Za sprawą "Pitbulla" jest kojarzony z rolami twardzieli, ale teraz przeszedł zaskakującą metamorfozę. Zagrał przystojnego taksówkarza i... samotnego ojca wychowującego dziesięcioletniego syna. Nową twarz aktora możecie zobaczyć w najbardziej romantycznej komedii tej zimy - "Narzeczony na niby" w kinach od 12 lutego.

Łukasz Knap: Myślałeś kiedyś, że mógłbyś być tatą?

Piotr Stramowski: Oczywiście, że tak. Rola ojca jest dla mnie za każdym razem ciekawym doświadczeniem. W "Narzeczonym na niby" mój bohater jest samotnym ojcem wychowującym syna. Mój pomysł na tę rolę był taki, żeby mój syn czuł, że jestem nie tylko jego ojcem, ale także przyjacielem, żeby czuł ciepło, którego nie ma od matki. Ta rola była dla mnie dużym wyzwaniem, ponieważ nie mam żadnych doświadczeń rodzicielskich. Przyznam, że podczas pracy nad filmem pomyślałem, jakby to było, gdybym miał dziesięcioletniego syna.

Jakby to było, gdybyś był ojcem?

Trudne pytanie. Gdy rozmawiam o tym z moimi kolegami, którzy są ojcami, okazuje się, że podejście do dzieci może zweryfikować tylko życie. Na pewno chciałbym być uważnym tatą, który dostrzega potrzeby dziecka.

Gdy zadaję to pytanie moim bezdzietnym kolegom, większość mówi, że chciałaby mieć dziecko, ale najpierw chce zadbać o swoją karierę. Kolejność jest taka: najpierw chcą zbudować zamek, potem mieć dziecko.

Też tak kiedyś o tym myślałem, ale zmieniłem zdanie. Pamiętam moich rodziców, którzy byli szczęśliwymi rodzicami, gdy czasy były dużo cięższe. Dzisiaj dużo łatwiej zarobić pieniądze i zapewnić dziecku dobry start niż w latach naszych rodziców. Myślę też, że w życiu powinno być trochę miejsca na przypadek. Nie chciałbym wychować mojego dziecka pod kloszem. Rozpieszczanie dziecka ponad miarę zawsze będzie wiązało się z tym, że ono będzie musiało się kiedyś zderzyć z rzeczywistością.

Ty byłeś takim rozpieszczonym dzieciakiem?

Nigdy nie miałem źle, ale miałem kolegów, którzy mieli lepiej. Z charakteru jestem beztroski. Rodzice denerwowali się na mnie, że nie uczyłem się zbyt dobrze. Nie mam dziś o to do siebie pretensji, bo w tym moim lekkoduchostwie zawsze mi towarzyszyło przekonanie, że jakoś to będzie. To podejście dziś procentuje, bo pozwoliło mi podjąć kroki, które wymagały odwagi, a w każdym razie marzeń. Gdybym był bardziej ostrożny, może bałbym się je realizować.

Czyli rodzice dawali ci swobodę?

Mama zawsze mówiła mi, żebym się nie przejmował niepowodzeniami, że zawsze dam sobie radę. Ona jest osobą, która w każdej sytuacji zachowuje zimną krew. Tata z kolei był bardziej surowy, mówił, że jak się nie przyłożę do nauki, to mogę sobie wybić z głowy wszystkie plany.

Czyli miałeś chyba klasyczne wychowanie: wyrozumiała mama i surowy ojciec.

Chyba tak. Dwa bieguny.

Jak teraz wyglądają twoje relacje z rodzicami?

Mam z nimi bardzo dobre relacje. Oczywiście, one musiały się trochę zmienić. Gdy stawałem się dorosły, miałem potrzebę buntu. Myślę dziś, że chodziło o to, że chciałem zaznaczyć swoją odrębność. Po prostu.

Odcinanie pępowiny było bolesne?

Mieliśmy kilka niemiłych rozmów, ale z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że one wszystkie służyły temu, żeby rodzice zrozumieli, że Piotruś nie jest już dzieckiem. Cieszę się, że dziś rozmawiam z rodzicami jak dorosły z dorosłymi. Traktujemy się poważnie. To wcale nie jest oczywiste, nie każdy ma taki komfort. Gdy obserwuję relacje moich przyjaciół z ich rodzicami, widzę, że to wygląda bardzo różnie. Zdarza się, że rodzice nie są w stanie przeżyć sytuacji, w ktorej nie mają się kim zajmować. Mnie rodzice też nie chcieli tak szybko wypuścić spod skrzydeł.

Źródło: Mówi Serwis

Może z tego wynikają pytanie rodziców o to, kiedy będzie dzidziuś? Nie mogą się pogodzić, że nie mają już dziecka i nie mają się kim zajmować.

To na pewno. Jest w tym pewnie też jakiś atawizm, chcemy zostawić po sobie jakiś ślad, przedłużyć łańcuch genetyczny. Z drugiej strony znam rodziców, którzy odchowali swoje dzieci i na starość chcą sobie "pożyć". Na pewno rodzicielstwo to wielkie emocje.

Zawsze jest pytanie o to, które cechy charakteru dziedziczymy po rodzicach. Julia Kamińska mówiła, że byłeś najweselszą osobą na planie "Narzeczonego na niby". Od innych też wiem, że jesteś raczej pogodny.

Zawsze lubiłem przebywać z ludźmi. Na planie "Narzeczonego na niby" rzeczywiście często zabawiałem ekipę (śmiech). Nie wiem, czy Julka ci powiedziała, że w pewnym momencie moje dowcipkowanie zaczęło ją wkurzać. Stresowałem się trochę na planie, bo grałem swoją pierwszą komediową rolę. Ona chyba nie mogła znieść tego, że jestem taki nadaktywny (śmiech). W ogóle mieliśmy bardzo zabawną ekipę, było dużo żartów. Lubię sobie pożartować.

To też wziąłeś z domu?

Mama jest bardzo otwarta, z każdym pogada. Tata też sympatycznym facetem. Nigdy nie byli outsiderami, raczej są ciepli i towarzyscy. Dobrzy ludzie po prostu. Myślę, że zawdzięczam im to, że nie czuję dziś strachu w kontaktach z ludźmi.

Nie każdy tak ma.

Myślę, że czasem mogę być odbierany jako zbyt otwarty. Ale tak już mam. Z założenia ufam ludziom, kilka razy się na takiej postawie przejechałem. Niektórzy mają trochę inaczej, niekoniecznie są tak bezpośredni, potrzebują czasu, żeby skrócić dystans.

Gdy rozmawialiśmy dwa lata temu, mówiłeś, że chcesz spróbować szczęścia na planach zagranicznych produkcji. Czy coś od tamtego czasu się zmieniło?

Nie, plany wciąż mam takie same (śmiech). Pomału wprowadzam je w życie. Niedawno zagrałem z Jimem Carreyem i Martonem Csokasem w filmie "Prawdziwe zbrodnie" ("True Crimes") i w "The Last Witness" z Alexem Pettyferem i Talulah Riley.

Nie miałeś problemu z angielskim?

Nie, cały czas szlifuję język, staram się oglądać jak najwięcej filmów. Widziałem już jak wygląda moja scena z Jimem Carreyem. W "The Last Witness”, którego premiera odbędzie się w tym roku, posługiwałem się brytyjskim akcentem. Tego ostatniego jeszcze nie widziałem, ale z efektów w "Prawdziwych zbrodniach" jestem zadowolony. W planach mam kolejny projekt, ale nie mogę jeszcze o nim jeszcze mówić.

Czyli nie przestałeś marzyć?

Mam marzenia i po prostu jest spełniam. I tyle.

Źródło: Mówi Serwis