Mariusz Sepioło , 24 maja 2019

Nie dajcie się zabić

Dotarli do przełęczy. W morzu śniegu nie odnaleźli tropu, który podpowiedziałby im położenie ciał. Ksiądz wbił w śnieg czekan, który teraz służył jako krzyż. Odprawił mszę. Wszyscy na chwilę spojrzeli w górę. Z wysokiej skały zwisała tylko zerwana lina poręczowa.

Lato w Himalajach bywa takie, że w bazie można się opalać. Ale powyżej 7 tys. metrów jest inaczej. Układ chmur zmienia się co chwilę. Lekki i grząski śnieg wypełnia przełęcze, tworząc ekstremalnie niestabilne podłoże, śnieżną platformę, która w każdej chwili może runąć w dół. 27 maja 1989 r. runęła na przełęczy Lho La.

Potęga i majestat

Na Mount Everest (8848 m n.p.m.) miał jechać Michał Kochańczyk, ale w kraju zatrzymała go operacja i pobyt w szpitalu. W jego miejsce z listy rezerwowej wskoczył najmłodszy w ekipie, 30-letni Andrzej Marciniak.

To pierwszy w tej historii istotny zbieg okoliczności.

Marciniak, zwany też "Marcinem", zdolny taternik, marzył o Himalajach. Wspinał się w tych niższych, sześciotysięcznych. Kiedy dotarła wiadomość o odpadnięciu Kochańczyka, nie wiedział, czy w ogóle będzie mu dane się do szczytu najwyższej góry świata zbliżyć. Jechał, bo takiej okazji się nie przepuszcza.

Najstarszy był Zygmunt Andrzej Heinrich, rocznik 1937. Mówili o nim "Dziadek" albo "Zyga". Wspinał się już w latach pięćdziesiątych. W następnej dekadzie robił pionierskie przejścia w Tatrach. Z Krzysztofem Zdzitowieckim i Eugeniuszem Chrobakiem dokonał pierwszego w historii przejścia Filara Kazalnicy Mięguszowieckiej – alfy i omegi tatrzańskiej wspinaczki. Potem były Alpy, trzy wierzchołki Noszaka, w końcu siedmio- i ośmiotysięczniki.

Zygmunt

Zygmunt "Zyga" Heinrich podczas polskiej wyprawy na Kanczendzongę, 1978 r.

Autor: Zbigniew Staszyszyn

Źródło: PAP

Pionierskie czasy polskiego himalaizmu pamiętał też dwa lata młodszy Eugeniusz Chrobak. Taternik od dziewiętnastego roku życia, uczestnik wypraw w Kaukaz, Pamir, Hindukusz. W 1967 r. z międzynarodową ekipą z krajów sojuza jechał na Kaukaz, by spróbować swoich sił na siedmiotysięczniku. Zdobył Pik Lenina jako jeden z kilku polskich alpinistów.

Eugeniusz Chrobak podczas wyprawy na Kanczendzongę, 1978 r.

Eugeniusz Chrobak podczas wyprawy na Kanczendzongę, 1978 r.

Autor: Zbigniew Staszyszyn

Źródło: PAP

Wacław Otręba, rocznik 1947. Podczas jednej wyprawy (w 1973 r. w Andy Peruwiańskie) potrafił zejść do najgłębszej jaskini Ameryki Południowej (Racas Merca, -407 m), by później zdobyć pięcio- i sześciotysięcznik. W górach pracowity, nie do zdarcia, jak ze stali. U młodych miał posłuch, starsi go doceniali.

Mirosław "Falco" Dąsal, rocznik 1952. Był nie tylko w górach kolorowym ptakiem. Dusza towarzystwa, najlepszy śpiewak przy piwie i ognisku. Nigdy wcześniej nie wszedł na ośmiotysięcznik, choć próbował kilkukrotnie. Lubił swoją ksywkę, którą nadali mu Hiszpanie (Falco to gatunek sokoła żyjący w Andach). Słuchał polskiego rocka i bluesa, a kiedy z głośników lecieli Zeppelini i Floydzi – odpływał.

Mirosław "Gardziel" Gardzielewski, rocznik 1952, w latach 80. był na najważniejszych polskich wyprawach. Zdobył Dhaulagiri i Czo Oju. Zimą 1987/1988 brał udział w wyprawie na K2. Do wyprawy na Everest wydawał się kandydatem idealnym.

W wyprawie brali też udział inni, już wielcy polskiego himalaizmu: Janusz Majer i Artur Hajzer, a także wspinacze z Meksyku, USA, Wielkiej Brytanii i Kanady, tzw. westmeni.

Na wszystkich czekała ona. "Góra gór".

Dla Polski pierwszy raz zdobyła ją Wanda Rutkiewicz, w dniu, w którym Karol Wojtyła został wybrany papieżem. Dwa lata później Krzysztof Wielicki i Leszek Cichy jako pierwsi w historii zdobyli Everest zimą.

2 kwietnia 1989 r. zobaczył ją Mirosław "Falco" Dąsal. "Ogromny monolit poprzecinany białymi plastrami śniegu, czerwonawy z żółtymi pasmami skał…" - zapisał w dzienniku. "Potęga, Majestat i to my do Niego?".

Mount Everest - zdjęcie lotnicze

Mount Everest - zdjęcie lotnicze

Autor: Druk Air

Źródło: Wikimedia Commons/CC BY-SA 2.0

Niepewny partnera, niepewny siebie

- "Falco"? Bardzo fajny gość - wspomina Joanna Piotrowicz, himalaistka, instruktorka wspinania. - Z resztą ekipy nie zdążyłam się zetknąć, nie moje pokolenie. Ale Mirka znałam dość dobrze. Kiedy zimą była zła pogoda, bawiliśmy się w "Czterech pancernych". Szarikiem był Marek Momatiuk. Ja byłam Marusią.

"Falco" był Jankiem.

Pan Grzegorz, rodzinnie związany z Mirosławem Dąsalem, kilka lat temu postanowił zbierać wszystkie pamiątki, artykuły, zapiski mówiące o "Falku". W artykule wspomnieniowym o Dąsalu podał swój numer telefonu. Zgłaszali się ludzie z całej Polski, z różnymi opowieściami.

- Co się w tych opowieściach powtarzało? – pytam.

- Że "Falco" nigdy nie miał wrogów. W środowisku górskim bywało i bywa z tym różnie. On był człowiekiem otwartym na innych. Romantykiem. Uwielbiał bawić się, śpiewać. Świetnie grał na gitarze. Podobno był też bardzo pracowity i na nic nigdy się nie skarżył.

Nie lubił środowiskowych waśni. To przez nie udało mu się zrobić w górach tyle, ile mógł. Kiedy zaczął się wspinać w górach wysokich, partnerzy wspinaczkowi z Tatr, najlepsi przyjaciele, mówili mu: "Falco, wracaj do nas". Ale jemu zamarzyły mu się ośmiotysięczniki.

- Powiem panu, jaki jest najlepszy moment w górach - mówi pan Grzegorz. - Kiedy dochodzi się nad wieczorem do schroniska, spotyka ludzi i zaczynają się opowieści. Człowiek się wtedy dowiaduje pewnych rzeczy o innych, ale i o sobie. "Falco" takie spotkania i takie rozmowy uwielbiał.

- Był niesamowicie sprawny i silny - mówi pan Grzegorz. - Potrafił torować drogę, wynosić sprzęt do góry, sprawnie organizował obozy. Czasem pracował niemal jak wół roboczy, a ktoś inny z tej jego pracy korzystał.

Gdzie on się tak spieszy?

"Zyga" Heinrich już w Hindukuszu otarł się o śmierć. Podczas wspinaczki zeszła lawina, zginął Jerzy Potocki, Heinrich ciężko poraniony długo czekał na pomoc. Ale jak wspominał jego brat, "Zyga" niemal na góry "zachorował". Na wyprawy jeździł każdego roku. Znikał na kilka miesięcy. Kiedy wracał, pracował na wysokościach, żeby tak jak większość himalaistów wtedy, zarobić na następny wyjazd. Na nizinach szukał wrażeń: uprawiał skoki narciarskie, latał szybowcem, skończył kurs spadochroniarski. Bliscy się o niego martwili, znajomy ksiądz dawał na mszę za jego bezpieczeństwo. I "Zyga" zawsze bezpiecznie wracał.

Eugeniusz Chrobak na wyprawę zgłosił się podobno "z głupia frant". Uznał, że nie jest jeszcze tak stary, by nie pokazać, co potrafi na ośmiotysięczniku.

Wdowa po Chrobaku i jego córka nie zgadzają się na rozmowę. W ogóle nie rozmawiają z dziennikarzami.

- Gienek Chrobak zimę przed wyjazdem na Everest spędził, szkoląc w "Betlejemce" [Centralny Ośrodek Szkolenia Polskiego Związku Alpinizmu] na Hali Gąsienicowej - mówi Beata Słama, dziennikarka, autorka, redaktorka i recenzentka książek górskich. Jej rodzina blisko przyjaźniła się z Chrobakami. - Często ich odwiedzaliśmy. Mieszkali na w bloku z wielkiej płyty. Gdy tylko wchodziliśmy, Gienek ładował do piekarnika grzanki z serem i pieczarkami. Pamiętam imprezę, na której Gienek i Bogdan, mój były mąż, tańczyli do jakichś południowoamerykańskich kawałków: Gienek klęczał, a Bogdan skakał w wokół niego, trzymając go za palec wyciągniętej do góry ręki – jak krakowiaczek w przedszkolu…

Dodaje: - Pamiętam też taki obrazek: Gienek skończył szkolić, spakował się, pożegnał i wyszedł z "Betlejemki", a że był dość energiczny, ruszył z kopyta pod górkę. My staliśmy w oknie i patrzyliśmy na niego, aż w końcu ktoś zapytał: "A dokąd on się tak spieszy?”. "Na Everest" - odpowiedzieliśmy, uznając, że to bardzo śmieszne. Nie wiedzieliśmy, że widzimy go po raz ostatni.

"Falco" Dąsal był pewien decyzji o wyjeździe, ale później dopadły go wątpliwości. 16 maja zapisał ostatnią notkę w dzienniku: "Noc, śpiwór, świeca, Bob Dylan. Jakoś ciężko mi, duszno. Szukam i szukam w sobie tego przekonania, tej iskry, i co tu ukrywać – nie znajduję. Niczego już nie jestem pewien: ani pogody, ani drogi, ani partnera, ani… siebie".

"To już koniec. Everest"

Atak szczytowy. Pierwsi idą Marciniak z Otrębą. W trójkowym zespole z Nickiem Cienskim docierają do obozu V i biwakują. Po drodze wycofuje się Otręba, a w nocy podczas biwaku Kanadyjczykowi spada część buta, bez której nie może iść wyżej. Wracają.

Kolejne próby następują dość szybko. Lato w Himalajach pozwala zorganizować logistykę tak, by ataki szczytowe następowały tuż po sobie. Inaczej jest zimą, kiedy koszmarną pogodę trzeba przeczekiwać nawet tygodniami.

Idą więc "Falco" i Gardzielewski. Wynoszą liną do obozu V, poręczują kuluar. Kiedy znajdują się już blisko szczytu, na zegarkach mają godzinę 14:00. Ale wiedzą, że zabraknie im tlenu. Schodzą.

Potem Chrobak w parze z Marciniakiem. Wiedzą, że poprzedni zespół wyruszył do szczytu za późno. Ruszają w nocy. Po piętnastej są już wysoko. Chrobak prze w górę. Pamięta moment sprzed 10 lat, kiedy był już blisko, ale do wejścia na szczyt nie udało mu się przekonać partnera. Teraz to on jest kierownikiem, on prowadzi. Kiedy dużo młodszy Marciniak do niego dołącza, Chrobak, siedząc już na dachu świata, mówi tylko: "To już koniec, Mount Everest".

Nocne zdjęcie Mt. Everestu (z lewej) i Lhotse

Nocne zdjęcie Mt. Everestu (z lewej) i Lhotse

Autor: Babak Tafreshi

Źródło: East News

POWRÓT

Zmęczeni, niewyspani, odwodnieni i bez tlenu (butle zostawili razem z innymi ciężarami po drodze) muszą wracać jak najszybciej. Każda minuta spędzona powyżej ośmiu tysięcy metrów niszczy, wysysa energię, otępia. Nad ranem są w obozie V. Kładą się spać, tylko na chwilę, by chociaż trochę odpocząć. Marciniaka boli gardło, ma wrażenie, że się dusi, widzi kogoś trzeciego w namiocie.

Wspomnienia Marciniaka z tamtych chwil zanotuje Andrzej Marcisz w posłowiu do książki "Falco" Dąsala. "W tym półśnie miałem wrażenie, że przyszli koledzy z dołu i karmili nas prowiantem, zacząłem naprawdę się dusić, zerwałem się, obudziłem Gienka i dopiero po jakimś czasie te duszności minęły. Wtedy połączyliśmy się z bazą, by wreszcie powiadomić, że byliśmy na szczycie" - zapamiętał himalaista.

Senni i zmęczeni, Marciniak z Chrobakiem ruszają w dół. Ten pierwszy sprawdza co chwilę, czy ma przy sobie kamień z Everestu dla swojej dziewczyny.

Wtedy następuje kolejny zbieg okoliczności. Na dobre załamuje się pogoda. I składa się tak, że polscy himalaiści trafiają na Evereście na monsunowe opady.

Idą, tym razem prowadzi Marciniak. Śnieg wali coraz gęściej, wiatr miota wspinaczami na linach poręczowych jak zabawkami. W okolicach obozu drugiego śnieg sięga już pasa. Docierają do obozu pierwszego, gdzie są Dąsal i Gardzielewski. Czekają, by do bazy wrócić razem z kolegami. Z bazy ruszają Otręba i Heinrich, by torować drogę. Wszyscy spotkają się na przełęczy Lho La.

W głębi szczyt Changtse, na pierwszym planie przełęcz Lho La

W głębi szczyt Changtse, na pierwszym planie przełęcz Lho La

Autor: Uwe Gille

Źródło: Uwe Gille/Wikimedia Commons/CC BY-SA 3.0

Oddajmy głos bohaterowi:

"Dochodziło południe. Pierwszy wpięty był Gienek, za nim ja, potem Falco, następnie Gardziel, Wacek i Zyga. Tak pięliśmy się do góry, zmieniając się na prowadzeniu. Trzeba było udeptywać śnieg, tak centymetr po centymetrze szliśmy do góry dając krótkie zmiany. W pewnym momencie na prowadzenie wyszedł Wacek. Przetorował z 10 metrów. Zbliżał się do niego Gardziel, żeby go zmienić w tej ciężkiej pracy. Czekaliśmy w bezpiecznych odległościach, co 3 metry, na dokonanie zmiany. W pewnym momencie, gdy Gardziel zrównał się z Wackiem – pamiętam dobrze, bo aż się zdziwiłem co jest grane – śnieg jakby się podniósł przede mną i utworzył jakby falę, która zaczęła błyskawicznie zsuwać się w dół i pochłaniać wszystko, co było po drodze".

Marciniak odzyskuje przytomność u podstawy ściany. Jest ranny, ma powybijane zęby. Na zdjęciach tuż po powrocie z Everestu jego twarz jest pokryta purpurowymi strupami.

Teraz Marciniak rozgląda się, widzi gdzieś poruszającą się rękę, gdzie indziej wystające buty. Postanawia w pierwszej kolejności pomóc tym, których trzeba odkopać. Spod warstwy śniegu udaje mu się wydobyć Wacława Otrębę – wydaje mu się, że kolega żyje, oddycha. Dociera do wołającego o pomoc Heinricha, przykrywa go puchową kurtką. Odkopuje Mirosława Gardzielewskiego, ale ten nie daje znaków życia. Chwyta radio i informuje bazę o lawinie. Wraca do Otręby, który przestał się ruszać, reanimuje, słuchając rad lekarza wyprawy, wydawanych przez radio… Bez skutku. Odcina od liny "Falco" Dąsala, odwraca go na plecy. Od razu rozumie, że i jemu nie jest w stanie pomóc.

U podstawy ściany pozostaje jeszcze Chrobak. Prawdopodobnie ma złamaną nogę, Marciniak ją usztywnia. Układa starszego partnera na karimacie, rozłożonej w śnieżnej platformie. Do nocy pozostają na miejscu, ale później niebezpieczeństwo kolejnych lawin rośnie, muszą ruszać w dół. Uchodzą tylko kawałek, Chrobak narzeka na ból. Po rozmowie z bazą Marciniak idzie do kolegi, zapytać, co dalej. "Okazało się, że tak jak go ułożyłem do snu, tak pozostał na zawsze" – zapamięta.

Zostaje sam, cierpi, ma wrażenie, że złamał żebro, krwawi z ust. W półśnie, w bólu, strachu spędzi kolejne doby. W radio kończą mu się baterie. Janusz Majer zadaje mu pytania, a Marciniak odpowiada kliknięciami przycisków: jeden oznacza "tak", dwa "nie".

Wysiłek staje się jeszcze bardziej ekstremalny, kiedy powoli przestaje rozpoznawać kształty i kolory – postępuje u niego śnieżna ślepota. Wpuszcza do oczu lek, ma nadzieję, że choroba przejdzie, śni o kolegach, powrocie do bazy. Ale po przebudzeniu rozumie, że wokół nie ma nikogo. Jest tylko strach i ciemność.

Ludzie dobrej woli

Tymczasem w Katmandu Artur Hajzer oddaje się przyjemnościom życia. Po powrocie z jednej z imprez dowiaduje się o tragedii na Lho La. Zaczyna działać. I rozkręca akcję, jakiej Himalaje nie widziały.

- Sama akcja ratownicza nie była skomplikowana technicznie – mówi Bogusław Kowalski z Polskiego Związku Alpinizmu, którego proszę o ocenę akcji ratowniczej z 1989 r. - Niewątpliwym mistrzostwem w tamtej sytuacji politycznej było samo zorganizowanie tej akcji i dotarcie do Marciniaka.

- Na początku pojawiła się cała masa koncepcji, jak dotrzeć do poszkodowanych – mówi Janusz Majer. – Najpierw zastanawiano się, czy na Lho La nie może polecieć helikopter z Nepalu z Arturem Hajzerem i Reinholdem Messnerem, który również był wtedy w Katmandu. Z pomocą chciała też przyjść legenda Himalajów, kronikarka wypraw, korespondentka Reutersa Elisabeth Hawley, której głos w Nepalu znaczył wiele. "Zadzwoniła do mnie i powiedziała: Mr. Artur, czytam te wszystkie depesze i widzę, że nie mówią wam całej prawdy. Helikopter LAMA jest w Katmandu, jest do dyspozycji króla, stoi za pałacem, nie dalej niż 500 metrów od was. Jeżeli nie macie siły nacisku, to ja nacisnę…" – zapamięta Hajzer.

Gorączkowe narady, burze mózgów, desperackie próby organizacji transportu i działań politycznych (w Polsce wali się PRL, nikt nic nie wie, nikogo nie obchodzi półżywy himalaista) trwają kilka dni. Himalaista wciąż żyje, ale sam, chory na śnieżną ślepotę, nie ma szans zejść w bezpieczne miejsce.

A potem pojawia się pomysł, żeby spróbować do bazy dotrzeć drogą lądową.

Ze wspomnień Hajzera:

"30 maj południe. Siedzimy zrezygnowani w agencji. Już wiadomo, że z helikopterów nici. Wtedy, nie zabierająca dotąd głosu, ale zawsze obecna, krzątająca się przy kuchni i garach, żona Ang Tseringa (właściciela Agencji Asian Trekking), Belgijka, ale w sari, zabrała głos: "Słuchajcie, ja się tam na górach nie znam, ale raz w bazie pod Everestem od chińskiej strony na trekkingu to byłam. To jest w okolicy tej przełęczy Lho La, prawda? Ja tam dojechałam autem, a potem szłam jeden dzień do góry do granicy lodowca spływającego z przełęczy. Zamiast gadać tu dniami o helikopterach – nie lepiej wsiąść w jeepa, pojechać kilkadziesiąt godzin, potem trochę podejść i po sprawie?"

Pozostawała tylko kwestia wyrobienia wiz dla Artura i dwóch Nowozelandczyków - Roba Halla i Gary'ego Balla, którzy zadeklarowali swoją pomoc.

"Ludzie dobrej woli" - tak Janusz Majer nazywa czynnik, który wpłynął ostatecznie na powodzenie akcji.

- Wówczas panował już zakaz wjazdu cudzoziemców do Tybetu, bo Chińczycy przygotowywali się do rozpieprzenia protestów studenckich na Placu Tiananmen. Urzędnicy z ambasady chińskiej w Katmandu mocno ryzykowali, wydając Arturowi i Nowozelandczykom wizy. Nie było łatwo. Nasza wyprawa była międzynarodowa, Amerykanie z ambasady powiedzieli: z Chińczykami mamy kiepskie stosunki, idźcie do Rosjan, może oni pomogą. Jednocześnie działał Messner, który znał ambasadora Włoch. Ten z kolei grał w tenisa z ambasadorem ZSRR. Rosjanin namawiał do pomocy Chińczyków. Tak nawiązywał się ten łańcuch pomocy, który ostatecznie doprowadził do zorganizowania transportu pod Everest. Kiedy po akcji ratunkowej Artur Hajzer organizował w Katmandu mały bankiet w ramach podziękowania za powodzenie akcji, przyszli przedstawiciele ambasady amerykańskiej i rosyjskiej, a Chińczyk z ambasady wymówił się chorobą. Tak naprawdę wiedział, że postąpił wbrew polityce swojego państwa.

W końcu oficjeli udaje się przekonać. Na ratowników czekać ma transport samochodowy. "Pojechaliśmy. Przekroczyliśmy tę granicę. Z niedużymi przygodami dostaliśmy chińską ciężarówkę. Po 36 godzinach jazdy byliśmy w chińskiej bazie pod Everestem" - wspomni Hajzer.

Po około dwóch godzinach lawirowania między szczelinami są w obozie na Lho La przy Andrzeju Marciniaku. Zdążył już odzyskać wzrok. Postanowił spróbować dotrzeć do bazy na własną rękę. Ubrał się, założył buty. I usłyszał głosy. To był głosy Artura i dwóch jego kompanów: Nowozelandczyków Roba Halla i Gary’ego Balla.

Do Katmandu przyleciała narzeczona Marciniaka. Czekała na rezultat akcji. Hajzer zapamięta drogę z Lho La: "Andrzej radził sobie dziarsko, szedł o własnych siłach. Wieczorem byliśmy już przy ciężarówce i znowu 36 godzin jazdy przez Kodari Pass do Nepalu, Katmandu, prosto przed hotel. Podszedłem do Agnieszki – masz go – bierz – tu jest – cały i zdrowy".

Artur Hajzer, Gary Ball i Rob Hall w drodze ciężarówką do obozu, z którego ruszyli na Lho La po Andrzeja Marciniaka

Artur Hajzer, Gary Ball i Rob Hall w drodze ciężarówką do obozu, z którego ruszyli na Lho La po Andrzeja Marciniaka

Autor: archiwum

Źródło: Archiwum Artura Hajzera

Nie dajcie się górom

Kiedy lawina zabrała polskich himalaistów, w bazie pod Everestem był Janusz Majer.

- Czasami zagrożenie lawinowe można przewidzieć. W tamtych dniach na Evereście doszło do dużych opadów śniegu. Wcześniej wyprawa amerykańska przeczekiwała w zachodnim kotle kilka dni, aż ten śnieg nieco zejdzie. Nie sugeruję, że wśród chłopaków, którzy wracali z Everestu zabrakło rozsądku czy chłodnej kalkulacji. Ale mogło dojść do sytuacji, w której poczuli, że odnieśli sukces, że wystarczy tylko dojść do bazy i będzie można odpocząć. Gienek Chrobak 28 maja miał obchodzić swoje 50 urodziny… Przy takim nastawieniu może dojść do zaniku czujności. Ale podkreślam: to tylko gdybanie. Nie jesteśmy dziś w stanie z całą pewnością ocenić, czy tragedii można było uniknąć. Wobec tych, którzy zginęli, byłoby to nieuczciwe.

Majer zaznacza inną ważną okoliczność tamtych wydarzeń.

– Dąsal i Gardzielewski mogli zejść z Lho La dzień wcześniej. Zdecydowali się jednak poczekać na kolegów. Czy z dzisiejszej perspektywy możemy ocenić, że postąpili źle? Czy jeśli na przełęczy zasypanej śniegiem znalazłoby się mniej osób, nie doszłoby do zejścia lawina? Nie, dziś nie możemy stawiać takiej tezy. Postanowili schodzić razem z kolegami, wykazali się partnerstwem w górach. Zwykle jest tak, że wspólne działanie w górach, związanie się liną, daje większe poczucie bezpieczeństwa. Rozumiem, że tego poczucia wtedy potrzebowali.

Aleksander Lwow, wybitny himalaista i kronikarz dziejów polskiego wspinania wysokogórskiego, na Lho La był kilka lat przed tragedią i kilka lat po niej. Za drugim razem widział linę, z której zerwała himalaistów lawina. Trzymał w rękach jej postrzępiony koniec.

- Z uczestnikami tej wyprawy spotykałem się przy różnych okazjach. Jednych znałem trochę lepiej, innych mniej. W mojej książce starałem się o nich opowiedzieć tyle, ile zanotowałem w swoich dziennikach, które prowadziłem regularnie. To nie pamięć, proszę pana, to solidne notatki.

Wynika z nich, że wiosną 1989 r., wracając spod Yalung Kang (8505 m), spotkał Janusza Majera i po raz ostatni Eugeniusza Chrobaka. "Nie dajcie się górom" - powiedział na odchodne. A pomyślał: nie dajcie się z a b i ć górom.

W książce "Zwyciężyć znaczy przeżyć" pisze o innych tragicznych w skutkach lawinach, których przyczyny były ewidentnie zawinione – zabrakło przewidywania, wyczucia, próby ograniczenia ryzyka. Dziwi się, że w przypadku lawiny na Lho La aż sześciu wybitnych wspinaczy źle oceniło sytuację i postanowiło wpiąć się do tej samej poręczówki.

- Moim zdaniem, popełnili ewidentny błąd – mówi Lwow. – Przypięli się do jednej liny, którą pod wpływem lawiny obciążyli w jednym momencie. Ja wiem, w którym miejscu ta lina pękła: wysoko, tuż pod granią. Sam teren nie jest trudny technicznie, ale za to bardzo mocno nachylony. Niewiele wystarczy, by spowodować osunięcie się niewielkiej "deski", może paru metrów kwadratowych śniegu. Zginęli nie z powodu wielkiej lawiny, ale w wyniku upadku z dużej wysokości.

Ratownicy z Andrzejem Marciniakiem, w tle płn. ściana Everestu, od lewej Gary Ball, Andrzej Marciniak, Rob Hall, Artur Hajzer, 1989 r.

Ratownicy z Andrzejem Marciniakiem, w tle płn. ściana Everestu, od lewej Gary Ball, Andrzej Marciniak, Rob Hall, Artur Hajzer, 1989 r.

Autor: archiwum

Źródło: Archiwum Artura Hajzera

Koniec ery

Rok 1989 na kilka lat odmienił polski himalaizm. Może nawet stał się symbolicznym końcem ery pierwszych „lodowych wojowników”. Miesiąc po pięciu Polakach na Evereście, na Lhotse zginął Jerzy Kukuczka. W 1992 r. z Kanczendzongi nie wróciła Wanda Rutkiewicz. Wcześniej zginęli Wojciech Wróż, Tadeusz Piotrowski, Andrzej Czok, Halina Kruger-Syrokomska, Dobrosława Miodowicz-Wolf. Przez kilka kolejnych lat nie było spektakularnych polskich wypraw w Himalaje i Karakorum. Nie było komu ich robić. Polski himalaizm musiał czekać na odrodzenie. Doczekał się go na dobre dopiero w ostatnich latach.

Wtedy, 30 lat temu, po upadku komunizmu, dla wielu z tych, którzy swój kreatywny potencjał w PRL-u lokowali właśnie we wspinaniu, otworzyły się nowe możliwości. Artur Hajzer i Janusz Majer – wówczas w czołówce himalaizmu – na wiele lat zajęli się biznesem. Wyrwa nie została zasypana przez nowe talenty przez lata. A według niektórych moich rozmówców do dziś.

Ale lawina na Lho La zrobiła wyrwę przede wszystkim w życiu bliskich ofiar.

Do drzwi mieszkania Chrobaków posłaniec z klubu wysokogórskiego puka dwa razy. Najpierw z wiadomością, że był wypadek i Gienek ma złamaną nogę. Drugi raz – że nie udało się go uratować. Żona himalaisty chce przekazać córce złe wieści osobiście. Dziewczyna, wówczas 21-letnia, jeszcze długo nie będzie się mogła pogodzić ze śmiercią ojca.

Starszy brat Andrzeja Heinricha Stefan weźmie udział w wyprawie do przełęczy Lho La, której zadaniem będzie pożegnanie tragicznie zmarłych. Zabierze ze sobą m.in. woreczek polskiej ziemi. Później będzie żałował, że nigdy nie zdążył nauczyć Andrzeja żeglować.

Żona "Falco" Dąsala o wszystkim dowie się z wiadomości w telewizji.

Żona Wacława Otręby w końcu przestanie lubić góry i ich otoczkę.

Andrzej Marciniak swojej pasji nie porzucił: w 1996 r. zdobył Annapurnę. Wracał w Tatry. Nieraz sam pomagał tym, których w polskich górach porwała lawina. W 2009 r., niewiele ponad miesiąc po 20. rocznicy zdobycia Everestu i ocalenia na Lho La, wspinał się na drodze Szczepańskich na Pośredniej Grani w Tatrach Słowackich. Odpadł do ściany po 10 metrach wspinaczki, a razem z nim blok skalny, który go przygniótł. Na pomoc ruszyli słowaccy ratownicy, ale nie zdążyli mu pomóc.

W 1993 r. podczas wspinaczki z Robem Hallem na Dhaulagiri umiera Gary Ball. Hall ginie trzy lata później na Evereście, podczas najtragiczniejszego dnia w historii zdobywania tej góry. 10 i 11 maja w zamieci śnieżnej na stokach Bogini Nieba pozostało na zawsze aż osiem osób.

Latem 2013 r. po odpadnięciu od ściany Gaszerbruma I ginie ostatni ratownik Andrzeja Marciniaka – Artur Hajzer.

Artur Hajzer podczas wyprawy ratunkowej po Andrzeja Marciniaka, 1989 r.

Artur Hajzer podczas wyprawy ratunkowej po Andrzeja Marciniaka, 1989 r.

Autor: archiwum

Źródło: Archiwum Artura Hajzera


Po tragedii w 1989 r. w kościele w Mistrzejowicach odbywa się msza za pamięć Eugeniusza Chrobaka. - Potem żadna górska, i nie tylko górska śmierć bliskich nie była mi straszna, zupełnie jakbym wtedy wypłakała wszystkie łzy - wspomina Beata Słama. - Po mszy poszliśmy wszyscy do Chrobaków, ale nie pamiętam, kto tam wtedy był. W salonie stały zamiast kanap tapczany, siedzieliśmy stłoczeni, a Andrzej Marciniak po kolei, spokojnie, opowiadał nam o swojej nieprawdopodobnej odysei i ocaleniu.

I znowu płakaliśmy.

Przy pisaniu korzystałem m.in. z książek "Góry na opak" O. Morawskiej, "Dosięgnąć Everestu" D. Kobierowskiej, "Każdemu jego Everest" M. Dąsala (w tym z posłowia A. Marcisza), "Zwyciężyć znaczy przeżyć" A. Lwowa oraz artykułów "Triumf i tragedia" A. Hajzera, "Lawina" M. Biegi, "Zginęli, bo byli najlepsi" B. Dobrocha i P. Wilczyńskiego. Wszystkim autorom dziękuję.