Materiały dystrybutora

Syna ochrzciła Michael Corleone, psu dała na imię Hitler. Zleciła zabójstwo ponad dwustu osób, sama zabiła między innymi swojego męża. Poznajcie Griseldę Blanco, znaną także jako Czarna Wdowa, Kokainowa Matka Chrzestna i La Madrina. To ona otworzyła Florydę na narkotyki z Kolumbii.

Dla starszej kobiety początek tygodnia stał się zarazem jego końcem. W Kolumbii był poniedziałek, 3 września 2012 r., popołudnie, więc temperatura wreszcie zelżała. Kobieta wyszła z domu i wolnym krokiem poruszała się ulicą w Medellin w stronę masarni, z której - jak co tydzień - miała odebrać przygotowane dla niej mięso. Przysiadła na ławce, żeby odsapnąć. Dalej już nie poszła, bo spacer przerwał jej motocyklista, który wypalił w jej stronę dwie kule. Obie dosięgnęły głowy 69-letniej Griseldy Blanco, powodując śmierć na miejscu.

Osierociła najmłodszego syna, Michaela Corleone. Ojca chłopaka, Darío Sepúlvedę, którego kochanką była przez lata, zleciła zamordować po tym, jak odszedł od niej w 1983 roku i zabrał syna ze sobą do Kolumbii, gdzie dosięgnęli go nasłani przez nią płatni mordercy. Michael Corleone wrócił do Miami pod skrzydła matki, ale ta nie zdążyła się zapisać w jego wychowaniu. W 1985 roku ją i jej 30 współpracowników zatrzymała policja. Trafiła za kratki na 19 lat za posiadanie 150 kg kokainy. Chłopakiem zajmowała się w tym czasie matka Griseldy.

Catherine Zeta-Jones jako Griselda Blanco w filmie "Kokainowa matka chrzestna"

Catherine Zeta-Jones jako Griselda Blanco w filmie "Kokainowa matka chrzestna"

Źródło: Materiały dystrybutora

Michael Corleone był jedynym, który przeżył matkę. Trzech starszych synów miała ze swoim pierwszym mężem Carlosem Truijillo, z którym przeżyła kilka wspólnych lat. Ale dopiero kiedy poznała Alberto Bravo, który z czasem został jej drugim mężem, rozpoczęła ekspansję na polu narkobiznesu. Wiedziała, że prawdziwe pieniądze można zarobić na prochach w Nowym Jorku. Z Alberto i synami z nielegalnymi paszportami w rękach przedostali się z Kolumbii do Queens, gdzie Griselda i Alberto wzięli ślub. Importowali kokainę z Kolumbii, co szybko przełożyło się na gigantyczne zyski. W 1971 roku byli najpotężniejszymi ludźmi w biznesie, wyparli nawet dominującą w Wielkim Jabłku mafię włoską.

Paranoja jest wdową

Problemy między nią a Alberto zaczęły się, kiedy sama zaczęła nadużywać kokainy, a przez to popadać w paranoję. Kiedy w 1975 roku Alberto poleciał do Kolumbii, zaczęła podejrzewać, że ją zdradza i knuje przeciwko niej. Na spotkanie z nim umówiła się nie jak żona z mężem, tylko w nocnym klubie, biorąc ze sobą ochroniarzy. Zanim odezwała się do niego słowem, jak tylko wysiadła z samochodu, wyciągnęła pistolet z buta i zastrzeliła Alberto na miejscu. Pochowała nie tylko jego, ale też trzech synów, którzy ginęli po kolei, jeden po drugim, zaraz po odsiedzeniu wyroków w Stanach Zjednoczonych w pierwszej dekadzie XXI wieku i deportacji do Kolumbii, gdzie dosięgnęły ich kule zamachowców wynajętych przez konkurentów Griseldy. Ich śmierć była karą i przestrogą dla kokainowej baronki, a jednocześnie zabezpieczeniem przed tym, że synowie mogli kontynuować działalność matki. Griselda mogła się spodziewać, że tak potoczą się sprawy. Sama przecież stosowała podobne metody. To na jej zlecenie zginął w 1982 roku trzyletni Johnny Castro, który miał pecha jechać samochodem z ojcem, właściwym celem. Griselda niespecjalnie przejęła się śmiercią Johnny’ego. Ucieszyło ją natomiast odejście jego ojca Jesusa, byłego egzekutora w jej mafii.

Źródło: Materiały dystrybutora

Wyrzuty sumienia i strach na Griseldę po prostu nie działały. Od dziecka ktoś się jej wygrażał, codziennie napotykała na swojej drodze ludzi, którzy życzyli jej śmierci. Zaczęło się od chłopaka matki, który maltretował pasierbicę, gdy była małą dziewczynką. Do tego stopnia, że wolała odejść z domu i żyć na ulicy. Miała wtedy czternaście lat. Szybko opanowała umiejętności przetrwania. Była jednym z tych kieszonkowców, którym udawało się skroić nawet kilka portfeli dziennie. Obracała się w towarzystwie chłopaków, których los przycisnął do życia na ulicy. Jednym z jej kumpli był nawet sam Pablo Escobar. Oboje przyszli na świat w kolumbijskich górach. Zanim związała się z niesławnym kartelem Medellin, trudniła się także prostytucją.

Zabić jak świnię

W życiu Griseldy nigdy nie pojawiło się coś takiego jak granice. Z każdym kolejnym rokiem pozwalała sobie na więcej, szła dalej bez obawy o konsekwencje. Ani wiezienie, ani igranie ze śmiercią nie były dla niej czymś, co było w stanie odciągnąć ją od działań, które na co dzień wcielała. Dobrze obrazuje to przykład porwania dla okupu małego chłopca, którego dokonała w wieku zaledwie jedenastu lat. Rodzice nie postąpili zgodnie z jej instrukcjami, więc bez cienia wahania zabiła chłopaka. Dziecko zabiło dziecko. Jak uniknęła konsekwencji? Wydarzenie przypadło akurat na czas wojny domowej, która nosi nazwę La Violencia - to trwająca dekadę zbrojna konfrontacja Partii Liberalnej i Partii Konserwatywnej w Kolumbii. W tym czasie prawo nie istniało, narkobiznes mógł kwitnąć, bo władza i podporządkowane jej organy ścigania byli akurat zajęci polityką.

Od tamtego czasu Griselda przeszła ewolucję na drodze okrucieństwa, która apogeum osiągnęła, gdy zleciła zabójstwo konkurenta nazwiskiem Pablo Mejia. Nazywała go świnią i chciała, żeby zginął jak świnia - bez cienia szacunku i na oczach wielu ludzi, którzy najczęściej świadkują ubojowi trzody. Wysłanego zabójcę wyposażyła w bagnet z II wojny światowej. Zażyczyła sobie, żeby przebił nim Mejię na środku lotniska w Miami, ale tak jak przebija się świnię - bez naruszania organów wewnątrz ciała, a jedynie torując drogę dla odpływu płynów. Ludzie, którzy byli wtedy na lotnisku, już nigdy nie zapomną widoku sikającej na wszystko i wszystkich dookoła krwi. Jej ślady były widoczne jeszcze przez wiele dni po zabójstwie.

Źródło: Materiały dystrybutora

Narkostaniki

Nie ulega wątpliwości - Griselda miała wyobraźnię. Nie tylko tę makabryczną, ale też użytkową. Do historii przeszła już powołana przez nią fabryka ubrań, w której szyto bieliznę do przewożenia narkotyków. To właśnie dzięki niej mogła rozpocząć karierę w narkobiznesie, jeszcze kiedy mieszkała w Kolumbii. Projektu nie powstydziliby się najwięksi projektanci mody, bo majtki i staniki były zaprojektowane tak, że po wypełnieniu szczelin prochami, wyglądały jakby były wzbogacone o push-up. Podobno zwłaszcza mężczyźni lubili się w nich pokazywać. W kraju, w którym maczyzm do dziś jest na porządku dziennym, wrażenie optyczne dodające centymetrów w rozporku były bardzo mile widziane. Kobiety przepadały za narkobielizną mniej: wyglądały, jakby miały cellulitis na pośladkach.

Griselda miała pojęcie nie tylko o ubraniach, ale także o psychologii godne osoby, która skończyła studia w tym kierunku. Choć sama nie miała nawet podstawowego wykształcenia, była bystra i miała dobrze wykształcony zmysł obserwacyjny. Wiedziała, że najmniej podejrzeń wzbudzają osoby ładne, a także te oddane rodzinie. Jej mułami (tak nazywa się szmuglerów narkotyków, zwłaszcza tych, którzy przenoszą je w żołądkach - aktualnie najwięcej jest ich w Iranie) były więc piękne, szczupłe kobiety, urodziwi mężczyźni oraz starsze matki, które przeprawiały się przez granicę z dziećmi. Zwracała uwagę na jeszcze jedną cechę, kiedy kompletowała zespół: ludzie mieli być podobni do niej, a więc nie dramatyzować, nie panikować, tylko wykonywać pracę ze spokojem i oddaniem, nie sprawiać problemów, nie mieć moralnych rozterek ani niepokojących myśli. Sama przecież taka właśnie była. Kiedy w 1972 roku jedna z pracujących na jej zlecenie szmuglerek Mariela Zapata została złapana na lotnisku w Miami z narkotykami w staniku, osądzono ją i deportowano do Kolumbii. 33-letnia kobieta nie wsypała jednak swojej szefowej. Lojalność wobec Griseldy stała na pierwszym miejscu wśród mułów.

Źródło: Materiały dystrybutora

Nie oznacza to jednak, że ona miała do nich podobny szacunek. Czasami wolała zabić mułę, niż zapłacić za przewieziony towar. Tak było choćby w początkowym okresie jej działania, kiedy jeszcze w Kolumbii współpracowała z lokalnym kartelem Medellín. Jej mułą była Marta Saldarriagi Ochoi, pochodząca z rodziny włodarzy kartelu. Kiedy Griselda zleciła jej zabójstwo, rodzina natychmiast chciała się zemścić. Bezskutecznie. Jednak kiedy współpracownicy potrzebowali pomocy, umiała zdobyć się na gest. Przekonał się o tym Jorge "Rivi" Ayala, jeden z jej płatnych zabójców, odznaczający się wyjątkową urodą, którego córka miała groźny wypadek. W jego wyniku trafiła do szpitala z poważnymi obrażeniami. Kiedy tylko Griselda dowiedziała się o tym, sama ruszyła do szpitala. Kazała przenieść dziewczynę do najwygodniejszego pokoju, opłaciła lekarzy i drogą terapię. Zadbała o to, żeby nic jej nie brakowało.

Kto mieczem wojuje

Były to jednak jedynie wyjątki potwierdzające regułę. Griselda zapisała się bowiem w historii dopracowanymi praktykami okrucieństwa. Dziś mało kto pamięta, że to ona spopularyzowała zabójstwa wykonywane przez kierowców motorów, znane nam z kina, choćby z klasyka takiego jak "Desperado" Roberta Rodrigueza. Floryda przodowała w zabójstwach dokonywanych w ten sposób. Wreszcie sama Griselda tak właśnie dokonała żywota. To, co różniło ją od konkurentów, to że szła na całość. Jeśli inni dystrybutorzy narkotyków na Florydzie skupiali się na zastraszaniu konkurentów, jak i tych, którzy od nich kupowali, ona nawet nie próbowała uciekać się do tak tanich środków. Jeśli ktokolwiek pojawiał się na jej terenie, od razu zlecała jego zabójstwo. W sumie zleciła ich ponad dwieście, choć tak naprawdę na zawsze zagadką pozostanie, ile było ich naprawdę. W najintensywniejszym momencie jej działania, ciał w Miami było tyle, że żeby przewieźć je na sekcję zwłok, pracownicy tamtejszej kostnicy musieli wynająć samochód przewozowy od KFC, w którym mogli zapewnić niską temperaturą na zalanej słońcem Florydzie.

Griselda Blanco na zdjęciu policji w Miami

Griselda Blanco na zdjęciu policji w Miami

Źródło: Miami-Dade Police Department

Choć trudno w to uwierzyć, Griselda przed sądem odpowiedziała jedynie za trzy morderstwa. Tyle udało się udowodnić oskarżycielom, którzy w starciu z nią mieli wyjątkowego pecha. Kiedy po raz pierwszy oskarżono ją o szmuglowanie narkotyków w 1975 roku, uciekła do Kolumbii, gdzie żyła pod fałszywym nazwiskiem. Szybko jednak wróciła do Stanów, gdzie w Kalifornii została pojmana w 1985 roku i skazana za przestępstwa narkotykowe. Zarzuty o popełnienie morderstwa postawiono przed nią dopiero w 1994 roku, ale proces, który miał ją ostatecznie pogrążyć, okazał się porażką amerykańskiego sądownictwa. Jeden ze świadków - współpracujący z Griseldą Jorge “Rivi” Ayala - wyjawił, że wielokrotnie uprawiał seks przez telefon z pracownicą Departamentu Sprawiedliwości w Miami. Choć mogła dostać dożywocie, skazano ją wówczas na dodatkowe 20 lat odsiadki. Dla przykładu: Jorge Ayala, jeden z jej zabójców na zlecenie usłyszał wyrok 35 lat w więzieniu.

Ona za kratkami spędziła tylko dziewięć z nich. Zwolniono ją w 2004 roku, w sumie po 19 latach w więzieniu. Deportowano ją do Kolumbii, gdzie rozpoczęła nowe życie jako gorliwa katoliczka. Nikt w jej przemianę jednak nie uwierzył. Rzekomo nawrócenie nijak nie wpłynęło na jej legendę, którą śmierć jedynie nagłośniła.

Griselda Blanco na zdjęciu policji w Santa Ana

Griselda Blanco na zdjęciu policji w Santa Ana

Źródło: Santa Ana Police Department

Poświęcony Griseldzie Blanco film "Kokainowa matka chrzestna" z Catherine Zetą-Jones w roli głównej można zobaczyć 11 lutego o 23:00 w telewizji Lifetime.