Partner wydania
Aneta Wawrzyńczak , 12 kwietnia 2018

Pomoże ci strażak. Sam

Próżno ich szukać na szpaltach gazet i czołówkach serwisów informacyjnych. Jeśli już, to raczej lokalnych i raczej zdawkowo: przyjechali, zrobili swoje, pojechali. Sami zresztą powtarzają jak mantrę: "my po prostu robimy swoje".

Zazwyczaj nie trafiają na szpalty gazet i czołówki serwisów informacyjnych, filmy i programy o nich powstają rzadziej, co więcej nie mogą liczyć na aż taką reklamę - a więc i popularność.

Mimo to od lat wygrywają rząd ludzkich dusz, co widać w rankingach zawodów cieszących się największym zaufaniem wśród społeczeństwa. Wyprzedzają m.in., profesorów uniwersyteckich, robotników wykwalifikowanych, pielęgniarki, nauczycieli, lekarzy czy prywaciarzy, a polityków, dziennikarzy, księży, władze samorządowe i policjantów już w ogóle deklasują.

Może dlatego, że: są na miejscu zdarzenia zazwyczaj najszybciej, działają na pierwszej linii ognia (często dosłownie), usuwają skutki szaleństwa żywiołów, wreszcie - zabezpieczają miejsce wypadku, rozcinają samochody, wyciągają ludzi, ratują ich zdrowie, życie.

Praca = pasja

Najbardziej prestiżowy i najbardziej godny zaufania - taki jest zawód strażaka, przynajmniej według badań opinii społecznej (CBOS - 87 proc., TNS OBOP - 79 proc., GUS - 94 proc.). Autorzy raportów stwierdzają: to "zawód o dużej użyteczności, mogący jednoznacznie uosabiać ideę zaangażowanego i bezwarunkowego służenia społeczeństwu". Oraz że "w odróżnieniu od innych służb, w których pracę wpisane jest osobiste ryzyko wynikające z bezpośredniego zagrożenia życia i zdrowia – strażacy i ich działania bardzo rzadko są przedmiotem krytycznych doniesień medialnych". W skrócie: "mówi się o nich na ogół dobrze lub bardzo dobrze".

- W powszechnym mniemaniu straż bardziej pomaga ludziom niż policja, zwłaszcza że my nie karzemy mandatami, a za to pomagamy w ciężkich sytuacjach - mówi Mariusz, strażak z 20-letnim stażem. Po czym rzuca anegdotą: - Wiesz, po czym rozpoznać strażaka w tłumie, gdy coś się dzieje? Bo wszyscy uciekają, a strażak biegnie w przeciwnym kierunku.

Zdjęcie wykonane podczas zawodów na najtwardszego strażaka na toruńskiej Starówce

Zdjęcie wykonane podczas zawodów na najtwardszego strażaka na toruńskiej Starówce

Źródło: Agencja Gazeta

Jeszcze jedno badanie: z innej strony podpytał opinię publiczną w 2008 roku GfK Polonia na zlecenie "Rzeczpospolitej". W raporcie z badania stwierdzono: "wyniki (…) ukazują, iż polskie społeczeństwo traktuje pracę strażaka jako zasługującą na wyższe wynagrodzenie niż np. żołnierza". A zatem: "pensja strażaka powinna kształtować się – zdaniem respondentów – na poziomie zarobków sędziego, prokuratora i policjanta".

Średnia pensja w Państwowej Straży Pożarnej to 4125 złotych, jednak większość spośród ok. 32 tysięcy strażaków może o takiej wypłacie jedynie pomarzyć, od stażysty po dowódcę jednostki ratowniczo-gaśniczej - wszyscy zarabiają poniżej tej średniej. Jeszcze inaczej wygląda to wśród ochotników (których jest w Polsce ponad 100 tysięcy), którzy "otrzymują ekwiwalent pieniężny w wysokości nieprzekraczającej 1/175 przeciętnego wynagrodzenia". Jak dalej podaje portal strazacki.pl, "druhowie w wielu jednostkach OSP przekazują swój ekwiwalent na zakup sprzętu czy środków czystości". To znaczy: "swoją ciężką pracę wykonują po prostu za darmo". Mateusz, 21-letni strażak OSP: - Mamy płatne za godzinę, ale odchodzą różne składki, praktycznie to nie są duże pieniądze. To trzeba po prostu kochać, żeby to robić.

Ryzyko

Kariera ze strażą Mariusza, 40-latka z Białegostoku, zaczęła się właściwie we wczesnym dzieciństwie. Mówi: - Tak jak każdy chłopiec chciałem zostać strażakiem albo policjantem. Miałem dużo takich zabawek, sikawki, wozy strażackie. A jak człowiek zaczął dorastać, wiedza i doświadczenie było większe, to doszła myśl, że to jest specyficzny zawód, który polega na niesieniu pomocy.

To ostatnie przesądziło o tym, że w 1998 roku, po ukończeniu szkoły średniej, Mariusz zdał egzaminy do szkoły aspirantów, a po dwóch latach otrzymał stopień młodszego aspiranta i rozpoczął służbę w państwowej straży pożarnej.

Również 21-letni Mateusz (który poza pracą na stacji benzynowej jest naczelnikiem OSP w swojej rodzinnej miejscowości) miał w dziecięcych planach zostanie policjantem bądź strażakiem. W jego przypadku było to jednak "między innymi". Jak to u dziecka, mówi, ciągle się coś zmienia, summa summarum z ekwipunku służb mundurowych miał raptem jeden wóz policyjny i jeden strażacki. Nie zmieniał tego nawet fakt, że jego dziadek i dwóch wujków służyli w ochotniczej, a stryj - państwowej straży pożarnej. Mateusz jednak nie wyrósł w tym kulcie, po części z powodu tego, że dziadek zmarł, zanim on się w ogóle urodził, jeden z wujków - gdy Mateusz miał sześć lat, drugi zaś przeprowadził się do innej miejscowości i zakończył służbę. - Po prostu chciałem i się zapisałem. Tyle - wyjaśnia.

Oprócz chęci potrzebne jednak jeszcze są: odpowiednie predyspozycje zdrowotne, fizyczne i psychiczne. Mateusz wylicza: - Po pierwsze są badania u lekarza medycyny pracy, specjalistyczne, wysokościowe, czy nie ma przeciwwskazań do pracy powyżej 3 metrów. Poza tym sprawność fizyczna. No i twarda psychika. Żeby się nie załamywać, bo niektóre widoki są nieprzyjemne, później to się śni po nocach.

Pożar warsztatu przy ul. Podbipięty na warszawskim Mokotowie na początku marca 2018 roku

Pożar warsztatu przy ul. Podbipięty na warszawskim Mokotowie na początku marca 2018 roku

Autor: Jakub Kamiński

Źródło: PAP

Do tego dochodzi ryzyko. - Jakieś drobne urazy, skręcenia nogi, bo często jest ślisko, kolegę raz też użądliła pszczoła albo szerszeń, skończyło się na szpitalu. Poważniejszych zdarzeń z udziałem kolegów z mojej jednostki na szczęście nie było - wyjaśnia Mariusz. I dodaje: - Staramy się je minimalizować, ale ryzyko jest wkalkulowane w naszą pracę.

Również w OSP, której naczelnikiem jest Mateusz nie doszło do żadnego wypadku - ale już sąsiednich i owszem. Mateusz: - Ta praca wiąże się z bardzo dużym ryzykiem, choć na co dzień nikt nie bierze sobie tak bardzo do serca tego, że coś nam może się stać. Ale fakt faktem, jak się jedzie na akcję, to nie wiadomo, czy się wróci.

Zwłaszcza że w przypadku strażaków-ochotników czas na wyjazd do zdarzenia jest nieco dłuższy (wszyscy muszą na telefon, SMS i wycie syreny zdążyć przybiec/przyjechać do remizy, przebrać się i wyruszyć w ciągu maksymalnie 10, zwyczajowo 5 minut), jednak - ze względu na odległość - to oni często są pierwsi na miejscu wypadku. Nierzadko: w ciemno. Mateusz: - Dostajemy tylko informację, że coś się pali albo że był wypadek - i informację, gdzie mamy konkretnie jechać.

17 ofiar

Jak jest ryzyko, są i ofiary. 9 września 2001 roku w zamachach na WTC zginęło ponad 470 funkcjonariuszy służb miejskich, w tym 343 strażaków. W Polsce są to pojedyncze przypadki, choć nie mniej tragiczne.

W maju 2017 roku dwóch strażaków JRG w Białymstoku zginęło podczas gaszenia pożaru w jednokondygnacyjnym budynku magazynowym (runął na nich sufit, jak się okazało, podwieszany - którego w takim budynku nie powinno w ogóle być, co podkreślił po tragedii Komendant Główny PSP gen. bryg. Leszek Suski). W sierpniu z kolei w Sadkowicach w powiecie lipskim pojazd należący do OSP w Opolu Lubelskim dachował na drodze wojewódzkiej nr 754. W wypadku zginął jeden ze strażaków.

Ćwiczenia ratownicze na nowym odcinku drogi ekspresowej S8, obiekt PZ4. Scenariusz zakłada katastrofę w ruchu lądowym z duża liczbą pojazdów i osób poszkodowanych.

Ćwiczenia ratownicze na nowym odcinku drogi ekspresowej S8, obiekt PZ4. Scenariusz zakłada katastrofę w ruchu lądowym z duża liczbą pojazdów i osób poszkodowanych.

Autor: Artur Reszko

Źródło: PAP

Łącznie od początku lat 90. do końca maja 2017 roku na służbie śmierć poniosło 17 podopiecznych św. Floriana. M.in. o ich osieroconych bliskich od 2010 roku troszczy się Fundacja Dorastaj z Nami. Obecnie pod jej opieką znajduje 120 dzieci (w tym 11 dzieci strażaków), najmłodsze ma 10 miesięcy, najstarsze – lada moment skończy 25 lat (to górna granica wieku dla podopiecznych fundacji). Jej aktualna kampania to: "Dla Ciebie zginął policjant, strażak, żołnierz, a dla mnie tata", która ma na celu pokazanie, że "za każdym mundurem stoi człowiek, który po pracy chciałby wrócić do domu".

Oprócz pomocy psychologicznej Fundacja Dorastaj z Nami finansuje im "szkoły, studia, korepetycje i zajęcia pozalekcyjne" oraz gwarantuje "wsparcie doradcy edukacyjnego" (który także wspiera wychowawczo owdowiałe matki), wreszcie - pomaga im wejść na rynek pracy. Marta Rowicka, koordynator ds. podopiecznych i doradców edukacyjnych: - Nasza działalność jest formą patriotyzmu i podziękowania tym ludziom za ich ofiarną służbę, gotowość do tego, by poświęcić życie dla innych.

Śmierć na drodze

Według policyjnych statystyk rocznie w Polsce dochodzi do ok. 33-35 tysięcy wypadków, w których ginie ok. 3 tysięcy osób, kolejne 40 tysiące to ranni. "polskie drogi są jednymi z najniebezpieczniejszych w Europie". Jak m.in. stwierdziła w 2014 roku Najwyższa Izba Kontroli, polskie drogi "należą do jednych z najbardziej niebezpiecznych w Unii Europejskiej". Z tymi drogami - i ich ofiarami - często przychodzi się mierzyć strażakom.

Na liście zdarzeń, do których wyjeżdżają ekipy Mateusza i Mariusza, są wszystkie rodzaje zdarzeń: pożary, klęski żywiołowe, wypadki. Tych ostatnich, jak zauważa Mariusz, przynajmniej w jego rejonie wciąż jest dużo, "czasami nawet więcej niż pożarów", jednak w ostatnich latach zmieniła się ich, jak to określa, specyfika. - Teraz są to albo drobne kolizje, albo poważne wypadki – wyjaśnia. Zespół Mateusza do wypadków zajeżdża nieco rzadziej, bo w jego gminie są "dwie jednostki dobrze wyspecjalizowane w ratownictwie medycznym", więc to "właśnie one najczęściej jeżdżą", jego OSP dojeżdża "do pomocy". Dla każdego zespołu wiążąca jest jednak zasada: najpierw trzeba zapewnić bezpieczeństwo. - Zarówno nasze, jak i poszkodowanego, żeby go jeszcze bardziej nie urazić - wyjaśnia Mateusz.

Wypadek na drodze krajowej nr 764 pomiędzy miejscowościami Chańcza i Raków. Na leśnym odcinku drogi Opel Omega czołowo zderzył się z Hondą CR-V. W wypadku zginęły trzy osoby

Wypadek na drodze krajowej nr 764 pomiędzy miejscowościami Chańcza i Raków. Na leśnym odcinku drogi Opel Omega czołowo zderzył się z Hondą CR-V. W wypadku zginęły trzy osoby

Autor: Piotr Polak

Źródło: PAP

Kwestia samego dojazdu bywa problematyczna. Jak przypominają i Mariusz, i Mateusz, kierowcy docierający do miejsca wypadku lub stojący w spowodowanym nim korku powinni utworzyć tak zwany korytarz życia. W praktyce wygląda to tak, że "wóz strażacki stoi i czeka, żeby przejechać, bo samochody ustawiają się na środku drogi, zderzak w zderzak, kierowcy w dodatku wychodzą, żeby zobaczyć, co się stało - i nie idzie dojechać" (mówi Mateusz) albo "zdarza się, że gdy się ktoś zagapi, a nieraz nawet nagrywa zdarzenie na komórkę, to dochodzi do kolejnego zderzenia" (Mariusz).

Podstawa pracy strażaka to również przeszkolenie KPP (czyli państwowy egzamin do kursu pomocy przedmedycznej), ponawiane co trzy lata. Mariusz: - Poza tym cały czas na służbach szkolimy się, ćwiczymy między sobą, po zdarzeniach analizujemy, co moglibyśmy zrobić lepiej. Także musimy być cały czas na bieżąco. I jesteśmy.

Korytarz życia

Na bieżąco powinni być też kierowcy. Mariusz przypomina: podstawowa sprawa na miejscu wypadku (czy jakiegokolwiek innego nieszczęśliwego zdarzenia) to telefon pod numer alarmowy 112. - Nie ma się czego obawiać, dyspozytorzy mają zestaw pytań, wiedzą, jak nas uspokoić i uzyskać potrzebne informacje - przekonuje. Tak on, jak i Mateusz ostrzegają przed pułapką myślenia: "a, już na pewno ktoś dzwonił". - Połączenie jest bezpłatne, nic się nie traci - przypomina Mateusz. Mariusz z kolei opowiada: - Któregoś razu, gdy jechałem samochodem poza służbą, prywatnie, usłyszałem przez CB-radio, że około 2 kilometrów przede mną jest wypadek. Dojazd na miejsce zdarzenia zajął mi niecałe dwie minuty, okazało się, że zderzyły się dwa samochody ciężarowe. Pierwsze, co zrobiłem, to zadzwoniłem na numer straży pożarnej. Okazało się, że nikt przede mną nie zadzwonił, choć na miejscu było ponad 10 osób.

I dodaje kolejne wspomnienie, z 3 lat służby na dyżurce. - Zauważyłem wtedy, że jak się pali trawa czy jakiś śmietnik, to telefonów jest multum. A z kolei raz na przykład miałem przypadek, że do wielkiego pożaru stodoły był jeden telefon - od sąsiada. Dla nas jest ważny każdy telefon, każda informacja, bo dopóki dowódca nie dojedzie, działamy w ciemno, polegamy tylko na informacjach uzyskanych od ludzi. A ktoś widzi zdarzenie z jednej strony, ktoś inny z drugiej - każda taka informacja jest bardzo cenna, bo trzeba zadysponować siły i środki adekwatne do wielkości zdarzenia oraz, w razie potrzeby, wysłać sprzęt specjalistyczny, który może być niezbędny na miejscu zdarzenia.

Cenny (może nawet: bezcenny) jest wspomniany już korytarz życia. - Czyli właściwe ustawienie samochodu, zabezpieczenie miejsca zdarzenia, zadbanie o własne bezpieczeństwo, żeby inne samochody w nas nie wjechały, włączenie świateł awaryjnych - jak wymienia Mariusz. Pozwala on nie tylko uszczknąć cenne minuty, a nawet sekundy, ale też zapewnić bezpieczeństwo tak ratownikom, jak samym kierowcom. Mateusz: - Ktoś może nie zauważyć, nie zdążyć wyhamować. Dlatego ważne jest, żeby włączać światła awaryjne. Bo pędząca ciężarówka, która waży 40 ton, to jest pojazd nie do zatrzymania, z samochodów robi się harmonia, to jest kolejne nieszczęście.

Czasem na drodze stają nie tylko inne samochody. Przedarcie się przez zalany tunel rozpędzonym wozem strażackim też nie należy do bezpiecznych manewrów

Czasem na drodze stają nie tylko inne samochody. Przedarcie się przez zalany tunel rozpędzonym wozem strażackim też nie należy do bezpiecznych manewrów

Autor: Artur Reszko

Źródło: PAP

- By uniknąć takich sytuacji, robimy jedną prostą rzecz: jest zamykana całkowicie droga, miejsce, którego nie wolno postronnym przekraczać zostaje wydzielone taśmą, policja po dotarciu na miejsce tego pilnuje - wyjaśnia Mariusz. To już na miejscu zdarzenia, gdy doszło do wypadku. W zakresie profilaktyki z kolei wraz ze strażakami-ochotnikami z różnych stron Polski przygotowuje szkolenie dla kierowców. - Będziemy informować, na co zwrócić uwagę, o co może zapytać dyżurny, uczulać na tworzenie korytarzy życia, bo nawet stojąc w korku możemy pomagać. Mam fajne ćwiczenie, które pokazuje, jak ucieka czas, gdy jesteśmy w stresie. Gdy kierowcy wezmą w nim udział, zrozumieją, dlaczego dla nas jest ważna każda minuta. Jakie ćwiczenie? To pozostawiam w tajemnicy, żeby efekt rażenia był większy - tylko tyle może wyjawić Mariusz.

Ze swojej strony Mariusz może jeszcze polecić, by nie bać się zostać na chwilę liderem. - Osoba, która ma choć minimalne przeszkolenie czy doświadczenie, czy po prostu nie boi się tego wziąć na swoją klatę, jest bardzo potrzebna. Trzeba pamiętać przy tym, żeby nie wydawać poleceń w powietrze, "niech ktoś mi pomoże", tylko zwracać się do konkretnych osób.

Poleca też prowadzoną przez OSP z Czernej i Ujazdu Górnego akcję społeczną Korytarz Życia - włącz myślenie. "Projekt ma na celu poprawę świadomości społeczeństwa w temacie tworzenia na polskich drogach korytarza życia/ratunkowego", wyjaśniają na stronie na Facebooku organizatorzy. Pomysł zrodził się w lutym 2017 roku, gdy do bardzo poważnego wypadku na autostradzie najpierw strażacy nie mogli dojechać (kierowcy nie utworzyli odruchowo korytarza życia), a później odjechać (bo jak tylko przejechali, korytarz znów się zamknął). By uświadomić kierowców, strażacy z OSP w Czernej i Ujeździe Górnym zaczęli nagrywać filmy z kolejnych akcji, publikować na Facebooku i YouTube. Do dzisiaj powstało ok. 70 nagrań, m.in. dokumentujące, że strażacy nie mogąc dojechać przez blokujący drogę korek, ostatnie 400 metrów do miejsca zdarzenia musieli z całym sprzętem pokonać biegiem.

- Lada moment udostępnimy też spot, który nagraliśmy wspólnie z innymi służbami ratunkowymi. Jest bardzo mocny i utkwi w pamięci kierowców, bo drastycznie pokazujemy, jakie mogą być konsekwencje, kiedy zabraknie nam czasu na dojazd i ratunek - przekonuje Jarosław Śliwa, współorganizator akcji. I przypomina, że na zachodzie Europy kierowca, który utrudnia przejazd służbom ratunkowym, może dostać 500 euro mandatu (u nas takich regulacji póki co brak). - Ważne jest, by sobie zakodować: jeśli coś się dzieje, zjeżdżamy do krawędzi, kierowcy z lewego pasa do lewej, z prawego - do prawej. Niby nic, a może to uratować komuś życie.

Po prostu

- Ja sobie nie wyobrażam życia bez straży - mówi bardzo serio Mateusz. Dlaczego? Decyduje to, "że się niesie pomoc drugiej osobie", tak odpowiada od razu. Po chwili namysłu: "i adrenalina". Najtrudniejsze są dla niego z kolei wyrzeczenia. Wylicza: trzeba nie pić alkoholu, nawet na imprezach ("żeby na telefon być w gotowości do wyjazdu") oraz, najlepiej, siedzieć cały czas w domu ("bo w każdej chwili może się coś stać").

Mateusz: - Wyjazdy to przecież nie wszystko. Nie jest tak, że jak nie ma zgłoszenia, to my nic nie robimy. Mamy sprzęt do czyszczenia, budynki, cały teren wokół remizy do ogarnięcia, różne sprawy w urzędach do pozałatwiania: dofinansowania, zebrania w zarządzie gminnym i w komendzie powiatowej, szkolenia.

Mariusza, mimo 15 lat służby, nie dopadł syndrom wypalenia zawodowego. Gdyby było inaczej, nie rozmawialibyśmy dzisiaj. Wyjaśnia: - Podstawowa sprawa jest taka: jeżeli strażaka dopadnie rutyna, jeżeli już się niczego nie boi, to znaczy, że najwyższa pora iść na emeryturę.

W rozmowach z nimi przez wszystkie przypadki odmieniane są: bezpieczeństwo, pomaganie ludziom, satysfakcja. Także skromność, o której się nie mówi, ale którą czuć za każdym razem, gdy Mariusz jak dziecku, łagodnie, cierpliwie tłumaczy: - My po prostu robimy swoje.