Jola Fontenelle żyła w 12 różnych krajach. Niektóre to raj na ziemi. Zdecydowała jednak, że ostatecznie będzie mieszkać w Polsce. I postawiła przed sobą zadanie: sprawić, że chłopcy, którzy na ustach noszą okrzyk "Polska dla Polaków", zrozumieją, że inny nie znaczy zły. Że uchodźcom trzeba pomóc. Mission impossible?

Jola opowiada:
– Byłam na studiach, Marc przyjechał do Polski z Belgii na kilka miesięcy w ramach pracy. Poznaliśmy się na jednej z imprez i niedługo potem już nas nie było, wyjechaliśmy. Mąż pracuje w hotelarstwie, dostaje kontrakty w różnych miejscach, więc zjechaliśmy kawał świata. Pierwszy był Kamerun, gdzie urodził się nasz syn – Mateusz. Poród odbierał nasz przyjaciel ginekolog. On i jego żona byli jedynymi Polakami, z którymi się zaprzyjaźniliśmy tam na miejscu.

Potem były jeszcze Francja, Belgia, Gabon, Maroko, Chorwacja, Jordania, Kenia i Liban, Senegal. Ach, i na Seszelach też mieszkaliśmy. Ta tułaczka trwała 26 lat. Nasze drugie dziecko, córka Noemie, urodziła się w Belgii. Wydaje mi się, że ta ciągła podróż nauczyła moje dzieci szybszej adaptacji. Zawsze były punktem zainteresowania w szkole. Wiadomo, kto jest nowy, temu się trzeba przyjrzeć, obwąchać.

Na początku przyjmowały zmiany z łatwością, ale jak nieco podrosły... Pierwsze miłości, bliżsi przyjaciele, ciężko im było ich opuszczać. Zdarzał się bunt, płacz. Ale i tak myślę, że jedno i drugie wyjątkowo spokojnie przeszło okres dorastania.

Gdzie było najlepiej? Seszele to raj na ziemi. Dni składały się z plaży i basenu. Nie było tam nawet kina. Dzieci były na szczęście jeszcze małe, więc nie miały potrzeby wychodzenia samemu. Ta nieskomplikowana codzienność im wystarczała. Mi też. Co zaskakujące, podobało mi się też w Rosji. Na początku, jak usłyszałam od męża, że jedziemy do Moskwy, to rzuciłam: "Sam sobie jedź". Ale okazało się, że Moskwa jest magiczna. Pełna sprzeczności, bogactwo miesza się z biedą, rozsądek z głupotą, są tam i cudowni ludzie, i pieprzeni sowieci.

Autor: Jola Fontenelle

Źródło: Archiwum prywatne

Bardzo podobały mi się też francuskie szkoły. Mam wrażenie, że moje dzieci czuły się w nich najswobodniej. W takich szkołach jest niespotykana chyba nigdzie indziej swoboda. Zachęca się uczniów do wyrabiania własnego zdania, nie ma nakazu klepania formułek. Tylko zajęć sportowych mogłoby być więcej. Sprawność fizyczną traktuje się tam trochę po macoszemu, dzieci idą na spacer, kropli potu żadnej i zajęcia zaliczone.

Wytarty kołnierzyk

W Kenii Jolę zaskoczyła dbałość o przyrodę. – Kenijczycy mogliby nas uczyć, jak to robić. Tam się rzeczywiście starają, żeby natura miała się jak najlepiej. Nie to co u nas ostatnio, gdzie najchętniej każde drzewo i zwierzę przerobiłoby się na zyski...

W Kenii podszedł raz do mnie chłopak, wyglądał biednie, miał przetarty kołnierzyk. Pomyślałam: "Będzie prosił o pieniądze". Ale chciał tylko porozmawiać, jak dowiedział się, że jestem z Polski, to bardzo się ucieszył. Powiedział, że dostał się na stypendium na medycynę do Warszawy. Pytał, jak mu u nas będzie. I co, miałam stwierdzić, że "chłopcze, będzie ci źle, jak tam przyjdziesz w tym przetartym kołnierzyku, bo jesteś czarny"? Wiesz, bo myślę, że w Polsce, jak masz inny kolor skóry i chcesz normalnie żyć, to musisz być bogaty.

Autor: Jola Fontenelle

Źródło: Archiwum prywatne

Bogatych się szanuje, a przynajmniej nie zaczepia. Jak masz pieniądze, to nie masz kontaktu z codzienną rzeczywistością. Mój Mateusz na studiach miał kolegów z innych krajów, którzy ten kontakt mieli. Dni, w których spotykali się z rasizmem, były bardzo częste. Wyzywanie od małp, czarnuchów, rady, żeby wyp#$rdalali z Polski. Ta nienawiść i strach przed innością jest czymś, co mnie w Polsce przeraża.

Choć jedna osoba

Jola wróciła do Polski przede wszystkim ze względu na dzieci. – Nie ukrywajmy, studia w Polsce są tanie, więc uznaliśmy, że będą się uczyć tutaj – wyjaśnia. Drugi powód to była matka, Jola nie chciała, żeby starzała się tutaj w samotności. Dwa lata temu kupiła dom Namysłowie. Mąż dalej wyjeżdżał, Mateusz i Noemie zamieszkali w innych miastach, a Jola siedziała i zastanawiała się: "co ja, zwykły człowiek, mogę zrobić, żeby w tym kraju było lepiej?".

Po długoletnim doświadczaniu ludzkiej różnorodności trudno jej było zaakceptować, że Polska jest taka jednorodna, a na widok ludzi innych narodowości ludzie zaciskają pięści. Szczególnie w małych miasteczkach, takich jak Namysłów.

Pomysł, by robić coś na rzecz uchodźców, podsunął jej znajomy lekarz. Też niedawno przeprowadził się do Namysłowa i sam angażuje się w pomoc. – Zaczął opowiadać, że warto edukować, że może krok po kroku uda się przekonać Polaków, że uchodźcy to nie jest jakieś czyste zło, ale cierpiący ludzie. Była sceptycznie nastawiona. Myślałam "w Namysłowie? Zagłębiu chłopaków od Kukiza i ONR?". Ale im bardziej rosły nastroje antyuchodźcze, im więcej nagonki na imigrantów widziałam w publicznej telewizji, tym bardziej czułam, że coś robić trzeba - opowiada.

Autor: Jola Fontenelle

Źródło: Archiwum prywatne

Razem z burmistrzem Julianem Kruszyńskim zaczęła organizować spotkania, na których poruszała temat imigracji i uchodźców. – Do tej pory odbyło się kilka takich spotkań. Ściągam ludzi, którzy pracowali z uchodźcami albo mają doświadczenia z Bliskiego Wschodu. Narodowcy pojawiają się na nich przede wszystkim, żeby przedstawić swoje racje. Ale widziałam już przypadki, że pod wpływem naszej argumentacji nieco miękną, zaczynają używać łagodniejszych słów.

Jola stara się tłumaczyć, czemu muzułmańskie kobiety noszą burki, jak wygląda sytuacja w Syrii, czym się różni uchodźca od imigranta. Próbuje pokazać, że Polacy i Syryjczycy mają wiele wspólnych doświadczeń. Przypomina, że pod koniec lat 40. XX wieku przyjęliśmy tysiące greckich uchodźców i jakoś umieliśmy się dogadać. – Wiele czerpaliśmy z ich kultury, a oni z naszej. Kobiety wymieniały się przepisami, Polki dowiedziały się, jak robić prawdziwą sałatkę grecką, a Greczynki poznały schabowe. Przekonanie w ten sposób choć jednej osoby to już sukces – mówi.

Gruba kreska

Sytuacja w mieście podzielonym grubą kreską na ludzi, którzy chcą pomagać uchodźcom, i tych przeciw zaogniła się w lipcu zeszłego roku. Burmistrz zadeklarował, że przyjmie do miasta rodzinę z Syrii i wśród mieszkańców zawrzało. Kruszyński stwierdził wtedy, że to absurdalne, żeby mieszkańcy dyktowali mu, kogo może przyjąć do miasta.

Swoje siły połączyli działacze PiS, Kukiz’15 i ONR. Przez całe lato przygotowywali demonstrację przeciw imigrantom – odbyła się 3 września pod hasłem „Namysłów przeciw imigrantom”. Pojawił się na niej między innymi poseł Bartłomiej Stawiarski (PiS), który pochodzi z tego miasta. Według polityka uchodźcy to "nachodźcy" i nie można ich przyjmować, bo stanowią zagrożenie.

Autor: Jola Fontenelle

Źródło: Archiwum prywatne

Robert Tistek, szef opolskich struktur Kukiz’15, który też brał udział w organizacji wrześniowego protestu, tłumaczy, że chodziło w nim przede wszystkim o to, żeby burmistrz zaczął się liczyć z mieszkańcami. – Nie może być tak, że on ich całkowicie pomija w podejmowaniu decyzji. Było nawet głosowanie na radzie miasta, żeby Kruszyński musiał mieć zgodę mieszkańców na takie pomysły. Wniosek został odrzucony – wyjaśnia Tistek. I dodaje: – Co do samych uchodźców, to uważam, że należy pomagać im na miejscu. Zresztą wie pani, ja sądzę, że tutaj to głównie imigranci chcący dostać socjal trafiają, a nie ludzie rzeczywiście potrzebujący pomocy.

Coś w tym jest

Syryjska rodzina w końcu nie została przyjęta. Ci, którzy byli przeciw, nie omieszkają jednak przypomnieć burmistrzowi przed wyborami samorządowymi jego propozycji. – Ludzie zaczęli uważać na słowa od tego czasu. Było trudno z nimi rozmawiać, a jest jeszcze gorzej – mówi Jola. W grudniu pomagała zorganizować aktywistce Alinie Czyżewskiej zajęcia z dziećmi w jednej z podstawówek, dotyczące uchodźców.

– Nauczyciel, który zaprosił nas do swojej klasy, żeby przeprowadzić zajęcia, miał potem nieprzyjemności ze strony dyrektora, który naciskał, by wydarzenie w ogóle nie doszło do skutku – mówi Jola. Wzdycha i dodaje: – Czasem mi ręce opadają i myślę, że to wszystko nie ma sensu. Że nie da się zatrzymać rosnącego nacjonalizmu i uprzedzeń.

– Myślałam, że może Polakom brakuje wyjazdów, że gdyby poznali inne kultury, to coś by się zmieniło. Ale wiesz, często nawet jak wyjeżdżają, to wybierają siedzenie w hotelu w Egipcie lub Turcji. Ze swoimi, najlepiej przy mielonym i tanim piwie. Ja tego nie rozumiem, nie ma w nich ciekawości? Duszą się w tych hotelach w swoim sosie, a Arabów widzą w roli ludzi podających im alkohol. Nie poznają ich kultury, nie próbują zrozumieć. Zaczynają gardzić jeszcze bardziej – uważa Jola.

Nie porzuca swojej misji, bo pielęgnuje w sobie obraz chłopaka, który pojawił się na jednym ze spotkań. Był bardzo na "nie". Zamyślił się jednak po tym, jak Jola zaczęła tłumaczyć, że uchodźcy to ludzie, którzy żyli takimi samymi marzeniami: mieć dobrą pracę, kupić nowy samochód, pojechać na długie wakacje. A teraz marzą o tym, żeby wieczorem mieć taką samą liczbę dzieci, jaką mieli rano. Chłopak stwierdził wtedy, że "może coś w tym jest". To "może" trzyma ją przy myśli, że jednak warto.