Jurny psubrat, męska dziwka, stary pijak – to wyzwiska słyszane wyłącznie pod budką z piwem? Niekoniecznie. Te i tym podobne obelgi były powszechnie stosowane przez polityków w starożytnych Atenach w celu zdyskredytowania oponenta. Antyczna Grecja - kolebka zachodniej cywilizacji i demokracji – dziś kojarzy się nam głównie z pięknem, sztuką i wysoką kulturą. Ma jednak również inne, „politycznie niepoprawne” oblicze. O pijackich imprezach greckich arystokratów, obsceniczności w ateńskim teatrze, roli inwektyw w walce politycznej oraz o pysze władzy, która zawsze była karana przez bogów rozmawiamy ze starożytnikiem - prof. Markiem Węcowskim z Uniwersytetu Warszawskiego.

Joanna Mikos: Coraz bardziej skarżymy się na obrzydliwość polskiej polityki - nieustające obelgi, personalne wycieczki. Mam jednak wrażenie, że w kolebce demokracji, starożytnych Atenach, było gorzej. „Złodziej”, „jurny psubrat”, „męska dziwka” – to tylko przykładowe inwektywy, jakie można było usłyszeć w tamtejszym parlamencie. Dlaczego to wtedy nikogo nie raziło?

Prof. Marek Węcowski: W demokracji ateńskiej inwektywa była bardzo ważnym elementem walki politycznej. Stwierdzenia typu „jesteś bękartem, twoja matka nie prowadziła się zbyt dobrze, a tak w ogóle to jesteś synem trackiego niewolnika” były na porządku dziennym. Nie traktowano ich zresztą zbyt poważnie. Problem jednak w tym, że starożytni Grecy mieli inne standardy uprawiania polityki. Porównując je ze współczesnymi, faktycznie były one bardzo niskie. Do tego stopnia, że były niskie nawet tam, gdzie spodziewalibyśmy się wysokich standardów np. w polemice między filozofami.

Rzeczywiście, gdy czytamy w źródłach, że np. filozof Krates w odpowiedzi na pytanie swego kolegi po fachu Stilpona „puścił wiatr”, możemy doznać szoku. Wracając jednak do polityki. Skąd taka powszechność brutalnych ataków wobec politycznych przeciwników?

Wynikało to z tego, że główną wskazówką, a nawet przykazaniem dla ateńskiego polityka, była zasada, którą można mniej więcej streścić zdaniem: „po pierwsze, trzeba szkodzić swoim wrogom, a po drugie - czynić rzeczy dobre dla swoich przyjaciół”. Innymi słowy, to co obecnie jest definiowane jako korupcja czy nepotyzm, było postrzegane jako naganne tylko w niektórych, skrajnych sytuacjach.

W jakich konkretnie?

Na przykład, kiedy dochodziło do malwersacji publicznych pieniędzy. Natomiast to, że brutalnie promuje się swoich na różne stanowiska i równie brutalnie szkodzi się konkurentom wszędzie, gdzie to możliwe, było w demokracji ateńskiej rzeczą zupełnie zrozumiałą. Powtarzam jednak, że w naszej demokracji obowiązują inne standardy i dlatego słusznie oburzamy się na naszych polityków.

„Promować za wszelką cenę swoich, szkodzić wrogom wszędzie, gdzie się da”. Jak ulał pasuje mi to do sytuacji w Polsce Anno Domini 2017. Pytanie tylko, gdzie w tym miejsce na wspólną patriotyczną pracę dla dobra państwa czy ojczyzny.

Problem polega na tym, że badacze polityki ateńskiej nie są do końca przekonani, czy w tamtejszych czasach można mówić sensownie o patriotyzmie. Innymi słowy, czy zasada by „promować przyjaciół, a niszczyć wrogów w polityce wewnętrznej” nie działała tak silnie, by niektórzy politycy, szczególnie członkowie najściślejszych ateńskich elit arystokratycznych, nie czuli się bezwarunkowo związani lojalnością wobec własnej ojczyzny. Najsłynniejszym tego przykładem jest Alkibiades - jeden z najwybitniejszych polityków ateńskich, kuzyn i wychowanek Peryklesa.

Ten uzdolniony strateg nie cieszył się zbytnią sympatią Ateńczyków, ze względu na zarozumiałość i wystawny tryb życia.

Tak. W pewnym momencie swej kariery, w trakcie wojny Aten ze Spartą, uciekł do wrogiej Sparty zagrożony bezprzykładną kampanią oszczerstw ze strony swoich politycznych przeciwników w Atenach. W Sparcie służył wrogom jako doradca wojskowy. Jego wiedza przyczyniła się w znacznym stopniu do ostatecznej porażki Aten w wojnie peloponeskiej.

Pozwolono mu jednak powrócić z wygnania. Ze Sparty podobno musiał się wynieść m.in. z powodu uwiedzenia żony spartańskiego króla - Agisa II.

Ateńczycy nie tylko pozwolili mu na powrót, ale wręcz owacyjnie powitali go w Pireusie, ateńskim porcie. Uznali bowiem, że warto tak znamienitego wodza przyjąć do siebie. Dla ludzi współczesnych jest to niezrozumiałe. Dla nas Alkibiades jest zdrajcą ojczyzny, szkodnikiem. Ateńczycy zastosowali wobec Alkibiadesa inne standardy, wobec których proste pojęcie patriotyzmu zdaje się nie mieć zastosowania. Chociaż z drugiej strony i dzisiaj bezlitosne prześladowanie politycznego przeciwnika, który przecież mógłby zrobić wiele dobrego dla swojej ojczyzny, wydaje się niektórym politykom aktem patriotyzmu. Może więc nie jesteśmy tak odlegli od niskich ateńskich standardów w naszych czasach. „Szkodzić za wszelką cenę wrogom i promować przyjaciół” - to dzisiaj znów najważniejsze przykazanie polskiej polityki.

Ateńczycy nie byli więc prawdziwymi patriotami?

Na pewno byli przywiązani do swojej ojczyzny, potrafili jej bronić za cenę życia. Jednakże współczesnej kategorii patriotyzmu nie można odnosić w prosty sposób do ich świata. Wróćmy do współczesności. Pytanie czy brutalne działania, pozwalające zniszczyć wewnętrznych konkurentów do władzy, ale mogące zaszkodzić ojczyźnie w dłuższej perspektywie, są aktem patriotyzmu czy też nie, jest bardzo zasadne. Odpowiedź na nie zależy jednak pewnie od tego, kogo zapytać.

Pewnie zależy też od tego czy pytamy przed, czy po wyborach. Dziś PiS twierdzi, że wymiana kadr to akt patriotyzmu. PO, że to psucie państwa. Po kolejnych wyborach może być odwrotnie.

Prawdopodobnie w starożytności było podobnie. Każdy myślał o sobie jako o patriocie, używając dzisiejszego języka, i był przekonany, że niszczenie swoich wrogów to to samo, co niszczenie wrogów ojczyzny. Promowanie zaś swoich na stanowiska to obsadzanie urzędów państwowych dobrymi patriotami. Powtórzmy jednak, że nasze współczesne pojęcie patriotyzmu, obowiązujące w każdym razie do niedawna, jako wartości każącej wznosić się niekiedy ponad polityczne podziały dla wspólnego dobra ojczyzny, sprawia, że kiedy tego typu zachowania widzimy dzisiaj, musimy je uznać albo za hipokryzję, albo za ślepotę.

Jak to było z wolnością słowa w greckim teatrze? Obecnie mamy burzliwą dyskusję na temat inscenizacji „Klątwy” Wyspiańskiego w Teatrze Powszechnym. Mówi się o obrazie uczuć religijnych, papieża. Tymczasem w ojczyźnie teatru – starożytnej Grecji, prowokacja i obscena była powszechna np. w komediach Arystofanesa. Przypomnijmy, że teatr grecki był państwowy, a sztuki wystawiano z okazji religijno-państwowych świąt ku czci boga Dionizosa.

To ciekawe pytanie. Analogie nasuwają się same. Trzeba jednak powiedzieć, że w Atenach mamy pewne świadectwo, że być może doszło do jednej próby wprowadzenia cenzury w teatrze. Mogło to mieć miejsce w latach 40. V wieku p.n.e. Ateńczycy prowadzili wtedy szczególnie niebezpieczną dla nich wojnę. Być może zakazano wtedy, tylko na chwilę, śmiać się z polityków z teatralnej sceny. Chodziło zapewne o obronę dobrego imienia Peryklesa. Nie jesteśmy jednak do końca pewni, czy miało to miejsce, a jeżeli nawet, to zakaz ten obowiązywał tylko przez krótki czas.

Sztuka

Sztuka "Klątwa" wystawiana w Teatrze Powszechnym wzbudziła liczne kontrowersje.

Autor: Magda Hueckel

Źródło: Teatr Powszechny / Mat. prasowe

W jednej z komedii Arystofanes przedstawia żonę Peryklesa jako burdelmamę. W innej mówi o wypływowym polityku Kleonie: „Nigdy się jeszcze nie urodził w Atenach taki łotr i złodziej”. Ostrze satyry nie omijało nawet bogów. Mam tu na myśli defekującego Dionizosa.

To prawda, że w ateńskim teatrze wyzywano polityków od najgorszych. Można było również nadszarpnąć wizerunek boga, tak jak to zrobił Arystofanes z Dionizosem w „Żabach”. Dozwolone było także epatowanie wulgaryzmami, skatologią, rozpasaną erotyką. Komedia grecka jest jednak zjawiskiem bardziej złożonym, niż się to z pozoru wydaje. Mamy w niej do czynienia z dwiema perspektywami. Z jednej strony taki Arystofanes np. w „Żabach” przekazuje obraz frywolny i wulgarny, a jednocześnie w tej samej komedii spotykamy głębokie myśli filozoficzne, subtelne religijne refleksje. Takie drugie dno jest obecne w każdej niemal greckiej komedii. Działo się tak dlatego, że kultura grecka od czasów archaicznych, czyli przed wojnami perskimi, miała w dużej mierze arystokratyczny charakter. Na samym początku głównymi jej twórcami i odbiorcami kultury byli właśnie arystokraci.

Do greckiego teatru przychodzili jednak nie tylko najbogatsi i najlepiej wykształceni.

Naturalnie. Dla rozwoju greckiego teatru istotny był fakt, że greckie społeczeństwo było bezstanowe. Nie było prawnej różnicy pomiędzy arystokratą a innym obywatelem. Wszyscy obywatele stanowili społeczność w rodzaju polskiej szlachty w I Rzeczypospolitej. W związku z tym, w epoce archaicznej niemal każdy myślał o sobie jako o potencjalnym arystokracie. Jeżeli odniesie sukces, dołączy do arystokracji. Wyznacznikiem prestiżu nie był jednak majątek, tylko wykształcenie i kultura. Prawie każdy obywatel starał się więc uczyć dzieci kultury arystokratycznej. Była ona po prostu przepustką do dobrego towarzystwa. Dlatego każdy grecki poeta czy artysta tworzył jednocześnie dla publiczności elitarnej i masowej. Z tego powodu w każdym prawie literackim dziele znajdujemy zarówno elementy kultury popularnej jak i wysokiej.

Celem greckiego teatru komediowego nie była więc tylko rozrywka?

Zarówno komedia Arystofanesa, jak i najbardziej krwawe i ponure tragedie Eurypidesa czy Sofoklesa miały sprowokować widownię do myślenia. Miały postawić publiczność w sytuacji konfliktu idei, konfliktu wartości. Autorzy sztuk nie dawali żadnych recept na właściwe postępowanie, nawet wobec bogów. Widzowie mieli sobie wyrobić własne zdanie.

Problemem „Antygony” Sofoklesa jest przecież starcie dwóch różnych systemów wartości, dotyczących państwa i bogów. Żaden z nich nie jest po prostu lepszy od innego. Możemy sympatyzować z biedną, skrzywdzoną buntowniczką Antygoną, ale wcale nie ma gwarancji, że Sofokles nie sympatyzował z państwotwórczym tyranem Kreonem. Chodzi o to, że na scenie obserwujemy konflikt dwóch racji. Żadna z nich nie jest lepsza niż druga. To my – publiczność – musimy wybrać.

Wulgarność, obrazoburstwo mają więc w teatrze głębszy sens?

Nie mogę się wypowiadać na temat inscenizacji „Klątwy” Wyspiańskiego, bo nie widziałem tego spektaklu. Z wypowiedzi moich znajomych wynika, że jest to sztuka dobra scenicznie. Jeżeli zaś chodzi o Arystofanesa, to sądzę, że udało mu się zmusić Ateńczyków do myślenia. Czasem kosztem bardzo brutalnych prowokacji i wulgarności w jego komediach. Oczywiście nie wszyscy widzowie byli w stanie wychwycić głębszy sens jego sztuk. Mniej wyedukowani słyszeli pewnie tylko niewybredne dowcipy.

Niezwykłe dla mnie jest to, że najważniejsi politycy ateńscy siedzieli na przedstawieniach w pierwszych rzędach, ze spokojem znosząc krytykę pod swym adresem.

A nawet za to płacili. Ateńskie społeczeństwo uważało teatr za niezwykle ważny dla kształtowania postaw obywatelskich. Nie poprzez jakiś gotowy kodeks patrioty lub jakąś inną formę zaklinania rzeczywistości, ale poprzez oddziaływanie na umysły ludzi, stawiając ich w sytuacjach niejednoznacznych, prowokacyjnych. Kształtowano w ten sposób samodzielność myślenia. Dzięki temu obywatel nabywał doświadczenia w ocenie różnych skonfliktowanych racji. Tę umiejętność mógł wykorzystać na Zgromadzeniu Ludowym, głosując w sprawach państwowych, kiedy należało dokonać wyboru pomiędzy przeciwstawnymi pomysłami ateńskich polityków.

Teatr był więc tak ważny dla obywateli, że żaden z polityków nie odważyłby się na ograniczenie jego wolności.

Tak. Co ciekawe, na wzgórzu zwanym Pnyksem, na którym obradowało ateńskie Zgromadzenie Ludowe było ok. ośmiu tysięcy miejsc. W teatrze było ich dwa razy więcej. Wygląda więc na to, że Ateńczycy byli bardziej zainteresowani uczestnictwem swych obywateli w kulturze niż ich udziałem w zgromadzeniach politycznych.

Edukacja poprzez sztukę – brzmi to zaskakująco nowocześnie.

Proszę sobie wyobrazić, że najwyższy ateński urzędnik – archont – w dniu objęcia władzy musiał podjąć kilka ważnych decyzji państwowych. Wśród nich było m.in. tzw. „przyznanie chórów” czyli decyzja o przydzieleniu zespołów teatralnych (zwanych chórami właśnie) konkretnym dramatopisarzom. To dla nas szokujący fakt, który pokazuje jak istotnym elementem życia publicznego w Atenach był teatr oraz jakie korzyści z oglądania przedstawień teatralnych czerpali obywatele. Dodatkowo w czasach Peryklesa, a być może trochę później, Ateńczycy wpadli na pomysł sponsorowania biletów teatralnych dla najbiedniejszych obywateli z państwowej kasy.

Źródło: PAP

Szkoda, że tak poważne podejście do teatru nie przetrwało do naszych czasów. Może sympozjony czyli wspólne pijatyki miałyby większą szansę. Jest Pan uznanym w świecie badaczem wpływu sympozjonów na rozwój kultury antycznej. Jak to możliwe, że te libacje przyczyniały się do kształtowania kultury?

Sympozjon nie był zwykłą pijatyką alkoholową, ale zrytualizowanym pijaństwem. Jego uczestników przenikał Dionizos, który jako bóstwo był tożsamy z winem. Kiedy uczestnicy sympozjonu pili wino, czcili i „pili” boga. W sympozjonie brała udział niewielka grupa arystokratów. Ich zachowania i zwyczaje miały wymiar prestiżowy. Sympozjon był rytuałem religijnym, ale też systemem konkursów, w których rywalizowali jego uczestnicy. Ten, kto najczęściej wygrywał, zyskiwał największy prestiż czy sławę. Nad przebiegiem sympozjonu czuwał jeden z uczestników zwany „królem”, „wodzem” albo „sympozjarchą”. Był on kimś w rodzaju wodzireja.

W jakich konkursach rywalizowano?

Zręcznościowych jak np. słynna gra kottabos. Leżący na sofach mężczyźni próbowali, strząsając ostatnie krople wina z kielichów, zrzucić umieszczony na drewnianej tyczce na środku sali metalowy talerz. Dominowały jednak konkursy literackie, poetyckie. Każdy Grek chcący brać udział w sympozjonie, musiał mieć umiejętność szybkiej reakcji, celnej riposty na wypowiedzi poprzednika, a nawet improwizacji wiersza. Konkurs wraz z kielichem wina krążył po sali ku prawej stronie. Każdy uczestnik rzucał dowcipne i odpowiednio trudne wyzwanie kolejnemu. Greccy arystokraci nie byli więc tylko biernymi konsumentami kultury, ale jej aktywnymi twórcami. Ci mniej zdolni uczyli się na pamięć setek okolicznościowych wersów, by użyć ich w odpowiednim momencie. Sympozjon to także miejsce, w którym dominowało napięcie pomiędzy biesiadnikami. Wprawdzie darzyli się oni przyjaźnią, ale podczas biesiady bezlitośnie ze sobą rywalizowali. Alkohol to napięcie jednocześnie generował i osłabiał.

Dużo się piło?

Pito wino zmieszane z wodą. Nie znano jeszcze dobrych technik konserwacji wina, korków czy butelek. Wino konserwowano więc żywicami, smołą naturalną itp. Trzeba je było przecedzić i rozcieńczyć, by nadawało się do spożycia. Po rozwodnieniu miało ono moc naszego piwa. Do mieszania trunku używano specjalnych naczyń - kraterów, o pojemności kilkunastu litrów. Na sali biesiadnej podczas sympozjonu znajdowało się zwykle od siedmiu do kilkunastu uczestników. Konsumowali oni parę takich kraterów w ciągu całonocnej biesiady. Należy jednak pamiętać, że na sympozjonach piło się wolno i długo, bo przez całą noc. Nie chodziło w tym piciu o szybkie zamroczenie się, zwłaszcza że trzeba było jak najdłużej zachować twarz i z powodzeniem rywalizować z innymi.

Czy te pijaństwa miały pozytywny wpływ na życie polityczne?

Oczywiście. W starożytnej Grecji nie było partii politycznych. Wszystko, co się działo w tamtejszej polityce, było nieformalne, miało charakter działań zakulisowych. Ważne decyzje zapadały podczas uczestnictwa w różnych nieformalnych grupach, które razem piły. Wtedy właśnie snuto polityczne plany, „namawiano się” przeciwko politycznym przeciwnikom, organizowano poparcie dla przyjaciół.

Może więc naszym politykom przydałyby się takie sympozjony?

Myślę, że oni mają swoje sympozjony. Pewnie alkoholowo równie interesujące, co starożytne. Nie jestem tylko pewien, czy rywalizują w poetyckich improwizacjach. Nie będzie dużym ryzykiem, jeśli założę się z Panią, że nie.

Sympozjon kończył się nad ranem pijackim pochodem zwanym komos. Od którego postało słowo komedia. Nie wszystkim Ateńczykom to się podobało.

Hałasowanie o świcie, gdy wszyscy inni jeszcze spali, było sposobem na zademonstrowanie przez złotą, arystokratyczną młodzież swego statusu, dominacji i bezkarności. Władze greckich poleis (l.mn. od polis - miasto) starały się temu zapobiegać.

Coś w rodzaju „jesteśmy panami”?

Ekscesy pijackie nad ranem należały w starożytnych Atenach do szeroko rozumianych przestępstw związanych z hybris czyli pychą. W świecie antycznej Grecji prawa zwalczające hybris były znacznie surowsze niż te dotyczące zwykłych przestępstw. W niektórych systemach mogła za nie grozić nawet kara śmierci. Głównym ich celem była ochrona obywateli przed bezkarnością ważnych polityków, arogancją dzieci wpływowych osób itp. Zarzut pychy był dla ateńskich polityków szczególnie kompromitujący. Jeśli ktoś chciał zniszczyć polityka, to zarzucał mu, prawdziwie czy nie, skłonność do hybris.

Jak w praktyce kwalifikowano czy dany czyn jest wynikiem hybris czy też nie?

Upraszczając. Powiedzmy, że gdyby Ateńczyk napadł w nocy na innego człowieka, pobił go i okradł, to podpadałby pod odpowiedni „paragraf” prawa. Jeżeli natomiast pod wpływem alkoholu pobiłby kogoś i nie okradł, wówczas oznaczałoby to, że uczynił to dla własnej satysfakcji z poniżenia innego człowieka. Wówczas podlegałby prawom o hybris. Przestępstwem tego rodzaju był m.in. gwałt na kobiecie czy mężczyźnie. Dla starożytnych Greków bezinteresowna krzywda wyrządzona bliźniemu była gorsza od interesownej. W naszej kulturze jest niekiedy odwrotnie. Ja w tym przypadku zgadzam się Grekami.

Na zakończenie naszej rozmowy, muszę pana zapytać, co nasze elity władzy powinny zaczerpnąć z greckiej kultury?

Myślę, że najważniejsza nauka Greków dla nas współczesnych dotyczy właśnie pojęcia pychy, czyli hybris. Starożytni Grecy mieli taką dziwną przypadłość, że potrafili „przewidywać” przyszłość. Historyk Herodot z Halikarnasu żył w czasach, w których Ateńczycy panowali nad innymi greckimi poleis i dość brutalnie rozprawiali się z próbami nieposłuszeństwa ze strony innych Greków. W swych „Dziejach” Herodot ostrzegał przed skutkami takich działań, przewidując niejako upadek ateńskiej dominacji, którego sam nie dożył. Ateńczycy zostali w końcu pokonani przez Spartan i ich sprzymierzeńców.

Herodot potrafił to przewidzieć, bo myślał pewną kliszą, której my dzisiaj nie mamy. Mianowicie, że każdy człowiek, który w polityce czy też innej sytuacji życiowej jest zbyt potężny, zbyt ważny, ma tendencję, by wpaść w hybris i stać się człowiekiem pysznym. Pycha zaś powoduje, że tracimy właściwy ogląd sytuacji. Przestajemy się liczyć z ludźmi, którzy myślą inaczej. To zaś nieuchronnie prowadzi do upadku, który karząc za hybris zgotują nam bogowie. Greccy myśliciele widzieli świat jako spiralę wstępującej kariery, szczytu potęgi, wynikającej z nadmiernego powodzenia hybris i nieuchronnej porażki. Ta logika hybris jest według mnie najważniejszą nauką, o której dzisiaj powinniśmy pamiętać.

Prof. Marek Węcowski

Prof. Marek Węcowski

Źródło: Archiwum prywatne

Prof. Marek Węcowski pracuje w Instytucie Historycznym UW. Zajmuje się historiografią grecką, dziejami społecznymi i historią kultury starożytnych Greków. Jest absolwentem zarówno Uniwersytetu Warszawskiego, jak i Ecole des Hautes Etudes en Sciences Sociales (doktorat w Paryżu w 2000 r.). Był stypendystą Fundacji Kościuszkowskiej (Columbia University), Komisji Fulbrighta (Princeton University) oraz Centrum Studiów Helleńskich Uniwersytetu Harvarda. Wykładał gościnnie w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Francji, Belgii, Holandii, Niemczech, Danii, Włoszech, Grecji i Izraelu. Jest członkiem międzynarodowych sieci badawczych oraz kierownikiem dwóch projektów badawczych Narodowego Centrum Nauki. Najważniejsze publikacje: The Rise of the Greek Aristocratic Banquet (Oxford 2014). Polskie wydanie pt.: Sympozjon czyli wspólne picie (ukazało się 2011) oraz (wspólnie z B. Bravo, E. Wipszycką i A. Wolickim) Historia starożytnych Greków, t. II: Okres klasyczny (Warszawa 2009).