskiego, z którymi rozmawialiśmy są przekonani, że Ryszard odzyska sprawność.

Szczepkowski: – To jest wojownik.

Matusiak: – Z taką determinacją jak on ma, nie może się nie udać.

Piasecki: – Wierzę, że jeszcze wsiądzie na rower.

Cały czas trwa zbieranie środków na rehabilitację legendy kolarstwa Ryszarda Szurkowskiego. Wpłat można dokonywać na konto:

09 1240 1747 1111 0000 1845 5759

W dane przelewu należy wpisać dane odbiorcy: ul. Jana Henryka Dąbrowskiego 189,60-594 Poznań, a w tytule: "Ryszard Szurkowski - rehabilitacja”.