Marcin Gienieczko budzi skrajne emocje. W świecie polskich podróżników jest uważany za oszusta, który stracił prawo do Rekordu Guinessa i odebrano mu wyróżnienie z gdyńskich Kolosów. Z kolei Polski Komitet Olimpijski dał mu drugą szansę. Sam uważa, że został „wyklęty”, bo nie umie trzymać języka za zębami i mówi co myśli. O kontrowersjach wokół niego powiedziano już chyba wszystko. Ta historia dla Gienieczki jest kolejną trudnością, z którą musi sobie poradzić w drodze na biegun.

Ostatnią Pana wyprawą był podwójny trawers niedostępnych Gór Mackenzie. Skąd pomysł na „tam i z powrotem” w Kanadzie?

Już 10 lat temu wędrowałem Górami Mackanzie. W 2007 r. podjąłem próbę przejścia ich zimą, od Ross River do Norman Wells. Chciałem przejść „continental divide”, od zlewiska Pacyfiku po Ocean Arktyczny. To swojego rodzaju „przejście na drugą stronę”. Byłem zafascynowany, bo wiedziałem, że to jedno z najtrudniejszych na świecie miejsc do eksploracji zimą.

Byłem tam już wcześniej. W 2005 r. przepłynąłem Rzekę Mackenzie w canoe i zatrzymałem się w miasteczku Norman Wells. Wówczas ktoś wskazał palcem na góry i powiedział, że tam ciągnie się szlak Canadian Oil. W 1945 r.
Amerykanie zbudowali rurociąg od Rzeki Mackenzie do rafinerii White Horse na Jukonie. To było związane z zapotrzebowaniem na paliwo w czasie drugiej wojny światowej. Ten rurociąg funkcjonował tylko przez dwa lata. Po wojnie rurociąg padł. Mimo to w górach zbudowano trakt, którym wówczas nawet samochody mogły przejechać. Teraz trochę trudno w to uwierzyć.

Źródło: Archiwum prywatne

Ta historia mnie zafascynowała i postanowiłem przejść ten szlak zimą. Niestety misja mi się nie powiodła. Przegrałem z powodu zbyt małego doświadczenia i braku wiedzy związanej z taką formą eksploracji. Pokonał mnie śnieg, który praktycznie cały czas sięgał po pas, ale także kontuzja mojego partnera Macieja Majerskiego. Inaczej jest w Arktyce. Na biegun północny czy południowych idzie się ciągnąć sanie po ubitym śniegu (lodzie). Z kolei w subarktyce śnieg jest miękki.

W 2011 r. samotnie przeszedłem 246 km w Górach Mackenzie ze specjalnie skonstruowanym wózkiem a później spłynąłem Pelly River, czyli jednym z dopływów Jukonu. Od tamtego czasu pomysł trawersu siedział mi w głowie.
Aby osiągnąć cel postanowiłem wyczyścić wszystkie niedokończone sprawy i porażki mojego życia. Na biegun chcę iść w tę i z powrotem. Patronat honorowy objął PKOL.

Źródło: Archiwum prywatne

Dlaczego podwójnie? Nie wystarczy po prostu dojść do celu?

Większość ludzi jest usatysfakcjonowana z osiągnięcia celu. Mnie motywuje myśl, że nie chodzi tylko o zdobycie czegoś. Trzeba to też obronić. Gdy Amundsen zdobywał biegun południowy w 1911 r. to musiał przecież wrócić. Te wszystkie polarne powroty były zdecydowanie trudniejsze. Scott zginął w wyścigu z Amundsenem na biegun właśnie podczas powrotu. Dlatego chcę osiągnąć cel i wrócić. Góry Mackenzie były częścią moich przygotowań. Ważne jest też, że to było pierwsze takie przejście Polaka. To było przejście o charakterze sportowym docenione przez PKOL.

Co to znaczy?

Założenie było takie, że w jedną stronę, czyli 610 km, idę samotnie i bez pomocy z zewnątrz. Przy tym nie byłem pierwszym, który to przeszedł. Cały czas ciągnąłem specjalnie skonstruowany wózek. Wiadomo, że na trasie 610 km człowiek nie może mieć wszystkiego w plecaku. W środku Gór Mackenzie jest osada myśliwska z helikopterem i można załatwić sobie zrzuty żywności w umówionych miejscach. Ja natomiast zabrałem wszystko na ten wózek.

Szedłem przez 25 dni non stop po 14 godzin marszu dziennie. Gdy dotarłem do Norman Wells miałem problemy z ramionami i zakażeniem. Na jednej z przełęczy dwukrotnie spadłem z osuwiska i ramiona bardzo mocno mi się obtarły od plecaka. Lekarze w Norman Wells zabronili mi powrotu. Ja natomiast cały czas miałem w głowie Antarktydę. Pomyślałem, że jeżeli pęknę, to znowu pojawi mi się bariera psychologiczna i będzie kiepsko. Po 4 dniach leczenia powróciłem. Ruppert Dock, który towarzyszył mi w drodze powrotnej, został przeszkolony w szpitalu w Norman Wells. Dzięki temu poszliśmy z powrotem, co zajęło nam kolejnych 16 dni. Łącznie 990 km pieszo tyle ile na Biegun Północny.

Źródło: Archiwum prywatne

A jaki dokładnie ma Pan plan na biegun? To ma być trawers Antarktydy, czyli przejście przez kontynent w poprzek, czy przejście do bieguna i powrót?

Są dwie możliwości. Całą wyprawa na biegun to łącznie 2400 km. To jest 1130 km w jedną stronę, do których dołożyć trzeba jakieś 70 km na omijanie szczelin i różnych przeszkód. W 2016 r. Henry Worsley próbował przejść Antarktydę. On był żołnierzem SAS, brytyjskich sił specjalnych. Zabrakło mu 30 km, dostał zapalenia otrzewnej i zmarł po przewiezieniu do szpitala.

Chciałbym albo przejść przez całą Antarktydą przez biegun jego trasą, albo dojść na biegun i wrócić. Obie wersje mnie interesują. Na chwilę obecną, uwzględniając potężne wyzwanie logistyczne, które wiąże się z eksploracją Antarktydy, to na 70 proc. będzie to przejście na biegun i z powrotem bez pomocy z zewnątrz w czasie marszu.

Od strony organizacyjnej będzie pomagać mi oczywiście Antarctic Logistics, czyli jedyna firma, która obsługuje Antarktydę. To jest też potężne przedsięwzięcie finansowe. Przejście gór Mackenzie było jednym z etapów przygotowań.

Źródło: Archiwum prywatne

W Pana przygotowanie fizyczne nie wątpię. Ludzki organizm jest zdolny do rzeczy niezwykłych, ale jak Pan układa sobie to w głowie. Przekonuje się do kolejnego kroku i kolejnej wyprawy.

Tak to jest w dużej mierze głowa. Mam dwóch synów, Leona i Igora w wieku 5 i 7 lat. Urodziłem się w bloku w Kętrzynie. Mama zarabia niedużo jako asystentka stomatologa, a tata pracuje w zarządzie dróg. Zawsze wiedziałem, ze pewnych rzeczy się nie dorobię, choć dla pieniędzy pływam na statkach, na dużych barkach na Renie. Trzy razy do roku spędzam po 30 dni na barce i w ten sposób zarabiam na życie.
Mój syn ostatnio biegł w Biegu Niepodległości. Podczas zawodów upadł, ale wstał i pobiegł dalej. To mnie uderzyło, że on się nie poddaje. Takie sytuacje w każdej chwili mogą się zdarzyć na Antarktydzie. W trakcie 44 dni marszu w Górach Mackenzie miałem wiele takich chwil. Miałem oczywiście telefon satelitarnych. W każdej chwili mogłem poprosić o pomoc i wycofać się, ale wiedziałem, że to wszystko rozwiązuje się w głowie i nie dopuszczałem do siebie możliwości, żeby coś złego zakiełkowało mi w głowie.

Skoro mówimy o psychice, to na ile historia z Amazonką i odebranie rekordu było dla Pana ciosem? Nie stracił Pan motywacji?

Po pierwsze, ja nie mam sobie nic do zarzucenia, bo na Amazonce wszystko zrealizowałem zgodnie z założeniami projektu. Po 8 miesiącach zostałem nagrodzony przez World Record Guiness i podróżniczą nagrodą „Kolosy”. Przede mną inni też otrzymali te nagrody bez spełnienia jakichkolwiek kryteriów. Uczestnik musiał rozpocząć i skończyć w tym samym roku wyprawę. Według regulaminu. Nie było ich w programie, a nawet w broszurze prelegentów . Dla mnie to było bulwersujące. Nie mogłem tego przemilczeć. Zgłosiłem to do Prezydenta Miasta Gdyni, dlatego stałem się celem nagonki. Nie dostałem żadnej odpowiedzi.

Po drugie, po konsultacji z przedstawicielami World Record Guiness nikt nie zabronił mi posługiwać się tytułem ani nie kazał mi zwracać certyfikatu.
Po trzecie, rzeczywiście bardzo mocno podcięło mi to skrzydła, bo wiedziałem co zrobiłem i co osiągnąłem. Strasznie to mnie zabolało ale równocześnie wywołało chęć dalszej walki.

Tyle, że w tej chwili ja nie walczę z ludźmi, ale sam ze sobą. Jeżeli przegram, jeżeli ktoś mnie pokona to tyko ja sam. Mogę po prostu machnąć ręką i powiedzieć, że już nie warto. Usiąść i wybrać łatwe życie. Niedługo płynę znowu na Ren. Zarobię pieniądze, wszyscy są zadowoleni i tyle. Ale powiem szczerze, że gdyby PKOL otwarcie i mocno mnie nie poparł, pewnie bym zrezygnował z próby przejścia Antarktydy, bo nie wierzyłbym w jej sens.

Źródło: Archiwum prywatne

Czyli jak rozumiem, historia kontrowersji wokół Amazonki była na tyle dużym ciosem dla Pana, że zastanawiał się Pan nad ciągiem dalszym i rozważał Pan rezygnację z Antarktydy?

Dokładnie tak. Moja żona pracuje w korporacji. Wiem jak to wygląda. Też mógłbym to robić, ale ja tak żyć nie chciałem. Ja naprawdę mogę wybrać zwykłą pracę i normalnie egzystować, ale pozostaję wierny sobie. Cały czas widzę światło w tunelu i wierzę, że przeciwności można pokonać… trochę się nakręciłem, ale ja to przeżywam. Reinhold Messner zawsze mówił, że eksploracja to padnij – powstań. Tu samemu trzeba poradzić sobie ze sobą i swoimi słabościami. Ułożyć sobie wszystko w głowie.

Ja wiem co zrobiłem w Amazonii, co potrafię i jakie mam możliwości. Ja jestem bardzo ambitny i udowodnię, co mogę osiągnąć.
Teraz skupiam się na biegunie. Historia wokół Amazonki wywołuje u mnie sportową złość. Teraz dobrze rozumiem gest Kozakiewicza.

Teraz Pan czuje złość, jest Pan nakręcony, ale w którym momencie człowiek dochodzi do wniosku, że już się dalej nie da i zawraca?

Zawraca się w chwili, gdy nie wierzy się w przyszłość. W moim przypadku to chyba tylko w chwili, gdybym złamał nogę.
Jest jeszcze jedna możliwość. Zawsze jest ze mną kontakt satelitarny. Gdyby żona zadzwoniła i powiedziała, że coś dzieje się z dzieckiem, to decyzja pewnie zajęłaby mi ze 3 minuty. Zadzwoniłbym po śmigłowiec, żeby mnie zabrał. Wtedy bym zawrócił. Muszę przy tym dodać, że w domu mam duże wsparcie. Moja żona jest moim największym sponsorem psychologicznym.
W Góry Mackenzie pojechałem, żeby sprawdzić siebie, sprzęt ale także po to, żeby czyścić głowę. Chciałem uporać się też ze sprawą Amazonki, ale również z myślą o porażce w górach w 2007 r.

Źródło: Archiwum prywatne

Większość czasu szedł Pan sam…

Tak, 610 km w jedną stronę i tylko w osadzie Godlin Lakes spotkałem ludzi. Po 16 dniach.

To jest dużo czasu na myślenie. O czym Pan myśli w tym czasie?

W pewnej chwili podzieliłem drogę na dwa etapy. Droga Zmartwychwstania i Droga Zbawienia. Może to brzmi abstrakcyjnie, ale każdy ma swoją ideologię. Na pewnym etapie życia pogubiłem się. Straciłem wartości wpojone przez rodziców i odizolowałem się. Teraz nawiązałem bliskie relacje z Bogiem. Zacząłem modlić się i zrobiłem wiele przyrzeczeń dla Boga, dla siebie i dla moich bliskich. Gdy dochodzę do punktu krytycznego mówię sobie, że wypełnię obietnicę i nie cofnę się. Do tej pory wiem, że to wykonuję. Obiecałem Bogu ze w każdą niedziele będę chodził do kościoła z synami. Do tej pory tak nie było.

Gdy doszedłem do obozu myśliwskiego Godlin Lakes poczułem odprężenie. W takim cywilizowanym miejscu nie można być dłużej niż 2 dni dlatego, że człowiek oswaja się z zapachem cywilizacji, ciepłem, poczuciem bezpieczeństwa. Nie musi się kontrolować i zastanawiać się, czy w nocy przyjdzie Grizzly. Góry Mackenzie to najdziksze tereny w jakich byłem. Ziemia północy jest zdecydowanie bardziej dzika niż ziemia południa. Twardsza gleba jest trudniejsza do życia niż miękka gleba na południu. W takiej sytuacji cywilizację trzeba szybko opuścić, zanim człowiek zmięknie. Ja, na szczęście, tylko jeden byłem dzień w tej osadzie.

Ale wróćmy do tego, co dzieje się w głowie przez 14 godzin codziennego marszu. O czym Pan w tym czasie myśli?

Dla mnie plan 14 godzin marszu dziennie był zbawienny, bo byłem tak zmęczony, że natychmiast zasypiałem. Dzień to był świt i zmierzch, a po środku tylko krok za krokiem. Na początku człowiek myśli o rodzinie, o życiu. Zastanawia się, czy jest dobry, czy nie? Co spieprzył, a czego nie?

Codziennie o 12.30 robiłem przerwę na posiłek. Przy sobie miałem dwa nadajniki. Jeden co 10 minut automatycznie dawał sygnał, że żyję, a drugi był tego fizycznym potwierdzeniem. W ciągu 25 minut jadłem suchy prowiant i naciskałem przycisk tego drugiego nadajnika. Chodziło o to, że gdyby coś mi się stało, to ten pierwszy i tak mógłby nadawać, a tak było fizyczne potwierdzenie mojej obecności.

W chwili przerwy człowiek mięknie. Parę razy zaczynałem wrzeszczeć, czy jakoś tak wewnętrznie płakać. Chciałem wyrzucić z siebie emocje. Człowiek zastanawia się po co to wszystko, cała ta walka, przecież można inaczej… W takich chwilach przypominam sobie Aertona Sennę, którego brazylijscy dziennikarze pytali, po co dalej się ściga skoro trzeci raz zdobył tytuł mistrza świata Formuły 1. Kierowca odpowiedział, że to jest jak narkotyk i nie umie przestać. Myślę, że na tym etapie jestem już uzależniony. Ten narkotyczny demon wędrówki jest już silniejszy od wszystko innego.

Źródło: Archiwum prywatne

Pan uważa się za sportowca, czy to nie ma znaczenia?

Dla mnie to ma znaczenie. Od dzieciństwa grałem w tenis stołowy. Do kontuzji kolana w wieku 17 lat uprawiałem sport. Marzyłem o olimpiadzie. Wychowałem się na Andrzeju Grubbie. Sport indywidulany zawsze był mi bliski. Pociągał mnie aspekt fizyczności i zmęczenia.

Długo imponował mi też podróżnik i polarnik Marek Kamiński, który powiązał eksplorację z fizycznym wyzwaniem. Łączyłem poznawanie świata, eksplorację i fizyczność. Skończyłem szkołę dziennikarską, miałem program w Radiu Olsztyn i pisałem reportaże, ale z czasem wróciłem do korzeni sportowych korzeni. Kiedy poparł mnie PKOL zrozumiałem, że samo jeżdżenie po świecie dla jeżdżenia już mnie nie interesuje.

Teraz bliższe jest mi podejście Artura Hajzera, który powiedział, że dla niego góry były wyzwaniem sportowym – wejść, zaliczyć i wrócić. W moim przypadku to się obudziło cztery lata temu i do tego stopnia, że teraz moim celem są wyczyny. W trakcie tych wyczynów ciągle zdobywa się odpowiedź o granicę możliwości człowieka.

Gdzie w tym wszystkim jest miejsce dla pokory?

Ja już poniosłem tyle porażek… W wieku 17 lat musiałem porzucić tenis stołowy. W wieku 19 lat postanowiłem objechać Polskę na rowerze, ale to był rok 1997, czyli powodzie. Musiał przerwać podróż i wrócić z rowerem pociągiem do domu. Ja się jednak nie poddaję. Pasja, pasja, pasja, jak pisał Ryszard Kapuściński. Ja musze mieć swoją pasję. Przetrwa ten, który stworzy swój świat.

Pokora jest bardzo ważna żeby zrozumieć, że świat to nie ja. Czasami trudno to przedstawić komuś, kto mnie nie zna. Ja chciałbym osiągnąć cel…
Wspomniał Pan o roli żony, rodziny, ale ile czasu w ciągu roku spędza Pan poza domem?
To jakieś pięć miesięcy w roku, jeżeli doliczymy te moje barki – tankowce na Renie. Co roku muszę swoje odpływać, żeby utrzymać uprawnienia, bo to jest praca o podwyższonym poziomie ryzyka. Na szczęście moim bliscy to rozumieją. Gdyby pojawił się jeszcze wewnętrzny, emocjonalny bałagan to pewnie stałoby się to niemożliwe.

DCIM\100MEDIA

DCIM\100MEDIA

Źródło: Archiwum prywatne

Rozmawiamy o wysiłku fizycznym, sile psychicznej, ale przecież tego wszystkie nie da się robić bez rzeczy tak przyziemnej, jak wsparcie finansowe. Przecież sam lot na Antarktydę kosztuje jakieś 70 tys. dolarów.

Cała wyprawa na Antarktydę będzie kosztować ok. 400 tys. zł i trzeba te pieniądze znaleźć. Jedynym narzędziem jest tutaj siła perswazji a w moim przypadku, po historii z Amazonką, jest to podwójnie trudne. Ktoś wejdzie do internetu i od razu pomyśli: „Oszust! Może fajny facet, ale oszust. Wizerunkowo to może nie być dobry pomysł.” Oczywiście to zależy od ludzi, z którymi rozmawiam, bo nie wszyscy też kochają tych, którzy mnie nienawidzą. Jedno chcę jednak postawić jasno – ta historia z przeszłości na pewno życia nie ułatwia.

Żeby załatwić pieniądze trzeba mieć osobę wprowadzającą, która najpierw zaufa, a później przekona potencjalnego sponsora, że warto z danym człowiekiem rozmawiać. Przy dużym projekcie rozmowy trwają od jednego do siedmiu miesięcy. Za mną nie stoi żadna organizacja ani fundacja. Ja sam rozmawiam i sam przekonuję. Mówię od serca i przekazuję moją pasję, a czy Pan mi uwierzy, to już inna sprawa.

Dla mnie najważniejsze jest spotkanie. Ja nigdy nie wyślę maila i nie będę biernie czekał na reakcję. Będę parł do celu. Jak miałem 22 lata siedziałem w bazie pod Mont Everestem. Wtedy wspinał się tam człowiek bez nóg i powiedział coś, co na zawsze zapamiętałem: „To ty się tam wspinasz i idziesz do góry, a nie góra idzie do ciebie.” To ja muszę dojść do swoich celów. W końcu nawet najlepsi aktorzy chodzą na casting.

Źródło: Archiwum prywatne

Ma Pan poparcie PKOL-u dla wyprawy na Antarktydę. Co to dla Pana znaczy?

Czuję się reprezentantem Polski. Wyprawa na Antarktydę organizowana jest na 100-lecie PKOL w 2019 r. Moi oponenci zwrócili się do Komitetu, żeby odebrać mi ten patronat. Rozpędzili się na tyle, że nawet to chcieli zrobić. Na szczęście, im się nie udało. Skutek jest wręcz odwrotny od tego, który chcieli osiągnąć. Koło się zamknęło. Kiedyś, gdy grałem w tenis stołowy, to marzyłem o olimpiadzie i reprezentowaniu kraju. Teraz do zrobię i dlatego znaczek PKOL-u jest dla mnie tak bardzo ważny.

Jak wyglądać będą Pana dalsze przygotowania do wyprawy?

W połowie kwietnia planuję trawers Grenlandii. Znowu w tę i z powrotem. To lądolód podobny do tego, co czeka mnie na Antarktydzie. Od polskiego środowiska odizolowałem się. Nie chcę mieć z nimi nic wspólnego. Dlatego robię to z Norwegami, którzy są najlepszymi polarnikami na świecie. Dla Norwegów 2018 jest bardzo ważnym rokiem z uwagi na rocznicę przejścia Grenlandii przez Nansena w 1888 r.

Bez tego doświadczenia nie mogę iść na Antarktydę. To wielkie przedsięwzięcie i 1200 km do przejścia. Do tej pory nikt nie dostał jeszcze pozwolenia na wyprawę w obie strony. W tym roku organizują to Norwegowie właśnie z uwagi na rocznicę Nansena i ja się z nimi dogadałem.
Będziemy szli we trzech lub czterech, lecz najlepszy układ zawsze jest parzysty. W przypadku napięć układ dwóch na jednego jest bardzo niebezpieczny w eksploracji. Dlatego z powodów psychologicznych zazwyczaj idzie się z partnerem lub w grupach parzystych. Z tego powodu Norwegowie szukali jeszcze jednego uczestnika wyprawy.