Jarosław Kociszewski , 17 października 2018

Posmakowałem Zanzibaru. Teraz chcę go więcej

Hello my brother from another father! – słyszę zaraz po zejściu z promu w Stone Town i już wiem, że to będzie dobry dzień. Zanzibar, Wyspa Korzenna wita szerokim uśmiechem Masaja, który "niemal bezinteresownie" pokaże mi to fascynujące miejsce.

- Wiesz po czym chodzisz?

Przewodnicy dobrze wiedzą, że Europejczyk nic nie wie na temat przypraw, a już na pewno nie ma pojęcia jak wyglądają. To akurat pytanie było wyjątkowo podstępne, bo taplając się w brunatnym błocku trudno było zorientować się, że jest w nim cokolwiek wartościowego. Przewodnik odgarnia mokre, żółte liście i odsłania kawałek poskręcanego korzenia.

- Imbir – wyjaśnia. Nie wiedziałem. Jak każdy biały turysta trafiający na Zanzibar.

Po zejściu z pokładu promu nastąpiły szybkie formalności paszportowe, pieczątka i zaraz za bramą grupka potencjalnych przewodników konkurujących o turystów. Dobrze widoczni, biali goście wysypują się z niedużego promu, który właśnie przypłynął z tanzańskiego portu Dar es Salam.

Z Mossesem szybko uzgodniliśmy warunki wycieczki po Zanzibarze. Oczywiście na wstępie zapewniał, że niczego nie będzie chciał, ale za dużo już widziałem, żeby uwierzyć w zapewnienia, że zadowoli go "co łaska". Cena ustalona z góry, płatność z dołu. Stara, dobra zasada pozwalająca uniknąć niemiłych niespodzianek i trudnych negocjacji w jakimś ponurym zaułku.

Zanzibar ma cieszyć, a nie wywoływać wyrzuty. Więc cieszy

Na początek szeroko uśmiechnięty kolega Masaj prowadzi mnie obowiązkową trasą przez wąskie uliczki Stone Town do domu, w którym rzekomo urodził się najsłynniejszy Zanzibarczyk, czyli Farrokh Bulsara szerzej znany jako Freddie Mercury. Słowo "rzekomo" jest tu istotne, bo nie ma pewności, że kamienica jest miejscem urodzenia legendarnego wokalisty, ani czy przedwcześnie zmarły na AIDS lider zespołu Queen kiedykolwiek w niej mieszkał.

Na pewno nie jest to problem Mossesa, który codziennie przyprowadza tu turystów strzelających sobie fotki po drodze na targ niewolników. To akurat jest miejsce autentyczne, a przez niską piwniczkę rzeczywiście przewinęły się niezliczone rzesze nieszczęśników złapanych i sprzedawanych przez arabskich handlarzy ludźmi.

Przejmujące wrażenie robi pięć skutych łańcuchami figur ledwie wystających poza poziom trawnika z wybetonowanej dziury, tuż obok anglikańskiej katedry. Kolonializm w pigułce. Biali goście jednak nie przyjeżdżają tutaj, żeby czuć dyskomfort czy – nie daj Boże, wyrzuty sumienia.

Źródło: arch. prywatne Jarosław Kociszewski

Zanzibar ma cieszyć i sprawiać przyjemność nawet, jeżeli nadal oznacza wykorzystywanie mieszkańców w sposób daleki od zasad moralności głoszonych na Starym Kontynencie. Nie dziwi mnie więc, że przewodnik prowadzi do miło wyglądającej kawiarenki na dachu pobliskiej kamienicy. Kilka zadaszonych stolików i widok na lazurowe morze, po którym powoli przesuwają się rybackie łodzie z charakterystycznymi, trójkątnymi żaglami.

- Widzisz tego starszego gościa? – pyta Mosses wskazując na siwego, białego mężczyznę dwa stoliki dalej. – To Niemiec. Od lat tu przyjeżdża dwa razy w roku. Za każdym razem ma tutaj inną przyjaciółkę. Chcesz jakąś poznać?

Musiałem mieć bardzo głupią minę, bo szybko zmienia temat i pomysł na spędzenie następnych kilku godzin. Nie zmienia to faktu, że Zanzibar z jego rajskimi plażami jest również miejscem, do którego chętnie wybierają się turyści poszukujący seksualnych rozrywek, choć nie jest to miejsce tak ostentacyjne i głośne, jak Kenia czy kraje Dalekiego Wschodu.

Szybko ustaliliśmy, że interesuje mnie zupełnie co innego. Szybki przebłysk zrozumienia w oczach Mossesa, którego nic zaskoczyć nie może. W końcu jest profesjonalistą, a w Stone Town i okolicy zna wszystkich.

Wszystkie skarby Zanzibaru

- Chcesz przyprawy? Będziesz miał przyprawy, ale najpierw musisz zobaczyć ryby – kategorycznie stwierdza przewodnik.

Tu wszędzie jest blisko. Od hali targu rybnego dzieli nas kilka przecznic, ale po drodze wpadamy na stragan z przyprawami znajomych Mossesa. W końcu jest profesjonalistą! Curry we wszystkich kolorach, goździki, cynamon… wszystkie możliwe skarby Zanzibaru i to po umiarkowanie zawyżonych cenach. Dla świętego spokoju i odświeżenia wprawy w rytualnym targowaniu się, kupuję coś różowego. Podobno do mięsa.

Na przyprawy przyjdzie czas, bo właśnie podjechał rozklekotany pickup z paką pełną płaszczek. Zatrzymał się, a rybak stalowym hakiem zaczął zrzucać martwe zwierzęta na jezdnię. Rozciągnięte na asfalcie, wymazane krwią i błotem diabły morskie nie przypominają eleganckich, niemal zwiewnych ryb z filmów przyrodniczych.

Źródło: arch. prywatne Jarosław Kociszewski

Kupiec z wielkim nożem już bierze się do roboty i w ciągu minut wypatroszone, przecięte na pół ryby trafiają do koszy i na lód. Smutny widok, ale tutaj też pracują profesjonaliści. W handlu i gastronomii nie ma miejsca na sentymenty. Niegdyś biały budynek hali targowej jest skarbnicą przysmaków, choć nie wygląda zachęcająco, a pachnie jeszcze gorzej.

Na betonowych ławach ociekających wodą z szybko topiącego się lodu leżą sterty skarbów Oceanu Indyjskiego. Wielkie krewetki obok różnego rozmiaru ośmiorniczek, kalmarów i kilku gatunków krabów. Do tego bogactwo ryb rozmaitej wielkości poczynając od potężnych merlinów, groźnych barakud i rekinów, aż po wszelkiego rodzaju drobnicę. To raj dla rybnych smakoszy. Trudno wyobrazić sobie, żeby cokolwiek poszło nie tak w miejscu, gdzie port, targ i restauracje dzieli kilka przecznic.

Prawdziwy sejf dopiero na mnie czeka

Czas jednak na przyprawy, od których pochodzi nazwa Wyspy Korzennej. To unikalny i główny towar eksportowy tego niewielkiego skrawka lądu – przynajmniej od czasu, gdy kupcy przestali tutaj handlować ludźmi. Mosses uśmiecha się szeroko. Kolega z samochodem już czeka – czyż nie wspominałem? To profesjonaliści?

Wąskie, zatłoczone drogi prowadzą do wnętrza wyspy. Trochę afrykańskiego chaosu i coraz więcej zieleni. Cała okolica wygląda jak jedna wielka farma przypraw. W końcu na reputację trzeba zasłużyć. Na parkingu łapie nas ulewny deszcz. Biegniemy pod wiatę.

To kolejne centrum miejscowego marketingu. Może czarnoskórzy gospodarze w klapkach, jeansach i kolorowych koszulkach nie wyglądają na speców od sprzedaży, ale dokładnie wiedzą, co robią. Nie zdążyłem zaprotestować, a na głowie wylądowała mi czapka pleciona z jakiś liści, a na szyi również pleciony, zielony krawat czerwonym kwiatem. Może nie jest to Madagaskar, ale moda na króla Juliana też tu dotarła.

Zacząłem się zastanawiać, jakie jeszcze atrakcje mają w zanadrzu, jeśli nie przestanie padać. Na szczęście deszcz był ulewny, ale krótki. Ścieżki zmieniły się w błotniste strumienie. Chłopaki wiedzieli, co robią przychodząc do pracy w klapkach. Kryte buty… Cóż, nie po to przecież człowiek leci na drugi koniec świata, żeby przejmować się błotem.

Źródło: arch. prywatne Jarosław Kociszewski

Przyspieszony kurs nauki najwspanialszych smaków

- To na pewno rozpoznasz.

Mosses ścina kawałek kory z niedużego drzewka i daje powąchać. Tym razem nie było żadnych podstępów, a niezmieniona kora cynamonowca jest dobrze znana nawet u nas. Okaleczone drzewka szybko się regenerują i rosną. Tego akurat nie zabraknie.

Gorzej jest z pnączami wanilii, a raczej strączkami, które rodzą. O ile przypominająca bluszcz roślina łatwo przyjmuje się w wielu lasach równikowych, o tyle uzyskanie strączków to już zupełnie inna historia.

Białozielonkawe, delikatne kwiaty przypominają, że mamy do czynienia z orchideą. Na Zanzibarze nie żyje gatunek pszczoły, która potrafi dostać się do zamkniętego kwiatu i zapylić go. Oznacza to, że każdy kwiat musi zostać otwarty i zapylony ręcznie. To mozolny rytuał wykonywany deszczową jesienią wszędzie, gdzie rośnie ta bezcenna roślina. Później rolnikowi zostaje czekać 9 miesięcy na długie, czasem 30-centymetrowe strączki. Zrywa się je zanim pożółkną, poddaje fermentacji i suszy. Dopiero wtedy stają się cenioną przyprawą.

Źródło: arch. prywatne Jarosław Kociszewski

Największa niespodzianką jest owoc wyglądający jak duża pigwa. Po rozkrojeniu ukazuje się duża, okrągła pestka otoczona różowymi żyłkami.

- Teraz wiesz, co to jest? – dopytuje rozbawiony przewodnik i wyjaśnia nie czekając na odpowiedź. – To gałka muszkatołowa, a tamte krzaki to pieprz.

Źródło: arch. prywatne Jarosław Kociszewski

Mijamy krzaki obsypane kiściami małych, zielonych kuleczek i wchodzimy w gaj wysokich, rzadkich drzewek obsypanych małymi, zielonymi kulkami. Ta część farmy nie wywołuje mojego zachwytu. Rośnie tu robusta, tańszy i kwaśnawy gatunek kawy. Zdecydowanie wolę rosnącą na niskich krzakach arabicę. Dla wielu Afrykańczyków to niewielka różnica. Choć kawa rośnie w wielu krajach kontynentu, to w bardzo niewielu jest rzeczywiście pita. Etiopczycy nie mogą bez niej żyć, ale już Kenia czy Tanzania przede wszystkim ziarna eksportuje.

Goździki tak szybko się kończą. Chyba muszę wrócić

Najlepsze zostało na koniec. Prawdziwym bogactwem Zanzibaru są goździki. Nigdzie nie pachną tak, jak te z Wyspy Korzennej. Drzewo goździkowe nie jest imponujące. Nie musi. Nie dostarcza kory tak jak cynamonowiec, ani nie jest cenione za korzenie. Jego wartością są pąki kwiatowe. Na końcach cienkich gałązek wyrasta kilka pąków, które trzeba zerwać i wysuszyć. Goździki są cenione nie tyko z powodu wyjątkowego aromatu, ale także wartości leczniczych. Od tysięcy lat nie tylko umilają życie smakoszy, ale także uśmierzają bóle zębów i głowy.

Pokaźna torba goździków trafia do plecaka. Cena nie oszałamia, ale towar nie ma sobie równych i będzie niezastąpiony w ponure, zimowe wieczory. Mogę wracać. W drodze do Stone Town Mosses raz jeszcze, chyba z poczucia obowiązku, proponuje wypad na plażę. Szkoda mi czasu. Rozliczymy się w tawernie przy świeżej rybie.

Taki bonus obu nas zadowala. To był dobry dzień. Niewiele mi też trzeba, żeby sobie go przypomnieć – wystarczy pochylić się nad słoikiem z aromatycznymi skarbami z Zanzibaru. Pojawia się jednak niepokojąca myśl, że goździki z Wyspy Korzennej kiedyś się skończą…