Aleksandra Kozłowska , 11 stycznia 2018

Morscy górnicy, czyli życie na polskiej platformie wiertniczej

Gdy śmigłowiec podrywa się w powietrze, życie lądowych szczurów zostaje za nimi. Przez dwa tygodnie nie przytulą dziecka, nie pomogą żonie. Rytm dnia będą im wyznaczać monotonne zmiany i pomruk pomp zasysających z dna Bałtyku czarne złoto.

Przed Tomaszem piętrzy się ściana monitorów. Komputery analizują każdy z parametrów, który mówi, jak aktualnie przebiega wydobycie - od głowicy eksploatacyjnej do rurociągu na tankowiec. W pozornie przypadkowej pajęczynie rur oplatających platformę płynie nie tylko ropa, ale również substancje ropopochodne. Wszystko pod wysokim ciśnieniem, wszystko gotowe wybuchnąć w przypadku awarii. Tu potrzebne jest niezwykłe doświadczenie i odporność na stres aparatowego, który śledzi sygnały wysyłane przez maszynerię. Tomasz, szczupły szatyn po czterdziestce, dysponuje i jednym, i drugim. W końcu na platformach pracuje od ponad 20 lat.

– Tutaj pobieramy próbki ropy z odwiertów i badamy je pod kątem zawartości wody. Teraz mamy końcówkę złoża, jest więc mocno zawodnione. Ropa idzie razem z gazem, to on ją wypycha do góry. Jak gazu jest mało, trzeba założyć pompę – tłumaczy aparatowy. I obrazowo dodaje: – Z wydobyciem ropy i gazu jest jak z butelką coca-coli. Gdy delikatnie odkręcisz korek, bąbelki będą ulatywały długo, ale jak wstrząśniesz butelką i odkręcisz na full, obleje cię jak w fontannie. Z ropą chcemy tego uniknąć. Dlatego na odwiertach zakłada się różnej wielkości zwężki.

Lotos Petrobaltic ma trzy platformy, które eksploatują dwa złoża na Bałtyku. Baltic Beta i bezzałogowa platforma PG1 (sterowana z Baltic Bety) pracują na złożu B3. Lotos Petrobaltic pompuje ropę ze złoża B8. Na złożu B3 platforma stoi od ponad 25 lat i będzie tam jeszcze z dziesięć kolejnych. B8 to „świeżynka” - eksploatowane jest dopiero od roku. W przyszłości Lotos chce uruchomić kolejne złoża.

Jakie jest dzienne wydobycie? Polscy nafciarze żartują, że arabski szejk pewnie by się uśmiał, ale zaraz dodają, że najważniejsze, że firma się z tego utrzymuje, płaci podatki i daje pracę.

Prace na platformie wiertniczej

Prace na platformie wiertniczej "Baltic Beta"

Autor: Dominik Werner

Źródło: Agencja Gazeta

– Jak zostanie postawiona kolejna platforma, o czym mówi się już od paru lat, zaczniemy rozwiercać następne złoża i wtedy wydobycie wzrośnie – zaznaczają. – A ropa bałtycka jest bardzo dobra. Bez zanieczyszczeń, zasiarczenia, łatwa w przerabianiu.

Do 2022 r. strategia Grupy Lotos SA zakłada, że firma będzie dziennie wydobywać 30-50 tys. boe/d (baryłek ekwiwalentu ropy naftowej na dzień – baryłka to 159 l).

Dwa tygodnie w pracy, dwa tygodnie w domu

Na platformy, posadowione 70 km od wybrzeża, nafciarzy dowożą śmigłowce – kiedyś wojskowe z Babich Dołów w Gdyni, dziś robi to holenderska firma specjalizująca się w offshore, której maszyny latają z gdańskiego Rębiechowa. Przy dobrej pogodzie lot trwa 35 minut. Przed lotem, niezależnie od pory roku, nafciarze muszą zakładać specjalny kombinezon ratunkowy, a wtedy ich pomarańczowy tłumek to ekstra atrakcja dla pasażerów na lotnisku. Jednak gdy z powodu zachmurzenia lub silnego wiatru śmigłowce są uziemione, pozostaje transport morski, a wtedy podróż trwa zdecydowanie dłużej. Od momentu postawienia nogi w śmigłowcu, przed ekipą platformy 14-dniowy dyżur na morzu, bo pracują w systemie dwa tygodnie na dwa.

– Wymiany są w środy i czwartki – opowiada Tomasz. – Dzień zmiany jest najtrudniejszy, bo wtedy pracuje się 18 godzin. Normalnie zmiana trwa 12 godzin – w pierwszym tygodniu od północy do południa, w drugim odwrotnie – od południa do północy.

Ale w dniu „przewrotki” ci, którzy właśnie przylecieli, pracują od południa do 18, a potem idą odpocząć, by zacząć pełną zmianę od północy. Ktoś musi więc ich na te kilka godzin zastąpić. Jak się do tego przyzwyczaić? Tomasz żartuje, że po dwóch dekadach nawet tego nie zauważa. Tak samo jak do nieobecności w domu przez dwa tygodnie i równie długim odpoczynku. Choć dwa tygodnie to tylko pozornie długo.

– Czas leci jak zwariowany – śmieje się Michał. Jest trochę po czterdziestce i ciągle żartuje, a jak już się rozgada, to prawie nie sposób go powstrzymać. Jest asystentem wiertacza, a na platformie, podobnie jak Tomasz, pracuje od 20 lat. - Ledwo się rozpakuję i poczuję, że znów jestem w domu, a już muszę wracać. Michał przyznaje, że nigdy nie ma dość czasu na pozałatwianie wszystkich lądowych spraw, spotkania ze znajomymi, no i oczywiście na bycie z rodziną.

Morze Bałtyckie, platforma wiertnicza

Morze Bałtyckie, platforma wiertnicza "Petrobaltic"

Autor: Dominik Werner

Źródło: Agencja Gazeta

– Jeśli dzieciaki są zdrowe i żona ma się dobrze, to w porządku. Gorzej, gdy ktoś zachoruje, albo dwójka moich urwisów narozrabia w podstawówce. Wtedy na ogarnięcie sytuacji brakuje mi czasu – opisuje, znów się śmiejąc.

– A ja lubię ten system – mówi Paula. Ta atrakcyjna blondynka około trzydziestki to jedna z niewielu kobiet na platformach Lotosu. Jeszcze kilka lat temu dla pań nie było tu miejsca.

Przez rok pracowała jako radiooficer zastępując koleżankę, teraz niecierpliwie czeka na etat. – Zwykła praca w biurze od 8 do 16 to nie dla mnie. System dwa na dwa tygodnie bardzo mi odpowiada, a zresztą co to jest te 14 dni na morzu. Wcześniej pływałam na statkach, a tam kontrakt trwał nawet siedem miesięcy – opisuje.

Załoga na platformie Baltic Beta to około 50 osób. Pochodzą z całej Polski. Są tu mieszkańcy Trójmiasta, ale nie brakuje Krakusów, Zagłębiaków i Ślązaków. Wiedzą, że nafciarz to też górnik, tyle że morski. Bez względu na to, skąd pochodzą, w dużej mierze są absolwentami krakowskiej Akademii Górniczo-Hutniczej i gdyńskiej Wyższej Szkoły Morskiej. Załoga dzieli się na działy: hotelowy (kucharze, stewardzi, lekarz), pokładowy (chief, bosman, radiooficer, marynarze – odpowiadają m.in. za rozładunek, przyjmują towary z holownika, konserwują pokład), maszynowy (chief, mechanicy, elektrycy, spawacze) i najważniejszy – eksploatacyjny.

– Platforma to przekrój polskiego społeczeństwa – ocenia Michał. – Są ludzie z wyższym wykształceniem, są ze średnim (np. po technikum wiertniczym), są i z zawodowym. Każda opcja polityczna się tu znajdzie. Słuchacze Radia Maryja dyskutują ostro z ateistami lub, o zgrozo, z Platformersami.

Michał opisuje, że gdy przy stole w mesie zbierze się z dziesięciu chłopa, nieraz aż się dymi, gdy zaczną się rozmowy o polityce. Naprawdę robi się gorąco. Ale na dyskusjach oczywiście się kończy, a do poważniejszych konfliktów dochodzi sporadycznie.

– Jesteśmy na siebie skazani przez dwa tygodnie, więc każdy wie, że trzeba się dogadać – wyjaśnia. – Generalnie jesteśmy przecież zżyci. Na lądzie wspólnie świętują imieniny, narodziny dziecka, razem wyjeżdżają na wakacje.

Autor: Dominik Werner

Źródło: Agencja Gazeta

Śniadanie przed północą

Jak wygląda jego zwykły dzień pracy na platformie?

– Gdy mam zmianę od północy, wstaję o 23. Biorę prysznic i jem śniadanie. Wiem, wiem, zabawnie to brzmi dla kogoś, kto pracuje w normalnym rytmie – zaznacza Tomasz, widząc moje zdziwienie na hasło „śniadanie o północy”. – Kabiny są dwu- lub czteroosobowe, z łazienkami. Posiłki jemy w mesie, a tam mamy przez całą dobę do dyspozycji lodówkę z wędlinami, nabiałem czy warzywami.

O tym, że „jedzenie jest spoko”, mówią zresztą wszyscy nafciarze. Sushi wprawdzie nikt im nie zaserwuje, ale smaczną, tradycyjną polską kuchnię jak najbardziej. Zresztą ona najlepiej się sprawdza.

– O północy zaczynam zmianę - ciągnie Tomasz. – Zaczyna się od odprawy, w czasie której poprzednicy przekazują nam wszystko, co działo się na ich dyżurze. To nie jest przecież tak, że ropa sobie płynie i nic się nie dzieje. Ruch na platformie jest ciągły, nie ma przestojów, systemy trzeba non stop przeglądać, nadzorować, pisać raporty.

Na platformie największe niebezpieczeństwo wiąże się, rzecz jasna, z ogniem. Wszyscy zdają sobie sprawę z podwyższonego ryzyka, stąd wysokie standardy bezpieczeństwa.

– Cały sprzęt na pokładzie oznaczony jest antywybuchowym symbolem "X", nie ma mowy o żadnych komórkach czy latarkach – opisuje aparatowy. – Każde urządzenie, w którym może wystąpić spięcie, jest zakazane. Fajki oczywiście też odpadają, nawet elektroniczne. Jak kogoś ciągnie na dymka, musi iść do wyznaczonego miejsca, z dala od instalacji.

Podczas nocnej zmiany najgorszy kryzys przychodzi ok. 4-5 rano. Ratunkiem jest mocna kawa i myśl, że do śniadania (tym razem o porannej porze) już niedaleko – podają je od 6.30. O 10 jest jeszcze "kawa", a od niej czas do końca dyżuru leci już piorunem.

Źródło: Lotos Petrobaltic

Po zmianie znów prysznic, obiad w samo południe i czas wolny. Nafciarze korzystają z siłowni. Na sali gimnastycznej mogą pograć w koszykówkę lub badmintona. Latem dookoła pokładu można pobiegać – korzystają z tego zwłaszcza kucharze, którym brakuje świeżego powietrza i wiatru we włosach. Przez jakiś czas popularny był bilard, ale bile przy rozbiciu robiły raban, więc budziły tych, którzy właśnie odsypiali nockę. Można oglądać również telewizję lub serfować po necie. Około 14-15 Tomek robi się śpiący. Wskakuje wtedy w piżamę i do łóżka.

– Nigdy nie miałem problemów z zasypianiem w środku dnia. Jasne, lepiej się śpi pracując od południa do północy, ale i na odwrót daję sobie radę. Ci, którzy mają z tym kłopot, łykają melatoninę – zdradza.

Michał: – Moja praca? Śmieję się, że polega na pilnowaniu, żeby inni nie zrobili sobie krzywdy. A na poważnie, to nasze zadanie w skrócie: dowiercić się do złoża i założyć głowicę. To skomplikowany proces, począwszy od posadowienia bezpiecznie platformy po wiercenie różnymi średnicami otworów. Bo im głębiej, tym mniejsza musi być średnica otworu. Potem dowiercanie się do złoża i wywołanie otworu. Potem resztę przejmuje eksploatacja. Awarie? Jak wszędzie, czasem się zdarzają.

Fajerwerki? Zapomnij!

– Na święta dania są oczywiście specjalne – podkreśla Łukasz. – Wigilia to biało nakryte stoły z obowiązkowym siankiem pod obrusem, dwanaście potraw: śledzie, barszcz, pierogi. Kierownik czyta fragment z Ewangelii, dzielimy się opłatkiem. Można poczuć się jak w domu.

Tym bardziej, że teraz nafciarze nie mają problemu, by skontaktować się z bliskimi. Jest internet, są komórki. Można usiąść przed monitorem i nawet pół Wigilii spędzić z rodziną na pogaduchach przez Skype albo na Facebooku, wspólnie wypić barszczyk, a i pośpiewać kolędy do kamerki – bo czemu nie?

– A pamiętam, jak jeszcze na początku lat 90. chłopaki stali w kolejce do telefonu. Był na korytarzu, na kartę. Dzwoniło się po 22, bo o tej porze było taniej. Jeden rozmawiał, reszta niecierpliwie przestępowała z nogi na nogę i poganiała – wspomina Michał. – A jeszcze wcześniej kontakt z rodziną był tylko przez radiotelefon. I to tylko w wyznaczonych porach. I nie można było z żoną pogruchać, bo obok siedział radiooficer, który wszystko słyszał.

– Wtedy za to pisało się listy – wspomina Tomasz. – Jak ktoś po tygodniu zjeżdżał do domu, dawało mu się list i parę złotych na znaczek, żeby wysłał, jak tylko będzie na lądzie.

Źródło: Lotos Petrobaltic

Michał te święta spędził w domu, ale Nowy Rok powitał już na platformie. Była uroczysta kolacja, życzenia zdrowia i szczęścia… Szampan?

Wykluczone. Na platformach, statkach i na terenie spółki obowiązuje zero alkoholu, zbyt odpowiedzialna praca.
Fajerwerki? – Zapomnij, nie na złożu ropy. Tańce? – Jakie tańce? Faceci z facetami? Przecież nie będą obtańcowywać tej jednej czy dwóch dziewczyn – śmieje się nafciarz. – Zostaje internet i transmisje telewizyjne sylwestra z Warszawy czy Zakopanego.

W brydża nikt już nie gra

Internet zmienił nie tylko możliwości kontaktu z bliskimi. Dał też inne rozrywki. Kiedyś na platformie była biblioteczka, grywało się w szachy, warcaby, brydża. W sali rekreacyjnej był zsuwany ekran, na którym można było wyświetlać filmy ze szpuli. Zdarzali się nawet oryginalni hobbyści, jak choćby wieloletni pracownik w wolnym czasie zajmujący się haftem krzyżykowym. Łowiło się z pokładu ryby… Dziś dominują gry komputerowe - World of Tanks i inne strzelanki. Mniej interakcji wzajemnej.

– Robi się też zdjęcia, piękne wschody i zachody słońca tu bywają – mówi Michał. – Fajnie też tak po prostu popatrzeć na morze, przepływające statki i promy. Tylko, że tu zimniej niż na lądzie. No i ten wiatr, nieraz wręcz głowę urywa.

Zmieniły się też zarobki. W połowie lat 90. nafciarze mieli poczucie, że finansowo stoją lepiej niż dobrze. Owszem, ceny ropy zawsze się wahały, ale gdy przyszedł kryzys paliwowy i cena za baryłkę spadła bardzo nisko, za ciekawie nie było. Trzeba było oszczędzać, pensje kryzys też dotknął. Dlatego część nafciarzy, którzy nieraz zdobyli doświadczenie na platformach Lotosu, wierci teraz na platformach w Norwegii, Niemczech, albo i dalej – w Zatoce Meksykańskiej, w Brazylii.

– Najwyższe stawki są na Morzu Północnym i w Arabii Saudyjskiej, od 200 euro dziennie – mówi Michał. – Tam pracuje się jednak cztery tygodnie na cztery. To najlepsze dla kawalerów. W kilka lat odłożą tyle, że po powrocie do Polski mogą myśleć o zmianie pracy na mniej niebezpieczną lub założyć własny interes. Ale dla kogoś, kto ma rodzinę, to trudna praca.

Bo najtrudniej znieść tę rozłąkę. Mimo komórek, mimo netu i Facebooka.

– Ciężko wychować chłopaków na odległość – przyznaje mężczyzna. – Albo rozwiązać kryzys w rodzinie czy pomóc w chorobie. Nagły urlop nie zawsze łatwo dostać, bywa, że zmiennik nie może cię zastąpić.

Ale pracy by nie zmienił. Lubi tę robotę, choć cały czas trzeba być czujnym na zagrożenia. Przeszedł liczne szczeble – od pomocnika otworowego, przez otworowego, pomocnika wiertacza wieżowego po asystenta wiertacza. Nauczył się wiele o sobie – że jest odporny na stres, że w sytuacjach trudnych nie panikuje. Cały czas się rozwija. Zrobił kurs na ratownika górniczego – w razie wybuchu czy awarii wkłada kombinezon ratunkowy i aparat tlenowy i rusza ratować innych. Jeździ na ćwiczenia, na zawody.

Więcej kobiet

Pracę na platformie ceni sobie też Paula. Absolwentka Akademii Morskiej w Gdyni (wydział nawigacyjny), pracowała tu ponad rok na zmianę z drugą kobietą.

– Jako radiooficer byłam odpowiedzialna za łączność ze statkami przypływającymi z ładunkiem i ze śmigłowcami – informowałam pilota o warunkach pogodowych na platformie. Jeśli fale są powyżej 6 metrów, przepisy zabraniają latać. Tak samo, gdy jest silny wiatr i niebezpieczeństwo oblodzenia maszyny. Prowadziłam też ewidencję wszystkich, którzy na platformę przylatują i z niej odlatują – opowiada. – Wielkim plusem tej pracy jest choćby to, że jestem na morzu. Rodzice zaszczepili mi miłość do żeglarstwa, do wody i wiatru.

Pracuje tu jak wszyscy – ma dwunastogodzinne zmiany.

– Nie ukrywam, że nocki bywają trudne – przyznaje. – Wydaje się, że ciągną się bez końca. Co robiłam w tym czasie? Sprawowałam pieczę nad systemem przeciwpożarowym i gazowym. Na zmianie zawsze był ze mną marynarz wachtowy – strażak. Gdy się coś działo, szedł sprawdzić sytuację w danej lokalizacji. Alarmy się zdarzały, często fałszywe – czujniki reagowały na spaliny ulatujące z kominów.

Autor: Dominik Werner

Źródło: Agencja Gazeta

– Jak każda jednostka na morzu, prowadzimy też ciągły nasłuch radiowy, współpracujemy z ratownictwem morskim – mówi dalej Paula. – Wyłapujemy sygnały z jachtów, które często są zbyt słabe, by dotrzeć do stacji brzegowych, i przekazujemy je dalej. Sygnałów alarmowych jest sporo, zwłaszcza latem. Pamiętam, jak sąsiednia platforma pomogła samotnemu żeglarzowi. Kończyło mu się paliwo, a zbliżała się burza. Zawiadomili przepływający w pobliżu statek, a ten dostarczył żeglarzowi kanister z benzyną. Zdarza się, że w razie zagrożenia życia na morzu wezwaniem SOS wzywamy śmigłowce ratunkowe lub nasze statki dozorujące.

W zawodach, gdzie kobiety dopiero przecierają sobie szlaki, problemem jest męski szowinizm. Lekceważenie koleżanek, odsyłanie ich do garów i pieluch, kpiny. Nierzadko zdarza się molestowanie. Pytam Paulę, czy doświadczyła nieprzyjemnych zaczepek, czy dołączyłaby do akcji #MeToo. – Nie, absolutnie – zaprzecza stanowczo. – Wiem, że na morzu bywa różnie, zdarzały mi się przykre kontrakty, ale na platformie nic niefajnego mnie nie spotkało. Myślę, że to zasługa świetnego kierownictwa, który zawsze podkreśla, że kobiety są tu potrzebne, że dobrze wiedzą czego chcą, są bardzo dobrze zorganizowane, opanowane, wykształcone. No i że mają dobry wpływ na męską część załogi – łagodzą obyczaje i sprawiają, że panowie lepiej dbają o higienę.

– Chciałabym, żeby pracowało tu więcej kobiet – dodaje radiooficer. – I tak już się zresztą dzieje. Kobiety są w firmach zewnętrznych, które prowadzą na platformie prace serwisowe, latem przewija się coraz więcej praktykantek z AGH. To bardzo dobry trend.