Jerzy A. Wlazło , 19 stycznia 2018

O chłopcu z Katynia. Tutaj cierpiała nawet śmierć

CAF, PAP

Heniek biegał po bułki z kiełbasą dla Ala Capone przedwojennej Warszawy - "Taty Tasiemki". Na Kercelaku spotykał zapaśnika Aleksandra Garkowienkę, ze szkolną delegacją składał życzenia urodzinowe Naczelnikowi Piłsudskiemu w Belwederze. W 1942 roku zesłany na przymusowe roboty w okolice Katynia, dowiedział się o masowych grobach polskich oficerów i poinformował o nich Niemców. Przeczytaj fragment wstrząsającej książki Jerzego A. Wlazło "Chłopak z Katynia", opowiadającej o losach Henryka Troszczyńskiego.

Jęki. Tutaj cierpiała nawet śmierć. Ranni umierali na posadzce kościoła. Dzieci kwiliły wtulone w obce ubrania.

Noc.

Otworzyły się ciężkie drzwi. Jeden z Niemców zapalił latarkę. Snop światła zatrzymał się na ładnej twarzy młodej dziewczyny. Tej nocy uroda była przekleństwem. I młodość. Gdy wróciła, już nie płakała. Jest taka rozpacz, która chowa się głęboko. I zostaje na zawsze.

Berta mocniej przytuliła śpiące dziewczynki. Próbowała sobie przypomnieć, jak tu trafiły, ale zostały jedynie jakieś fragmenty obrazów rozgorączkowanego tłumu pędzącego przed siebie, byle dalej od ognia, od wybuchów, od ciągłego jazgotu wojny. Skłębiona ciżba porwała je ze sobą, dopóki nie zamknęły się wrota kościoła.

Kościół św. Stanisława Biskupa parafii św. Wojciecha w dzielnicy Wola. Wszyscy mówią w skrócie kościół św. Wojciecha. Teraz obóz przejściowy. Dla kobiet i dzieci.

Na wszystkich mężczyzn zapadł wyrok śmierci.

Berta zaprowadziła córeczkę za ołtarz. W pierwszych dniach nikt nie miał śmiałości załatwiania potrzeb w bardziej odsłoniętych miejscach. Raczej ukradkiem, za ołtarzem, w kruchcie, pod chórem. Niebawem to się zmieni, bo nie będzie innej możliwości. I nigdzie nie będzie pustego miejsca.

Przez wolski kościół przewinie się łącznie około 90 tysięcy jeńców.

Po kilku dniach, kiedy powstanie na Woli padło, Berta i dziewczynki trafiły na dworzec kolejowy Warszawa Zachodnia. Stamtąd pociągiem dojechały do Pruszkowa. Do kolejnego obozu przejściowego. Potem wywieźli je w głąb Rzeszy. Daleko, pod dawną granicę francuską.

Pracowały u bauera. Tam doczekały wyzwolenia. Amerykanie z radości wsadzili polskie dziewczynki na pancerz czołgu. Tyle zapamiętały z pierwszego dnia wolności.

Zostały w amerykańskiej strefie do końca wojny. Wreszcie, w sierpniu 1945 roku, Berta powiedziała:

– Wracamy do domu.

Próbowali ją zatrzymać. Mówili o komunistach, mówili, że Warszawa zburzona, mówili, że tam nie ma życia. Odpowiadała:

– Heniek na mnie czeka.

Domu rzeczywiście nie było. Wśród gruzów, tam gdzie kiedyś dzieci grały w klasy, teraz na prowizorycznych grobach stały krzyże. Berta wciąż miała przed oczami tę bezgłośnie obracającą się płytę na patefonie.


Coś poszło nie tak. Nie udało się na czas przerzucić całej broni. Wiele zgromadzonych karabinów, granatów i ładunków wybuchowych zostało w zamaskowanych skrytkach, w magazynach. Zbyt wiele. Duża część powinna trafić na Wolę. Teraz na 17 chłopaków z Wolskiej 22 przypadły dwa szmajsery, dwa steny, dwa karabiny produkcji Mausera, trochę amunicji i garść filipinek, z tych, co to Heniek taszczył przez ulicę w workach. Stasiek Adamczyk dostał szmajsera. Heniek dwa zapasowe magazynki i dwa pudełka nabojów. W ten sposób stał się amunicyjnym.

Naciągnęli na rękawy biało-czerwone opaski. Po kieszeniach pochowali opatrunki osobiste PCK.

Punktualnie o 17 zawyły fabryczne syreny, ciężko zadudniły dzwony kościoła na Karolkowej. Chłopaki wyszli przez bramę. Dumnie, z podniesionymi głowami, zamaszystym krokiem, od dawna nie czuli, że są u siebie. Byli warszawiakami z Woli. Byli żołnierzami. Byli Polakami. Odżyła w nich tłamszona już tyle lat godność bycia wolnym człowiekiem.

Przeszli tak do Młynarskiej, minęli Staszica, a potem Działdowską aż do Płockiej. Tutaj Kot ich zatrzymał.

– Wracamy. Nie nasz rejon.

Po drugiej stronie ulicy maszerował inny oddział z biało-czerwonymi opaskami. Pomachali im. Czuli się, jakby bez jednego strzału oswobodzili całą stolicę. Nie trafili na żadnego Niemca, nie musieli nawet odbezpieczyć broni.

"III Obwód dowodzony był przez mjr. »Waligórę« – Jana Tarnowskiego. Otrzymał on rozkaz od swoich władz zwierzchnich, żeby ulicę Wolską jako arterię wylotową z miasta w kierunku zachodnim pozostawić wolną. Zarówno Komenda Główna, jak i »Monter« [Antoni Chruściel, komendant Okręgu Warszawa-Miasto ZWZ, faktyczny dowódca całości sił powstańczych – przyp. aut.] przewidywali, że stanie się ona osią odwrotu nieprzyjaciela. »Waligóra« rozporządzał 2700 żołnierzami, ale na mobilizację stawiło się zaledwie 40%. Na domiar złego magazyny broni I i III Rejonu, znajdujące się na terenie zakładów ogrodniczych Ulrycha, zostały zajęte przez żołnierzy dywizji pancerno-spadochronowej »Hermann Göring« i nie było co marzyć o dostępie do nich. Wola więc utraciła jeszcze przed godziną »W« większość broni i amunicji, co sprawiło, że około 1500 żołnierzy nie miało z czym przystąpić do boju. W ostateczności poszło do szturmu 1050 powstańców, uzbrojonych niedostatecznie, jedynie 3 batalion OW PPS im. Okrzei dysponował 4 cekaemami. A z tego tysiąca żołnierzy, którzy rozpoczęli walkę, wyposażonych w broń było zaledwie dwustu”.

Warszawiacy czytają hitlerowskie ultimatum: kapitulacja labo inwazja

Autor: Three Lions

Źródło: Getty Images

Następnego dnia nie poszło już tak gładko. Decyzja o zostawieniu otwartej ulicy Wolskiej okazała się brzemienna w skutki, bowiem właśnie tędy ruszyła niemiecka odsiecz. Tędy parły oddziały zmotoryzowane i pancerne.

Plan przewidywał, że tędy będą uciekać.

Z pobliskiej zajezdni tramwajowej powstańcy wyprowadzili kilka wagonów, ustawiając je w poprzek ulicy. Obciążone żelastwem, wypełnione piaskiem stworzyły barykadę, która wzięła na siebie pierwsze, drugie i trzecie natarcie niemieckich sił spoza Warszawy.

Kot zameldował pluton "Halowi" na tramwajarskiej barykadzie u zbiegu Młynarskiej i Wolskiej. Ten wydał rozkaz:

– Podzielić pluton! Sześciu zostaje. Reszta na Wolską pod 39!

Heniek ze Staśkiem pobiegli do kamienicy niemal naprzeciwko pałacyku i młyna Michla. Późnym wieczorem dostali zgodę na powrót do domu. Mieli zameldować się następnego dnia o świcie. Bez przeszkód dotarli na Wolską 22. Berty z dziewczynkami nie było. Nikt z sąsiadów nie miał o nich żadnej wiadomości.

Rankiem 3 sierpnia już tylko czterech z 17 chłopaków wychodziło do powstania: Heniek i Stasiek, Roman Dolny i Szczepan Wroński. Pozostali rozpierzchli się po Warszawie, a kilku ponoć zostało w domu, uznawszy, że powstanie jest już wygrane. Heniek ze Staśkiem uparli się, żeby iść na barykadę, zobaczyć, co dzieje się z kumplami z batalionu. Przeskoczyli przez dziurę w płocie na teren dawnej Wenecji, kiedy zaczął się nalot. Zostali we dwóch na płaskim, gołym terenie. Trzymając się za ręce, upadli twarzami w trawę.

Gwizd bomb wwiercał się w mózg. A potem wybuchy. Jeden, drugi, trzeci, tak blisko, że drżała ziemia, że rozgrzany piach sypał się im na nogi.

To nieprawda, że piłkarze gryzą trawę. To nawet nie jest śmieszne. Heniek leżał twarzą w dół, palcami ściskał dłoń kolegi, a zęby wbił w ziemię. Dosłownie.

Strach ma smak czarnej ziemi. I darni.

Czekanie na śmierć ma swoje granice. Heniek odwrócił się na plecy. Wolał widzieć. Po chwili wahania Stasiek zrobił to samo. Wciąż trzymali się za ręce i patrzyli, jak hitlerowskie samoloty odstawiają na niebie swój balet. Piloci czuli bezkarność. Bombardowali pokazowo, jak na paradzie w dniu święta państwowego.

Nadlatywali trójkami obok siebie. Nad celem ustawiali się jeden za drugim i zataczali okręgi. Pierwszy nurkował, zrzucał bomby i wracał na koniec szeregu, potem drugi, potem trzeci, i tak do wyczerpania amunicji. Celem była barykada, ale wiele bomb spadło na Wenecję.

Gdy się uspokoiło, wyjrzeli na Wolską. Na barykadę pruły szwabskie czołgi. Jakiś szczeniak chwycił zdobyczny pancerfaust i nim ktokolwiek zdążył go powstrzymać, nacisnął spust. Gwizdnęło ku#$wsko [cenzura redakcji], walnęło jeszcze lepiej. Chłopakiem rzuciło. Nigdy z tego nie strzelał. Nie wiedział, że trzymał rurę odwrotnie. Odpalił sobie ładunek niemal pod nogi.

Nie przeżył.

Do barykady nie doszli. Wrócili na stanowiska pod numerem 39.

Swojego dowódcy Jana Kota nie spotkali już nigdy.

Aby wzmocnić obronę barykady, wieczorem 3 sierpnia pododdziały 1. kompanii batalionu "Parasol" obsadziły początkowo dwa budynki, flankujące z obu stron ulicę. Budynek przy Wolskiej 40 zajęła grupa szturmowa sierżanta podchorążego "Gryfa". Kamienicę naprzeciwko obsadziła drużyna kaprala podchorążego "Kruka".

Walki o Pałacyk Michla przeszły do legendy ugruntowanej dzięki piosence, która stała się hymnem bojowym oddziału "Parasol". Janusz Brochwicz-Lewiński "Gryf" twierdzi, że tekst powstał 4 sierpnia wieczorem, podczas kolacji. Napisał go młody poeta Józek "Ziutek" Szczepański:

Pałacyk Michla, Żytnia, Wola

to idą chłopca spod Parasola…

Ziutek zginął 10 września.

Wieczorem 4 sierpnia Heniek znów wypuścił się do domu. Próbował dowiedzieć się czegoś o mamie i siostrach, ale przepadły. Żadnych wiadomości.

5 sierpnia o świcie Niemcy urządzili krótkie bombardowanie, które jednak nie wyrządziło większych szkód. Zaraz potem niemieckie pododdziały ruszyły na odsiecz zamkniętemu w mieście garnizonowi. Powstańcy przepuścili piechotę aż do linii ulicy Staszica i otworzyli ogień.

"Gryf" wspominał później:

"Oni chcieli zdobyć barykadę na Wolskiej. Aby to zrobić, musieli przejść przez pałacyk. Ja go po kryjomu obsadziłem i spokojnie czekałem tam na nich ze swoimi ludźmi. Przez dwa dni, choć nieprzyjaciel był o kilkaset metrów, nie daliśmy żadnego znaku życia. Niemal się nie poruszaliśmy. W efekcie, gdy ruszyli w stronę barykady, podeszli pod nasze okna krokiem marszowym, niczego się nie spodziewając... Nie mieli najmniejszej szansy. (…) Około 60. Wszyscy w jednej chwili zostali zabici lub ranni. Otworzyliśmy do nich ogień z bardzo bliskiej odległości, ze wszystkiego cośmy mieli. Dwóch karabinów maszynowych, pistoletów maszynowych i karabinów. Do tego granaty i miotacz płomieni. Gdy położyli się pokotem na ulicy, ranni nie mogli liczyć na naszą pomoc. Wiedzieliśmy, z kim mamy do czynienia. Nie miałem dla nich żadnej litości. Wiedziałem, że jeżeli to oni złapaliby kogoś z naszych, to nie tylko by go zamordowali, ale jeszcze wcześniej w okrutny sposób by się nad nim znęcali. To samo robili z naszymi cywilami. Ci esesmani mieli ręce po łokcie unurzane we krwi.

Kolejne natarcie ruszyło około ósmej, kolejne o dziesiątej. Tym razem pod pałacyk podjechały czołgi. Jeden ustawił się dokładnie dupą do kamienicy, gdzie w bramie siedzieli przyczajeni Heniek ze Staśkiem. Szwabska piechota stała odwrócona plecami, ostrzeliwując chłopaków z "Parasola". Stasiek wychylił się nieco i puścił po nich serię ze szmajsera. Heniek szerokim łukiem cisnął granat.

Rozpętali piekło.

Skoczyli w cień bramy i dalej, przez wybity wcześniej korytarz, do szpitala św. Stanisława. Wpadli do pierwszego z brzegu budynku, trafiając na chłopaków ze szpitalnego oddziału strażackiego. Wszyscy w mundurach, mieli karabiny i pistolety maszynowe. Komendant natychmiast wciągnął nowych pod swoją komendę.

Chwilę później Niemcy przypuścili szturm na szpital.

Komendant wywalił okno i wypruł z broni maszynowej, ile się dało. Natychmiast dołączyli pozostali, kiedy w bramie pojawił się czołg, głęboko wsadzając ryj lufy. Upadli na podłogę.

– Panowie – powiedział komendant – albo jesteśmy bohaterami i wszyscy tu umieramy, albo spie#$alamy, ale każdy na własną rękę.

No to spie#$olili.

Warszawa 01.08.1944. Pierwszy dzień Powstania Warszawskiego. Nz. patrol porucznika Stanisława Jankowskiego ps. Agaton (idzie pierwszy) z batalionu Pięść na pl. Kazimierza Wielkiego w drodze do Śródmieścia

Źródło: PAP

Heniek ze Staśkiem przebiegli do następnego budynku. Szpital powstańczy. Rzędy łóżek i siostry zakonne w białych habitach.

– Siostrzyczki, ukryjcie nas! – zawołał Heniek. – Jesteśmy powstańcami Armii Krajowej!

Szybko schowali gdzieś broń i granaty, założyli białe fartuchy, czapki i opaski Polskiego Czerwonego Krzyża. Wtedy wszedł do sali niemiecki oficer, trzymając długi kij. Podchodził do łóżek i tym kijem unosił koce okrywające pacjentów.

Siostra zagrodziła mu drogę.

– Proszę tego nie robić – powiedziała po niemiecku. – Tu leżą tylko chorzy na tyfus.

Niemiec na wszelki wypadek zapomniał nawet o kiju.

Chłopaki zrzucili fartuchy, zabrali swoje graty i wyskoczyli w kierunku zajezdni tramwajowej, stamtąd przez parkan wprost pod ostrzał z broni maszynowej ustawionej na dachu fabryki Philipsa. W najbliższych krzakach przywarli do ziemi i tak przeczekali aż do zmroku. Gdy się ściemniło, przeskoczyli na Wolską 22.

Na podwórku dopalał się drewniak Heńka. Z boku, tam gdzie mieli grządki, teraz stał krzyż. Podczas bombardowania zginął mąż Zosi Kozłowskiej, ten, co pracował w fabryczce na podwórku. Zosia przeżyła wojnę, ale jej trzyletnią córeczkę Niemcy zgwałcili i udusili w piwnicy domu przy Wolskiej 22.

Sąsiadów znaleźli ściśniętych w piwnicach murowanego domu w głębi. Bali się wyjść na ulicę. O Bercie i dziewczynkach nic nie słyszeli.

– Robimy zwiad – powiedział Stasiek. – Może uda się jakoś stąd wynieść.

– Dobra, ja walę do Łazarza, ty sprawdź z drugiej strony – odparł Heniek i wyskoczył w kierunku szpitala św. Łazarza stojącego między ulicami Leszno, Karolkową i Wolską. Od 1 sierpnia był to szpital powstańczy. Heniek liczył, że tam dostaną jakąś pomoc, że może ktoś wie, co w ogóle robić dalej.

Przy bramie zatrzymał ich hurgot gąsienic. Heniek wychylił się odrobinę, akurat na tyle, żeby zobaczyć takie małe coś na gąsienicach pełznące w górę ulicy. Pierwszy i ostatni raz zobaczył goliata, chociaż specjalne jednostki Wehrmachtu walczące z powstańcami ściągnęły ich do Warszawy ponad 60. Samobieżna mina sunęła, ciągnąc za sobą gruby kabel elektryczny zdalnego sterowania. Z jakiegoś okna poleciała butelka z benzyną, ale chybiła celu i roztrzaskała się kawałek dalej. Goliat minął plac Kercelego i eksplodował mniej więcej na wysokości wolskich rogatek.

14 sierpnia Niemcy za pomocą goliata próbowali wysadzić barykadę u zbiegu Sierakowskiej i Żoliborskiej bronioną przez żołnierzy podpułkownika Jana Szypowskiego "Leśnika". Szypowski unieruchomił minę, potem rozbroił ją i dokładnie przestudiował konstrukcję. Na tej podstawie opracował "Instrukcję o właściwościach technicznych, sposobie działania i możliwościach unieszkodliwienia i rozbrojenia czołgu-miny »Goliata«", będącą załącznikiem do rozkazu dziennego Grupy AK "Północ" z 17 sierpnia 1944 roku.

Wybuch goliata przy wolskich rogatkach na moment ściągnął uwagę wszystkich. Heniek wykorzystał to, przeskakując w kierunku szpitala św. Łazarza. Nie doszedł.

"5 sierpnia 1944 w szpitalu było ok. 300 pacjentów, w tym kilkunastu rannych Niemców, wziętych do niewoli przez powstańców. Po południu powstańcy zostali wyparci z obiektu. Wieczorem na teren wdarli się żołnierze z jednej z grup Ostlegionen wchodzącej w skład Grupy Szturmowej Dirlewangera. Byli to Azerzy, byli jeńcy sowieccy, wchodzący w skład I batalionu 111 pułku »Azerbejdżan« i II batalionu »Bergman«; wsławili się oni wyjątkowym okrucieństwem w czasie działań na Woli w pierwszych dniach sierpnia 1944. Ludność Warszawy nazywała ich Ukraińcami, Mongołami lub Kałmukami".

Egzekucja Żydów, Warszawa, rok 1941

Autor: Hulton Archive

Źródło: Getty Images

Rozpoczęła się rzeź rannych, chorych, personelu i ich rodzin oraz szukających w szpitalu schronienia mieszkańców Woli. Było wśród nich wiele dzieci. Szturmowcy strzelali z broni maszynowej do piwnic przez okna i wrzucali granaty. Tych, którzy przeżyli, wyciągali i zabijali strzałami w tył głowy.

14-letnia Wiesława Chełmińska cudem przeżyła. Tak opisała przebieg egzekucji w piwnicy szpitala:

"Pozostała ludność cywilna i ranni. Esesmani zaczęli wołać do piwnicy po kilka osób z naszej grupy. Zawołano mnie do piwnicy z matką. Zaraz za drzwiami po wejściu zobaczyłam stosy trupów. Paliło się światło elektryczne. Na korytarzu stała grupa esesmanów z rozpylaczami gotowymi do strzału. Mnie i matce kazano wejść na zwłoki. Matka weszła pierwsza i widziałam, jak esesman strzelił jej w tył głowy i jak upadła. Weszłam za nią i upadłam, nie czekając, aż żołnierz strzeli do mnie. Strzelił jednak, raniąc mnie w prawe ramię. Po mnie musiało wchodzić na stos około 20 osób, zanim je rozstrzelano...".

W szpitalu zginęło około 1200 osób, niektóre spłonęły żywcem w podpalonych po rzezi budynkach. Zamordowano kilku lekarzy, około 30 pielęgniarek świeckich i zakonnych oraz sanitariuszek służby powstańczej, wśród nich dziesięć 16-, 17-letnich harcerek. Tylko dzięki interwencji leczonych w szpitalu rannych żołnierzy niemieckich około 50 osób personelu medycznego odprowadzono do szpitala św. Stanisława.

Heniek leżał w trawie, bezradnie patrząc na płonący szpital. Widział Niemców z kanistrami oblewających benzyną budynek, wlewających ją do piwnic i przez niskie okna na parter. Widział, jak podpalają jakieś szmaty i wrzucają do środka. Inni strzelali zapalającymi pociskami. Języki ognia wpełzały coraz wyżej, sięgając pierwszego piętra. Ludzie ratowali się, skacząc z okien, ale tutaj dosięgały ich szwabskie kule. Słyszał niemiecki śmiech, gdy kolejne ciało wypadało z okna wprost na bruk.

Tak wyglądało polowanie na ludzi.

Heniek się wycofał. Skulony przebiegł przez Wenecję, przecisnął się przez dziurę w murze do ogrodu Wężowskiego i wtedy usłyszał niemieckie głosy. Znieruchomiał, leżąc w krzewach dawno przekwitłego bzu. Było ciemno. Dwóch żołnierzy z karabinami szło ścieżką oddaloną od głowy Heńka o jakieś 20 centymetrów. Modlił się jedyną modlitwą, która mu przyszła do głowy: "Boże kochany, żeby mnie tylko nie nadepnął". Szyję skręcił wręcz nienaturalnie, żeby któryś się o niego nie potknął. Usłyszał, jak jeden mówi:

– Ich alleine – i słowa te słyszy do dzisiaj. Pamięta tembr głosu, emocje. Niemiecki żołnierz mówił, że jest samotny. Może rzuciła go żona, może za nią tęsknił, a może zwyczajnie nawet nie miał dziewczyny. Heniek w tym momencie czuł się samotny po tysiąckroć bardziej. Całkowicie opuszczony przez ludzi. Pojedynczy człowiek na ziemi, w krzakach zwiędłego bzu.

Nigdy później nie zrozumiał ludzi, którzy chcieli iść na wojnę. Albo po prostu zabijać. Nigdy.

Schronił się znowu wraz z innymi w piwnicy murowanego domu przy Wolskiej 22. Próbował zasnąć. Coś mu się majaczyło w jakimś półśnie, w jakiejś półmalignie, jakby w gorączce. Nim wstał świt, usłyszeli ciężki, żołnierski krok i nawoływania. Nie tylko po niemiecku. Tam byli i Litwini, i Łotysze, i Ruscy. Weszli na podwórko i wyciągnęli ludzi z piwnic na ulicę. Dzielili na dwie grupy. Osobno mężczyźni, osobno kobiety z dziećmi.

6 sierpnia jeszcze obowiązywała doktryna Hitlera o bezwzględnym mordowaniu każdego jeńca w obrębie Warszawy.

"W odpowiednim czasie Himmler przekazał nowiny Hitlerowi:

Powiedziałem: Mein Führer, moment jest niesympatyczny. Z punktu widzenia historycznego jest jednak błogosławieństwem, że ci Polacy to robią. W ciągu pięciu-sześciu tygodni pokonamy ich. Ale wtedy Warszawa – stolica, głowa, inteligencja tego niegdyś 16-, 17-milionowego narodu Polaków, będzie starta. Tego narodu, który od 700 lat blokuje nam Wschód i od pierwszej bitwy pod Tannenbergiem [Grunwaldem] ciągle nam staje na drodze. Wtedy polski problem dla naszych dzieci i dla wszystkich, którzy po nas przyjdą, a nawet już dla nas – nie będzie dłużej żadnym wielkim problemem historycznym.

Odpowiedzi Hitlera bezpośrednio nie odnotowano. Ale jej odbicie można znaleźć w wydanym tego samego dnia rozkazie Himmlera, w którym mówiło się o tym, że »każdego mieszkańca należy zabić, nie wolno brać żadnych jeńców. Warszawa ma być zrównana z ziemią (Warschau wird glattrasiert) i w ten sposób ma być stworzony zastraszający przykład dla całej Europy«".

Nie było natomiast zakazu wcześniejszego zgwałcenia najładniejszych kobiet.

Pognali ich za Wenecję i przez bramę domu pod numerem 26.

Całkowicie irracjonalnie wyglądał, wśród częściowo zburzonych i wypalonych kamienic, ustawiony na gruzie podwórka fortepian. Kilku żołnierzy siedziało wokół z nogami na czarnym pudle. Jeden próbował walić w klawisze, aż podskakiwały puste i pełne flaszki wódki. Śpiewali, pijąc wprost z butelek, a każdy kolejny łyk wywoływał salwy śmiechu. Puste butelki leciały na jeńców.

Na końcu podwórka, pod murem, leżały stosy ciał. Stosy to znaczy stosy. I tam ich zagoniono. Heniek musiał wspiąć się po trupach, żeby podniesione ręce oprzeć o mur, teraz bardziej czerwony od krwi niż od cegieł, rozorany seriami broni maszynowej. Stał zwrócony twarzą do tej krwawiącej ściany, a czas się zatrzymał.

To tak się czeka na śmierć.

Ludzie płakali, niektórzy się modlili, inni rozpaczliwie wyli, oparci ramionami o mur i szarpiący włosy na głowie. Ktoś próbował zaintonować "Jeszcze Polska nie zginęła", ktoś inny "Boże, coś Polskę".

Heńkowi przypomniały się te bombardujące samoloty, jak nie mogąc znieść bezradności, odwrócił się na plecy. Chciał patrzeć. Chciał wiedzieć. Bał się. Schylił głowę, spoglądając pod pachą. Jakiś Niemiec za nim podniósł się, sięgnął po ciężki karabin.

"To chyba »Bergman«" – przemknęło Heńkowi przez głowę, jakby nie było mu wszystko jedno. Jeżeli wtedy myślał o czymkolwiek, to właśnie o tym karabinie. Widział rozkładane nóżki, widział zakładanie taśmy z amunicją. Trwało to długo, bo żołnierz najwyraźniej pod wpływem wódki mocno chwiał się na nogach. Poza tym sprawiał wrażenie, jakby świetnie się bawił.

To nie żart, że do tłumienia powstania Niemcy rzucili jednostki złożone z kryminalistów i degeneratów.

Stojący nieco dalej oficer wyciągnął z kabury pistolet i wystrzelił w powietrze.

Szwaba z karabinem jakby kto chlasnął. Wyprężył się i chwilę później pociągnął za spust. Deszcz kul rozorał ścianę ponad jeńcami, grad ceglanych odłamków runął wprost na głowy. Druga seria z niesamowitym wizgiem, zit, zit, zit, zit, zryła ziemię pod nogami, ale zaraz pociski zaczęły trafiać w ludzi. Heniek nie słyszał terkotu karabinu, ale tylko te nieprzyjemne plaśnięcia, kiedy pociski rozrywały ciało z jękiem bólu.

To wszystko trwało teraz nie dłużej niż sekunda na tarczy schaffhausena. Mężczyzna z prawej strony bluznął krwią z piersi, zacharczał przerażająco, osunął się…

– Tatusiu! Tatusiu! – zawołał ktoś z tyłu. Heniek obejrzał się odruchowo. Niżej, nieco z tyłu, stał mały Misiek Słomkowski, syn podwórkowego fryzjera, który co niedziela rozstawiał krzesło i strzygł sąsiadów za kilka drobniaków. Gdy Heniek odwracał głowę, usłyszał świst kuli, która niemal zawadziła ucho i zaryła w mur dokładnie między rozcapierzonymi palcami prawej dłoni. Między wskazującym a środkowym. Ostre kawałki cegły strzeliły prosto w twarz, raniąc boleśnie. Zachwiał się.

– Nicht schiessen! Nicht schiessen! – rozległo się od strony bramy. Wbiegli żandarmi. Karabin ucichł.

Heniek spojrzał wzdłuż muru, gdzie leżeli sąsiedzi, chłopaki z brygady. Niektórzy jeszcze się ruszali, ale już tylko w konwulsjach. Agonia. Krew płynęła z ust, uszu i oczu. Ktoś jęczał przenikliwie, ktoś ostatni raz zakasłał.

– Są potrzebni przy zasypywaniu rowów przeciwczołgowych – usłyszeli głos żandarma.

– Czy jest tu felczer?! – zawołał niemiecki oficer wciąż jeszcze z pistoletem w ręku. Romek Dolny zrobił dwa kroki w tył.

– Ranni wystąpić! – znów rozkazał Niemiec.

Nikt się nie ruszył.

– Ranni wystąp!

To samo.

Korzystając z chwili rozluźnienia, Heniek wyciągnął ukradkiem dwa opatrunki osobiste i podał stojącym najbliżej chłopakom. Jednemu kula utkwiła w pośladku, drugiemu strzaskała palce dłoni. Żaden się nie przyznał.

Szwab kazał im wziąć na plecy skrzynki z amunicją ze stosu w rogu podwórka i biegiem pognał całą kolumnę przez Młynarską do Górczewskiej. Na Młynarskiej Heniek omal nie zemdlał. Wszystkie domy płonęły. Piekielny żar wyrywał płuca, brakowało tlenu. Ogromne jęzory ognia splatały się nad głowami, tworząc ogniowy tunel. Musieli biec, żeby przeżyć.

Na bieg nie starczało tchu.

Pożar w getcie warszawskim

Autor: Keystone

Źródło: Getty Images

Na rogu Działdowskiej stała barykada, a przed nią głęboki wykop przeciwczołgowy. Szwaby nie dawali rady zasypać go pod celnym ostrzałem powstańców z okolicznych budynków.

Żandarmi rozprowadzili jeńców po najbliższych podwórkach ulicy Działdowskiej. Na każdym, jak na Wolskiej pod 26, leżały stosy ciał. To nimi mieli zapełnić rów, aby czekające na przedpolu czołgi mogły wtargnąć do miasta.

Po trupach.

Stasiek z Heńkiem wzięli pierwsze zwłoki, jeden za ręce, drugi za nogi. Podbiegł szwab. Zaszwargotał coś szybko. Nie zrozumieli. Pokazał, żeby rzucili na ziemię twarzą w dół. Chwycił trupa za nogi. Każdy z nich ma tak ciągnąć, żadnego noszenia. Tak szybciej – popukał palcami w rękę, w miejsce, gdzie powinien być zegarek.

Ciągnęli więc trupy twarzą do ziemi, znacząc bruk krwawymi smugami.

Kiedy opróżnili pierwsze podwórko, żandarm kazał Heńkowi i kilku chłopakom wskoczyć do dołu. Mieli układać trupy, jeden na drugim, a potem na przemian, niczym cegły w murze. Więc układali. Heniek wyprostował się na chwilę i jego wzrok padł na elegancko wyglansowane oficerki. Podniósł głowę. Młody oficer z gapą na czapce patrzył na stos trupów i płakał.

Spojrzeli na siebie. Oficer wyciągnął papierosa, zapalił i wciąż patrząc na Heńka, rzucił papierosa pod nogi. Chłopak sięgnął. Zaciągnął się. Zakręciło mu się w głowie. Właśnie uświadomił sobie, że od trzech dni nie miał nic w ustach. Trzy dni. Zaciągnął się jeszcze raz i podał papierosa wzdłuż rzędu chłopaków.

– Skąd masz? – usłyszał szept.

– Od Niemca – odparł, a jego odpowiedź jak w głuchym telefonie popłynęła wzdłuż szeregu.

– Słuchaj, jak dał papierosa, to może i da trochę wody? – usłyszał znów.

Ponownie podniósł wzrok.

– Bitte schön, Ich bitte Wasser.

Oficer pokręcił głową.

– Sam nie ma wody – przekazał Heniek chłopakom.

– To mu powiedz, że my wiemy, gdzie jest woda.

Oficer popatrzył uważnie, odwrócił się i odszedł. Wrócił z żołnierzem niosącym wiadra. Dwóch chłopaków wyskoczyło z dołu i poprowadzili ich do domu Wawelberga. Tam chodzili od łazienki do łazienki i kubeczkiem wybierali wodę z rezerwuarów w ubikacjach. Część była jeszcze całkiem pełna, a niektóre tylko trochę. Te stare rezerwuary miały to do siebie, że nawet jak się pociągnęło za łańcuszek, to i tak część wody zostawała.

Uzbierali całą beczkę dla Niemców i kubeł dla Polaków.

Zasypali rów. Przysypali stos trupów piachem, ziemią, potem ułożyli płyty chodnikowe. Czołgi przeszły. Wola padła, ale powstanie trwało w centrum miasta.

Po wojnie, w miejscu gdzie stała barykada, odprawiono mszę. Ksiądz mówił, że odkopano tutaj 156 ciał.

Warszawa 1945. Ulica Wspólna, ekshumacja ciał ofiar działań wojennych. Dokładny miesiąc i dzień wydarzenia nieustalone

Autor: Stanisław Urbanowicz

Źródło: PAP

Heniek i reszta dostali od oficera chwilę wytchnienia. Ale przybiegli inni. Wrzeszczeli, kazali wstawać i pognali jeńców przez ulicę Szlenkierów, plac Opolski, do Żytniej, gdzie płonęła drewniana barykada obsadzona teraz przez Niemców. Biegli jak w amoku, poganiani, wycieńczeni. Heniek sunął ostatni i modlił się w duchu, żeby się tylko nie potknąć, żeby Bóg dał mu siły i pozwolił wyprzedzić kilka osób.

Ostatniemu, jeżeli za bardzo zwalniał, Niemiec strzelał w plecy.

Tymczasem niemiecka obsada barykady nieświadoma, że od tyłu nadciąga odsiecz z grupą jeńców do gaszenia pożaru, przekonana, że powstańcy wzięli ich w dwa ognie, obrzuciła kolumnę granatami. Biegnący równo z Heńkiem szwab zrobił jeszcze ze dwa kroki po tym, kiedy wybuch oderwał mu głowę. Poleciała wysoko, a kadłub padł na bruk i krew chlusnęła szerokim strumieniem.

Podobno w człowieku płynie pięć litrów krwi. Heniek nie przypuszczał, że to aż tak dużo. Oderwana głowa upadła hełmem na ulicę i chwilę bujała się jak rosyjska lalka, plując czerwienią.

Heniek zorientował się, że leży, dopiero gdy kazali mu wstać. Szturchnięciem lufy ktoś zmusił go ponownie do biegu.

– Panie Henryku – usłyszał za plecami słaby głos. – Panie Henryku…

Rozpoznał Romka, dużo młodszego brata Jurka Skoneczko, tego chłopaka z Kedywu, który go wciągnął do AK. Romek to prawie dzieciak. Z Heńkiem był jeszcze na pan. Zwolnił.

– Panie Henryku, pan zobaczy, bo mi się tutaj krew leje – poskarżył się chłopak. Rozsunął porwaną koszulę, pokazując zakrwawioną, chudą pierś.

Mimo wszystko się zatrzymali. Heniek rękawem wytarł poranione miejsca. Wyciągnął spod skóry niewielki odłamek.

– Masz fart, chłopie. To tylko powierzchowne – zawiązał chłopcu mocno koszulę, żeby chociaż trochę zatamować krwawienie. Nic więcej nie mógł zrobić. Nie zostawił sobie ani jednego opatrunku.

Gasili niemiecką barykadę walczącą przeciwko powstańcom, żeby ocalić swoje życie. Wojna to popieprzony interes. Gasili piachem nie mniej gorącym niż płomienie. Sypali go rękami, deskami, oparciami krzeseł. Wszystko parzyło do żywego mięcha. Bąble nie nadążały wyskakiwać.

W tym całym piekle praktycznie nie zauważali latających wokół kul. Śmierć stała się czymś tak oczywistym, że przestali na nią zwracać uwagę. Na ból też.

Ugasili ogień. Wtedy Niemcy ustawili ich rzędem przed barykadą od strony polskich stanowisk. Z tyłu za Heńkiem jakiś szwab ułożył niewysoki stos z płyt chodnikowych, stawiając na nich ciężki karabin. Miał najlepszą osłonę z możliwych. Wiedział, bydlak, że do swoich Polacy strzelać nie będą.

Nacisnął spust, mierząc w stanowiska powstańców za cmentarzem ewangelickim. Karabin zadudnił na chybotliwej podstawie i niemal uciekł mu z rąk. Mężczyzna obok Heńka osunął się na kolana, trafiony w plecy. Niemiec zaklął, cofnął karabin na poprzednie miejsce i znowu się ułożył na ziemi. Seria poszybowała wysoko nad cmentarzem i znów karabin wyrwał się z rąk. Szwab szarpnął go, kierując lufę dokładnie w plecy Heńka. Ten zacisnął zęby, modląc się o cud i czekając na kolejną serię. Nic się nie działo. Heniek spojrzał za siebie.

Głowa Niemca leżała bezwładnie na zamku. Z niewielkiego otworu po powstańczej kuli w czole, między oczami, płynęła krew.

Żaden szwab nie odważył się już ustawić karabinu na przedpolu, ale żywą tarczę trzymali, póki nie zrobiło się ciemno. Potem zagonili chłopaków na cmentarz ewangelicki. Poukładali się na grobach, wtulili w pachnącą trawę, żeby złapać choć trochę snu, odespać strach, oszukać głód. Może nawet śnić.

Niektórzy mówią, że nigdy im się nic nie śni. Ci w czasie wojny mają najgorzej.

– Junger Mann, komm schnell! – zbudził Heńka krzyk Niemców. Był zmarznięty i przerażony. Razem z innymi chłopakami zbili się w wielką, nieforemną kupę, obejmując się z całej siły rękami.

– Raus! Ustawić się w kolumnę! – szwab wycelował szmajser.

Cofnęli się.

Po powstaniu w getcie warszawskim

Źródło: Wikimedia Commons CC BY

Kilku żołnierzy podbiegło i kolbami karabinów tłukło Polaków w poparzone wczoraj ręce. Bili bez opamiętania, na oślep, byle zadać dotkliwy ból i zmusić do posłuszeństwa. Wreszcie ta ludzka kula rozpadła się. Wyciągnęli dziesięciu, ustawiając w szereg w poprzek ulicy Żytniej.

– Schnell! Schnell! – pokrzykiwali, zmuszając do biegu przed siebie. Kilku strzeliło w bruk, tuż przy stopach.

Dziesięciu chłopaków.

Pobiegli przed siebie w kierunku Okopowej, tam gdzie wczoraj ostrzeliwały się polskie posterunki. Biegli coraz szybciej, jakby w strachu, że z tyłu Niemcy otworzą ogień. Machali do naszych rękami, wołali po polsku:

– Nie strzelać!

– Warszawa! Warszawa!

– Polacy!

I nagle eksplozja. A kiedy opadł kurz, nie było nawet strzępów ciał. Nie było niczego. Tylko pusta ulica prowadząca w dal.

Na tej ulicy nocą powstańcy rozciągnęli pole minowe.

Nie było już pola minowego.

Z cmentarnej grupy Heńka została jedynie garstka. Niemcy zachowywali się, jakby nie wiedzieli, co z nimi zrobić. Wciąż obowiązywał rozkaz Hitlera o całkowitej eksterminacji, ale jeńcy przydawali się w boju, a karmić nie było trzeba. Jak który padł, to i jeden problem mniej.

Kolejną noc spędzili na cmentarzu. Następnego dnia żandarmi i esesmani wypędzili ich na ulicę. Zeszli do Górczewskiej. Przy Płockiej dołączyła do nich duża grupa chorych i rannych ze Szpitala Wolskiego. Teraz już całą szerokością drogi płynęła wycieńczona masa zrezygnowanych, otępiałych ludzi. Cywile, lekarze, pielęgniarki. Niemcy zabijali słabych, którzy nie mieli siły iść.

Nie wiedzieć kiedy Heniek niósł na drzwiach ciężko rannego, pobandażowanego człowieka. Nawet nie wiedział, czy to kobieta, czy mężczyzna. Oddychał ciężko, a w każdym oddechu było cierpienie. Nieśli go tak, całkowicie bezmyślnie, apatycznie, spoceni sierpniowym słońcem, wycieńczeni głodem i strachem. Heniek ocknął się z marazmu, bo oto zrobiło się cicho.

– Siostrzyczko – szepnął do dziewczyny powłóczącej bosymi stopami. Nie miała bielizny, tylko zarzuconą na ramiona cienką, białą koszulinę. O tym, że jest z personelu szpitala, świadczyła opaska na lewym przedramieniu. – Siostrzyczko – powtórzył Heniek.

Spojrzała.

– Proszę zobaczyć, bo niesiemy go na tych drzwiach, ale to już chyba nie ma sensu…

Bez słowa ujęła rannego za przegub, szukając pulsu.

– Zostawcie, panowie. Nie żyje.

Zostawili go na tych drzwiach na poboczu. I wcale nie było lżej.

Powlekli się w stronę wiaduktu kolejowego przy Górczewskiej. Z bramy spalonego domu wybiegła szlochająca, niemal naga dziewczyna. Porwana halka odsłaniała piersi, do których tuliła malutkie dziecko. Idący za nią Niemiec po prostu strzelił jej w plecy. Nim upadła, zabrał dziecko i rzucił pod najbliższy mur.

Nikt nie zwrócił na to uwagi.

Pod murem zrujnowanego domu, skulony, siedział mały chłopiec. Ze stóp sączyła mu się krew. Spał? Nie żył? Heniek go dotknął.

Drgnął. Otworzył oczy. Wyciągnął rączki. Heniek zarzucił go sobie na plecy jak worek granatów. Targał go do najbliższego postoju. Niemcy też czasem musieli odpocząć. Polacy załapywali się przy okazji. Ułożył małego na trawie na poboczu. Sam zsunął się trochę dalej, gdzie były jakieś grządki czy ogródek. Pazurami wydarł z ziemi kilka patyków marchewki. Otrzepał, ile się dało, i podał małemu.

Nie odzywali się. Nie było nic do powiedzenia.

– Panie – Heniek dostrzegł mężczyznę w długim płaszczu. – Daj pan tę katanę, poniesiemy małego razem. Sam już nie dam rady.

Ułożyli malca jak w kołysce i dźwigali, gdy skończył się postój. Wypatrzył ich esesman. Wyciągnął pistolet z kabury i wycelował w chłopca. Heniek puścił płaszcz i chwycił za lufę.

– Nie strzelaj do chłopca! – wrzasnął z całej siły. – Dziecko nic ci nie zrobiło, bydlaku jeden! – nie zdążył się zastanowić, co robi, nie myślał. Zadziałał odruch, a potem było już za późno. Stał, trzymając pistolet wycelowany prosto w jego brzuch. Stał i patrzył Niemcowi prosto w pysk.

I nie stało się nic.

Tamten schował broń. Mówił coś, odchodząc, ale Heniek nie zrozumiał już ani słowa. Schylił się po poły płaszcza.

– Sam pan go targaj, jakżeś taki kozak, ja chcę żyć!

Heniek znów wsadził szkraba na plecy. "Kalwaryjska droga" – tłukło mu się po głowie kompletnie bez sensu czy może proroczo, bo doszli do jakichś zabudowań, chyba otoczonych drutem czy może siatką. Blisko wejścia pojawiła się zakonnica w szarym habicie. Heniek odłączył się od swojej procesji, żeby ułożyć malca na trawie, jak najbliżej sióstr. Poganiany przez Niemców wrócił do kolumny.

Starał się nie patrzeć za siebie.

Na noc zagonili ich za jakieś ogrodzenie. Przespali do świtu, wtedy znowu zbudził ich niemiecki wrzask. I znów Niemcy zarządzili zbiórkę mężczyzn, a oni zbili się w ciasne grupy, i znów kolbami żołnierze rozbili te grupy, ustawiając jeńców w dziesięć grup po dziesięciu.

Poszli palić zwłoki.

A trupów były dziesiątki tysięcy. To liczba, której nie można sobie wyobrazić. Bo wyobraźnia opiera się takiej matematyce.

Dzień znów zrobił się upalny. Żar walił z nieba, utrudniając oddychanie. Miasto płonęło. Wokół unosił się wściekły smród gnijących ciał. Około południa zmieszał się z mdłym odorem spalenizny. Ludziom zbierało się na wymioty. Na nasypie kolejowym przy Moczydle leżały stosy tlących się trupów. Nie paliły się, ale właśnie tliły. Puchły od żaru, jakby oddychały. I tylko co chwila skądś wyskakiwał taki malutki niebieski ogieniek, jak na kościelnym ołtarzu, i znikał, żeby po chwili pojawić się znów zupełnie nieoczekiwanie w innym miejscu. Heniek patrzył na te uciekające, tańczące płomyczki jak zahipnotyzowany.

Tak dopalało się życie.

To więcej niż zobaczyć śmierć.

Na Dworcu Zachodnim wsadzili ich do pociągu i powieźli do Pruszkowa. Potem pociągi przestały jeździć… "ludność cywilna, chorzy i ranni przedstawiali widok bardziej posępny, choć równie poruszający. Dwa wielkie strumienie istot ludzkich, każdy w liczbie kilkuset tysięcy, płynęły w kierunku dwóch niemieckich obozów przejściowych, które hitlerowcy założyli w Ursusie i w Pruszkowie. Brudni, wycieńczeni, głodni i zdezorientowani ludzie musieli przejść pieszo od piętnastu do dwudziestu kilometrów. Kobiety miały na rękach niemowlęta i dzieci. Mężczyźni nieśli na plecach chorych i starców.

Chwiejący się na nogach opiekunowie podtrzymywali swoich chwiejących się na nogach podopiecznych. Wychudzeni, oślepieni, krwawiący, pokryci bandażami lub kulejący ranni wspierali jeden drugiego. Zaimprowizowane wozy i sklecone byle jak nosze uginały się pod ciężarem osób niezdolnych do marszu, sparaliżowanych lub konających. Godzina po godzinie, dzień po dniu ta masa ludzkiego cierpienia przesuwała się z wolna naprzód pod czujnym okiem uzbrojonych niemieckich straży. Tym, którzy wybrali boczne ulice albo po prostu oddalili się od kolumny, udało się uciec. Tych, którzy gwałtownie próbowali się z niej wyrwać, wyłapywano.

Większość myślała tylko, aby iść naprzód – aż do niepewnego celu. Zostawiali za sobą niezliczonych poległych".

Ten naprędce stworzony obóz funkcjonował na terenie Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego w Pruszkowie. Heniek, popychany i bity kolbami niemieckich karabinów, wypadł z wagonu na peron. Nie ruszał się. Oficer przystawił mu do głowy lufę pistoletu. Coś krzyczał, ale w zamieszaniu nikt nie rozumiał jego słów. Wreszcie machnął ręką.

Heniek odzyskał przytomność. Ktoś pomógł mu wstać, doprowadził do baraku.

W Pruszkowie został cały dzień i całą noc. Potem znów wsadzili go do pociągu.

Stacja końcowa: AL Namslau, podobóz obozu koncentracyjnego Gross-Rosen.

Źródło: Materiały prasowe