Jagna Marczułajtis czternaście razy zdobywała dla nas medale w snowboardzie. Na zwycięstwa zapracowała katorżniczą pracą. Tak, jak nasz wielki niegdyś kolarz, Ryszard Szurkowski, który uległ ciężkiemu wypadkowi. Czy wyjdzie z tego mocniejszy? Według Marczułajtis potrzebuje ogromnego wsparcia mentalnego.

Karolina Błaszkiewicz: Sportowiec podporządkowuje całe życie treningom. Jak w tym wszystkim odnajduje się kobieta?

Jagna Marczułajtis: Dla mnie płeć w sporcie nie ma większego znaczenia. Snowboard sprawiał mi dużą frajdę. Sport to część mojego życia. W pewnym momencie stał się zawodem.

Teraz w wieku 29 lat na emeryturę odchodzi Agnieszka Radwańska. Sypią się gromy. A pani ją rozumie?

Rozumiem ją doskonale. Jest kobietą, wyszła za mąż, pewnie chciałaby mieć też rodzinę. Kto wie, może niedługo się dowiemy, że będzie miała dziecko, czego jej serdecznie życzę. Wydaje mi się też, że jej ciało już nie pomaga w karierze sportowej, chociaż są takie przypadki, że ludzie odchodzą na emeryturę sportową i potem wracają. To pewnego rodzaju uzależnienie od startów i adrenaliny.

Uzależnienie, ale i obciążenie dla organizmu. Nie bała się pani nigdy, że coś się pani stanie?

Nie. Tak w ogóle nie można myśleć. Jeśli się zaczyna, to zapala się już taka lampka awaryjna – trzeba wtedy podjąć decyzję. Jeśli zaczynamy bać się, że coś się nam stanie, to czas kończyć karierę. Dlatego ja nigdy nie myślałam, że mogę się uszkodzić, że spotka mnie coś złego.

Nawet przez moment nie było zawahania? Strach przed czymś takim, co teraz spotkało Ryszarda Szurkowskiego? (Były kolarz uległ ciężkiemu wypadkowi na trasie amatorskiego wyścigu – red.)

Pan Ryszard Szurkowski ma już karierę za sobą. Brał udział w amatorskich wyścigach – to trochę co innego. To, co się stało, to był nieszczęśliwy wypadek. Z drugiej strony, jeżeli ma się lat kilkadziesiąt, ale wciąż uprawia się sport i startuje nawet w zawodach dla oldbojów, to trzeba zdawać sobie sprawę z ryzyka. Nie mówię, że to coś złego. Sama mam mamę-alpejkę, wielokrotną mistrzynią mistrzynię Polski (Ludwika Majerczyk, była trzynastokrotną mistrzynią kraju w konkurencjach alpejskich – red.). I ona dzisiaj, w wieku 78 lat, już myśli, w czym wystartuje zimą. To jest wpisane w jej życie, nikt nie jest w stanie jej powstrzymać. I trzeba z tym żyć.

Myśli pani, że jest jej łatwiej niż mężczyźnie w podobnym wieku?

Nie ma to znaczenia. Według mnie sport nie ma płci. Nie myślę, że kobiety mogą więcej niż mężczyźni albo na odwrót. Wiadomo, że faceci osiągają lepsze wyniki, ale psychika ma większe znaczenie, niż wydolność. Psychika działa cuda. Każdy może osiągnąć mistrzostwo sportowe, jeśli jest do tego przygotowany fizycznie, mentalnie i włoży w to ciężką pracę.

Pani pokazała, że można. Z drugiej strony, nie miała pani czasem myśli, że za dużo pani poświęciła sportowi?

Nie, absolutnie. Trudno mi sobie takie myślenie nawet wyobrazić. Jak można żałować, że się robi coś, co przynosi satysfakcję, co się lubi, co się wręcz kocha?! Ja łączyłam macierzyństwo z uprawianiem sportu. Jest to jest trudne, wyczerpujące i obciążające, ale da się – przy dobrej logistyce i pomocy bliskich. Nie żałuję niczego. Cieszę się, że moja córka urodziła się w czasie, kiedy trenowałam.

Dziś jest pani na innym etapie życia. Ale wróćmy do momentu, gdy odchodziła pani ze sportu. Nie bała się pani, co czeka za rogiem?

Nie, bo od razu wiedziałam, co chcę robić. Miałam plan, że stworzę szkołę snowboardową i narciarską swojego imienia. Ten plan wykonałam w 100 procentach. I zajmowałam się tym z sukcesem przez 10 lat. Potem też nie narzekałam na brak zajęć, zawsze coś się działo. A jako sportowiec wciąż czuję się spełniona i nie mam sobie nic do zarzucenia czy żałowania.

Co z wymaganiami z zewnątrz? Czuła pani kiedykolwiek presję?

(Śmiech) Wie pani co, nie. Nie oglądałam się na to, co myślą inni ludzie i czego ode mnie oczekują. Myślałam swoimi kategoriami: co chcę robić, jak chcę żyć, co osiągnąć. Taki przyświecał mi cel. Nie wyobrażam sobie, żebym mogła sugerować się tym, jakie ktoś ma wobec mnie oczekiwania. Byłam i jestem autonomiczną jednostką.

Dostała pani wsparcie od środowiska sportowego po wyznaniu, że ma pani chorego synka i często nie daje sobie rady z codziennością?

Nie, nie dostałam. Natomiast bardzo dużo osób wpłaciło nam 1 proc. dla mojego syna. Myślę, że dzięki tej rozmowie zebraliśmy sporo pieniędzy na jego leczenie. Było też dużo ciepłych sms-ów, telefonów.

Jak zareagowała pani na wieść o wypadku pana Szurkowskiego?

Zawsze jest żal człowieka, który ulega wypadkowi.

Zwłaszcza tak ciężkiemu (Szurkowski jest po dwóch operacjach kręgosłupa i jednej - twarzy, ma porażenie czterokończynowe – red.)

Przydarzył mu się ten wypadek, kiedy robił to, co kocha.… Osobiście wyznaję zasadę, że jak ma mi się coś stać, to stanie się na schodach we własnym domu. Wierzę też, że wszystko dzieje się po coś. Nawet jeśli robimy coś doskonale i to przez całe życie, więc jesteśmy pewni, że nic złego nam się nie może przytrafić… Tak samo jest, gdy rodzą się chore dzieci. Kiedy spotyka nas choroba dziecka albo wypadek, człowiek zderza się z inną rzeczywistością. Wszystko wywraca się do góry nogami i to jest bardzo trudne. Wymaga naprawdę sporo czasu. I nie zawsze jego upływ pomaga.

Sądzi pani, że po takiej sytuacji, w jakiej się znalazł albo takiej, w jakiej jest pani, człowiek staje się silniejszy?

Nie. Najgorsze, co mogę usłyszeć jako matka niepełnosprawnego dziecka to, że Bóg wybrał mnie, bo jestem silna. To jest g...o prawda. Wierzę w przeznaczenie, ale nie w to, że Bóg chciał, bym urodziła chore dziecko. Nie jestem na tyle silna, by sobie z tym radzić. Nie radzę sobie. I codziennie stawiam czoła wielu problemom. Problemom padaczki, diety, wirusów i chorób. Każdego dnia cieszę się, jeśli moje dziecko zje, uśmiechnie się i nie zapłacze z bólu. To jest dla mnie udany dzień. I zawsze mówię sobie rano: Żeby nie było gorzej. Bo nie wiem czy podołam.

Pan Ryszard nie został sam.

Wiem, że na pewno jest mu potrzebne wsparcie psychologiczne. By stanął na nogi mentalnie. Bo ta sprawa została tak nagłośniona, że finanse na leczenie na pewno się znajdą. Życzę mu dużo zdrowia i cierpliwości.

Cały czas trwa zbieranie środków na rehabilitację legendy kolarstwa Ryszarda Szurkowskiego. Wpłat można dokonywać na konto:

09 1240 1747 1111 0000 1845 5759

W dane przelewu należy wpisać dane odbiorcy: ul. Jana Henryka Dąbrowskiego 189,60-594 Poznań, a w tytule: "Ryszard Szurkowski - rehabilitacja".