(FORUM, )

Weekend tylko we dwoje. Zaległe seriale, wino, rozmowy, na które nie ma czasu. No i seks, który, nie wiedzieć kiedy, zszedł na drugi plan. Jeszcze niedawno o takim scenariuszu marzyło wiele par.

Po tygodniu kwarantanny równie wiele par zadaje sobie pytanie: jak to się stało, że jestem z kimś takim jak on/ona? I dlaczego ja chodzę z nim/nią do łóżka?

Od 13 marca milionom Polaków: małżeństwom, związkom partnerskim, wszystkim mieszkającym razem parom niezależnie od ich orientacji seksualnej, zmieniło się życie. I jest to zmiana, jakiej większość z nas nigdy wcześniej nie doświadczyła. Przez przymusowy pobyt w domu nagle - przynajmniej teoretycznie - czasu dla siebie nawzajem… mamy aż w nadmiarze.

Pandemia koronawirusa i związana z nią kwarantanna będą testem. Zarówno dla związków, jak i dla naszej seksualności.

Możemy wyjść z tego testu silniejsi albo uświadomić sobie, że to koniec.

Na ostrzu noża

Nic tak nie weryfikuje relacji jak przymusowa izolacja w czterech ścianach. Na jaw wychodzą wtedy wszystkie grzechy śmiertelne które popełniamy, nieświadomie torpedując nasze związki. Pozostając przy biblijnych metaforach, można uznać, że są nimi: pycha rozumiana jako przekonanie, że o związek nie trzeba dbać; chciwość emocjonalna i skupienie tylko i wyłącznie na sobie; nieczystość; zazdrość; nieumiarkowanie w szukaniu uciech i bodźców poza relacją; gniew. No i lenistwo – nieumiejętność rozmowy, brak chęci pracy nad sobą, unikanie bliskości, przyzwolenie, by seksualność zeszła na dalszy plan – nawet jeżeli partner/partnerka widzą to inaczej.

Większość z nas popełnia te grzeszki – przynajmniej niektóre – na co dzień, przymykając na nie oczy. Łudząc się, że mamy jeszcze czas, by jako para wyjść na prostą.

Niestety, to tak nie działa. Każde zaniechanie ma brzydki zwyczaj, by w sytuacji kryzysowej uderzyć ze zdwojoną mocą. Jednym wyjdzie to na dobre; może i tak by się rozstali? Może lepiej teraz niż za 10 lat? A może, kiedy już sięgną dna i zobaczą, że ze związku nie ma co zbierać, zaczną od nowa. Tym razem wiedząc już, jakich błędów nie popełniać.

Oto możliwe scenariusze.

Kiedy nie ma jak knuć

Trudno oszacować, ilu Polaków ma na swoim koncie doświadczenia związane ze zdradą – statystyki opierają się przecież tylko na deklaracjach. Ale kiedy prof. Zbigniew Izdebski zapytał o to 10 tys. internautów, do niewierności przyznało się 40 proc. badanych.

Za tą liczbą kryje się potężna grupa osób, które utrzymują relacje pozamałżeńskie czy pozapartnerskie. Stałe, sporadyczne, oparte na kontaktach przez internet lub realnych spotkaniach – nie ma znaczenia. U niektórych w grę wchodzą uczucia, u innych chodzi po prostu o seks. Ale jedni i drudzy, żeby zrealizować swoje potrzeby, muszą knuć. Wyjazdy w delegację, które nigdy się nie odbyły, nadgodziny, przedłużające się wyjścia do sklepu, wypieki na twarzy i uśmiech podczas czytania gorących wiadomości… Teraz każde kłamstwo jest dużo trudniej ukryć.

Zwłaszcza w kawalerce czy na 40 metrach w M2.

Ile romansów wyjdzie teraz na jaw? Ile będzie powodem frustracji – bo ktoś, kogo kochamy lub pożądamy, jest daleko poza naszym zasięgiem? To wiedzą tylko ci, którzy na koniec rozmowy przypominają sobie, by kasować wiadomości.

Dzień trzeci: nawet już nie rozmawiamy

Kochankowie w czasach zarazy mają ten przywilej, że żyją na odległość. Nie muszą pracować zdalnie z jednego mieszkania, spędzać ze sobą 24h na dobę. Albo chociaż wieczorów czy weekendów, które do tej pory były zarezerwowane na rozrywki, spotkania ze znajomymi, wyjazdy. Cokolwiek.

Nagle wiele mieszkających wspólnie par przekonuje się o tym, że ich związek był udany, bo w rzeczywistości wcale nie spędzali ze sobą tak wiele czasu jak myśleli, że spędzają. A kolejne godziny boleśnie weryfikują przekonanie, że "nie moglibyśmy bez siebie żyć".

Zaczyna się od drobiazgów – koleżanka została poproszona, żeby słuchać muzyki na słuchawkach, bo ma fatalny gust. Kiedyś razem z partnerem chodzili na koncerty, wydawało się, że lubią to samo. A tu zaskoczenie. Po trzech dniach lista różnic wydłużyła się znacznie, a to raczej nie koniec. Nagle okazało się, że kiedy pracują z domu, ona wstaje rano, by jak najwięcej zrobić, on – gra do rana, bo przecież nie musi iść do biura. Wieczorem, kiedy ona jest już po pracy, do obowiązków zasiada on - więc nie ma szans na obejrzenie filmu czy rozmowę. Zresztą ona teraz już nawet nie chce, żeby rozmawiali: irytuje ją każde słowo partnera, który przez swoją "pracę" nie ma czasu na obowiązki domowe.

Nie wie, czy to przetrwają.

Na razie za wcześnie na wnioski, ale pierwsze doniesienia z Chin mówią o tym, że po zakończeniu epidemii wzrosła liczba wniosków o rozwód rejestrowanych w tamtejszych urzędach. Oczywiście może to być związane z kumulacją pism i otwarciem placówek po miesiącu przymusowego zawieszenia przez nie działalności, ale czy na pewno? Każdy kryzys – w tym przeżywana przez wielu niepewność o miejsce pracy, zdrowie, przyszłość, a także ograniczenie swobody – weryfikuje nasze relacje z bliskimi. A partner czy partnerka mają pod tym względem gorzej niż rodzice czy dzieci, czyli osoby, których nie wybieramy jako towarzyszy życia. I których nie możemy wymienić.

Baby boomu nie będzie

Wiele osób zastanawia się też nad tym, jak koronawirus zmieni nasze społeczeństwo. Nie brakuje żartów, że po zakończeniu kwarantanny przybędzie osób z nadwagą, chorobą alkoholową, rozwiedzionych i… dzieciatych. W myśl tej koncepcji ludzie, z braku lepszego zajęcia, tłumnie ruszą do sypialni, by oddawać się igraszkom.

W taki scenariusz trudno mi uwierzyć. Niepewność, brak zaspokojenia jednej z podstawowych potrzeb życiowych - bezpieczeństwa, w wielu przypadkach utrata źródła utrzymania – to nie są czynniki, które dobrze wpływają na seksualność. Do tego dodajmy rosnący poziom kortyzolu, znanego jako hormon stresu, i libido leci na łeb na szyję.

Nie bez znaczenia są również czynniki relacyjne – konflikty, które pojawią się w wielu parach czy też tak prozaiczne, ale jednak dla wielu decydujące warunki mieszkaniowe. Rodzice dzieci, małych i większych, wiedzą, co mam na myśli – i nie tylko oni. Trudno rozkoszować się seksem, kiedy za ścianą jest teściowa albo ciekawski przedszkolak. Jeszcze trudniej, gdy jest się zmęczonym całodzienną opieką nad maluchami albo po prostu ma się dość przebywania na małej powierzchni z innymi domownikami.

Ten brak prywatności i samotności wpływa na jeszcze jedną kwestię. Seksualność w związku nie kończy się przecież na tym, co dzieje się między parą. Masturbacja - o ile nie jest preferowaną formą rozładowywania popędu i nie wpływa destrukcyjnie na relację – jest czymś zupełnie normalnym i praktykowanym przez wiele osób żyjących razem.

Gorzej, jeżeli obie strony mają na ten temat inny pogląd lub gdy z jakiś względów seksualność w związku sprowadza się jedynie do masturbacji, a między parą innej interakcji nie ma. Ukrywanie swoich potrzeb, zaspokajanie ich w ukryciu i obawie, że zostanie się przyłapanym "na gorącym uczynku" czy refleksja, że komuś trudno jest funkcjonować bez dostępu do pornografii – nie jest łatwo o tym rozmawiać, kiedy innych trudności i konfliktów nie brakuje.

Spory mogą się też pojawić w kontekście wspomnianych już związków, gdzie jedna ze stron ma kogoś "na boku" albo po prostu nie pożąda już partnera czy partnerki. W codziennej bieganinie łatwiej tłumaczyć brak ochoty na bliskość pośpiechem i pracą, unikać nawet takich gestów jak przytulenie. Obecne nastroje mogą sprawić, że część osób będzie oczekiwała, że tej bliskości będzie więcej – a ją czasem trudniej udawać niż zaangażowanie w relację lub seks.

Przetrwamy to razem

Na przeciwnym biegunie są ci, których kryzys wzmocni. Jak to się dzieje, że są pary, które przeżywają wspólnie choroby, tragedie – a także mniejsze, codzienne zawirowania - i wciąż są razem? Ale nie tak, że po prostu wspólnie trwają i żyją obok siebie, podbijając statystyki średniego czasu trwania związku według GUS-u. Są razem, bo chcą, bo każdego dnia podejmują decyzję, by być z drugą osobą i żyć z nią najlepiej jak potrafią.

Jest wiele teorii na ten temat, wielu badaczy, którzy starają się opisać ten fenomen, ubrać go w słowa i przedstawić jako receptę dla innych. Psycholodzy uczą się trójczynnikowej koncepcji miłości Roberta Sternberga, teoretycznego modelu miłości Johna Lee, teorii endokrynologicznych, ewolucyjnych, filozoficznych, kulturowych… Ale żadna z nich nie daje możliwości przewidzenia ze stuprocentową pewnością losów związku indywidualnej, konkretnej dwójki ludzi.

Niedawno rozmawiałam z panią Donatą i jej mężem Jerzym – parą, która nie rozstała się mimo choroby pani Donaty, u której 14 lat temu zdiagnozowano raka szyjki macicy. - Tym, co nam na pewno pomogło, jest ta nasza więź. Że jesteśmy ze sobą tyle lat, że się kochamy. Nie wyobrażam sobie sytuacji, że drugiemu coś się dzieje, a to pierwsze się odwraca. Ale tak to jest, że starzejemy się i chyba już się zestarzejemy razem – mówiła moja rozmówczyni. A ja, widząc, jak na siebie patrzą, nie miałam wątpliwości, że tak się stanie. Że ich relacja jest szczera. Że nie czarują, nie udają, że zawsze było im łatwo, że nie musieli włożyć w swój związek masy pracy.

Po tym spotkaniu utwierdziłam się w przekonaniu, że teorie nie mają znaczenia. Przetrwanie danej pary jest wypadkową wielu czynników: naszych wcześniejszych doświadczeń, osobowości, kultury i środowiska, w którym żyjemy, wyznawanych wartości, rozwoju seksualności itp. Nasz wpływ na ich kształtowanie się jest ograniczony. Ale nie jesteśmy bezradni: możemy pracować nad tym, by zwiększać świadomość na temat samych siebie, a przez to wiedzieć więcej o związku. Rozmawiać z partnerem/partnerką, dbać o więź, dzielić się spostrzeżeniami. Nie wycofywać w głąb siebie, nie bać się mówić, ale dbać o formę rozmowy. Jeżeli tylko chcemy, by dana relacja przetrwała. Bo nikt nie powiedział, że – jak w bajce - związek musi trwać do końca życia.

Kiedy wstanie dzień

Trudno powiedzieć, kiedy obecna sytuacja wróci do normy, wszelkie szacunki już po paru godzinach przestają być aktualne. Oby tak samo było z wizjami, które nie są optymistyczne dla związków.

Oby one też, jeśli zależy na tym będącym w nich osobach, wyszły z kryzysu silniejsze.