Grzegorz Wojnarowski , 6 października 2017

Poszedł na cmentarz. Na przypadkowym grobie zobaczył swoją twarz

Przez ponad 20 lat był rekordzistą Polski w rzucie dyskiem, ale swojego wyniku się wstydził. W Danii uczył policjantów skakać wzwyż. Po powrocie do kraju prowadził kantor, jeździł na Ukrainę ściągać długi i o mało nie stracił przy tym życia. Na lwowskim cmentarzu odnalazł na przypadkowym nagrobku swoje zdjęcie. W wieku 42 lat zaczął karierę aktorską – u Jerzego Kawalerowicza był gladiatorem, u Jerzego Hoffmanna wikingiem. Choć jest olbrzymem o ponurym wyrazie twarzy, Jan Jakub Kolski zrobił z niego filozofującego mnicha. Wydawać by się mogło, że Dariusz Juzyszyn miał w życiu dość wrażeń, by odpoczywać na spokojnej emeryturze, a on tuż przed sześćdziesiątką napisał psychologiczną książkę i chce uczyć ludzi, jak radzić sobie ze stresem.

Grzegorz Wojnarowski: Dlaczego nie wierzysz w przypadki?

Dariusz Juzyszyn: Moja rodzina ze strony ojca pochodzi ze Stanisławowa spod Lwowa. Kiedyś, jako młody człowiek byłem we Lwowie na zawodach. Przed startem mieliśmy dzień wolny, więc wybrałem się na spacer. Mieszkaliśmy w hotelu przy pięknym Cmentarzu Łyczakowskim, na którym pochowano wielu wybitnych Polaków. Poszedłem więc właśnie tam. Obejrzałem aleję zasłużonych, wracałem już do bramy. Nagle poczułem przypływ jakiejś energii i niespodziewanie przypomniałem sobie, że przecież gdzieś tam jest grób mojego dziadka, który został skatowany przez Ukraińców i młodo zmarł. Stoję na środku cmentarza, groby widać po horyzont. Podchodzę do pierwszego grobu z brzegu, usiłuję przeczytać napis. Jest cały zaśniedziały, więc się nie da. Widać za to zamgloną porcelankę ze zdjęciem. Przecieram ją ręką, patrzę i czuję, jak coś łapie mnie za gardło. Aż usiadłem na tym grobie, bo tam było moje zdjęcie. Dokładnie moje! Dziadek w chwili śmierci był w takim wieku, jak ja wtedy. Miał identyczną wojskową fryzurę i moją twarz. Gdybym miał w paszporcie zdjęcie z tego grobu, objechałbym cały świat i nikt by się do mnie nie przyczepił. Babcia całe życie mówiła, że dziadek był kawał chłopa i podobny do mnie, ale myślałem, że to bujdy. Uwierzyłem dopiero, gdy zobaczyłem. Kiedy oczyściłem napis, odczytałem imię i nazwisko dziadka.

Wiem, że w twoim życiu było więcej niezwykłych sytuacji.

Drugi taki przypadek, niemożliwy do racjonalnego wyjaśnienia, zdarzył mi się w Brukseli na finale lekkoatletycznego Grand Prix. Usiadłem na koronie stadionu, przede mną siedział facet w koszulce z nazwą amerykańskiego uniwersytetu. Zagadnąłem go, czy tam studiował.

Facet odwrócił się i grzecznie odpowiedział. Zapytał mnie skąd jestem, jak usłyszał, że z Polski, szeroko się uśmiechnął. Powiedział, że ma żonę Polkę, która nauczyła go lubić lekkoatletykę, bo sama ją kiedyś uprawiała, była nawet rekordzistką Polski juniorek. Kiedy podał jej panieńskie nazwisko, okazało się, że ta jego żona to moja pierwsza dziewczyna. Wiedziałem, że jak miała 17 lat, wyjechała z rodzicami do Australii. Potem kontakt się nam urwał. Jak dla mnie to trochę za duży przypadek, że ja, człowiek bardzo nieśmiały, gdzieś tam na zawodach w Belgii postanowiłem nie wiedzieć czemu zaczepić gościa, który okazał się jej mężem. To był chyba jedyny raz w moim życiu, kiedy zaczepiłem nieznajomego w zasadzie bez powodu.

Po tych dwóch sytuacjach zacząłem już poważnie myśleć o tym, że musi istnieć jakaś energia, coś, czego nie możemy dotknąć. Nie widzimy fal radiowych, sieci bezprzewodowych, a wiemy, że one są. Może jest coś podobnego, czego jeszcze nie odkryliśmy, a co prowadzi nas do osób, z którymi jesteśmy lub byliśmy związani emocjonalnie? Może to jakiś relikt dawnych czasów, forma komunikacji która istniała, zanim pojawił się język mówiony? Przypuszczam, że w którymś momencie odkryjemy, co to jest. Przecież każdy z nas miał w swoim życiu podobne sytuacje. Wydaje się nam, że to są przypadki, niezwykłe zbiegi okoliczności. A może wcale tak nie jest...

Źródło: Archiwum prywatne

Właśnie taki "zbieg okoliczności" sprawił, że zająłeś się sportem. Chciałeś zostać Władysławem Komarem i przypadkiem natknąłeś się na człowieka, który zaproponował ci spełnienie tego marzenia.

Nie nadawałem się do żadnej gry. Na wuefie zawsze wybierano mnie na końcu, po grubasach i okularnikach. Byłem kompletnym antytalentem ruchowym i starałem się unikać wszelkiego rodzaju aktywności fizycznej. Zamarzyłem, żeby to się zmieniło, kiedy Władek Komar zdobył olimpijskie złoto w pchnięciu kulą. Wtedy pomyślałem sobie, że cudownie byłoby być właśnie takim Komarem - wielkim, silnym mężczyzną i na dodatek sławnym mistrzem.

Niedługo później na ulicy zaczepił mnie mój przyszły trener, pan Jacek Majchrowski. Spojrzał na mnie, spytał ile mam lat i powiedział, że będę u niego pchał kulą. A ja właśnie o tym marzyłem! Myślałem co prawda, że nic z tego nie będzie, bo jestem kompletnym ofermą, ale postanowiłem spróbować.

I co z tego wyszło?

Na pierwszym treningu potwierdziło się, że jestem niezdarą. Przez 40 minut rzucałem piłką do kosza i nie trafiłem ani razu. Kiedy pierwszy raz przebiegłem 100 metrów uzyskałem 15,6 sekundy. To o dwie sekundy gorzej, niż przeciętna dziewczyna w moim wieku. Kompletne dno. Na którymś treningu, nie chcąc, żebym przeszkadzał innym pchającym, kazał mi wziąć dysk i gdzieś z boku sobie porzucać. Wtedy zdarzył się cud - okazało się, że do tej jednej rzeczy mam jakiś talent. Po 15 minutach trener zostawił kulomiotów i przyszedł zająć się mną, bo zobaczył, jak dobrze mi idzie.

Rzutem dyskiem zajmowałem się przez kilkanaście lat. Otarłem się o najwyższy światowy poziom, udało mi się wygrać ze wszystkimi rekordzistami świata z tamtych lat, choć oczywiście oni wygrywali ze mną znacznie częściej. Wtedy nie wiedziałem dlaczego, teraz już wiem. Człowiek jest taki, jaki myśli, że jest. Jeżeli ja uważałem, że jestem słaby fizycznie, słaby technicznie, że mam złą koordynację, to taki byłem. Ale kilkanaście medali mistrzostw Polski zdobyłem, a mój rekord kraju przetrwał ponad 20 lat. Miałem wielką satysfakcję, że odebrał mi go dopiero tak znakomity sportowiec, jak Piotr Małachowski. Do dziś mój wynik 65,98 jest trzecim w historii polskiego rzutu dyskiem, mimo że ja się go przez długie lata wstydziłem i jak ktoś mnie pytał, ile ten mój rekord wynosi, dokładałem do niego ze dwa metry.

Skoro byłeś w stanie wygrywać ze wszystkimi, dlaczego nigdy nie udało ci się zdobyć medalu wielkiej imprezy, ani pojechać na igrzyska olimpijskie?

Żeby być najlepszym na świecie, trzeba szczerze wierzyć i być absolutnie przekonanym, że nas na to stać. Ja byłem pełen kompleksów, przekonany o swoich niedoskonałościach i brakach. Wiedziałem, że jestem znacznie słabszy fizycznie od moich wielkich rywali. Wszyscy mówili, że jestem beznadziejny technicznie. To nie było prawdą, ale jeśli każdy tak mówił, ja w to wierzyłem. Teraz już wiem, że osiągamy dokładnie tyle, na ile sobie pozwolimy uwierzyć że nas stać. Jeżeli coś uważamy za bardzo trudne, to sami siebie blokujemy i utrudniamy sobie zadanie. Talent to według mnie głównie wiara we własne możliwości.

Na sporcie się nie dorobiłeś. Musiałeś zakończyć karierę, żeby mieć z czego utrzymać rodzinę.

Socjalizm biednie bo biednie, ale pozwalał sportowcom żyć. Władza zapewniała im mieszkanie i podstawowe środki do życia. Kiedy zaczęły się zmiany ustrojowe, stypendia zaczęły przychodzić z dużym opóźnieniem, a ja miesiącami nie miałem pieniędzy. Kiedy przed kolejnym Bożym Narodzeniem byłem kompletnie "goły", nie stać mnie było na choćby najdrobniejsze prezenty dla dzieci i żony, pomyślałem, że dorosły ponad trzydziestoletni facet powinien przede wszystkim zapewnić godny byt swojej rodzinie. Stwierdziłem, że będzie trzeba wyjechać do pracy za granicę, ale to nie było takie proste. Wtedy zdarzył się kolejny "cud". Zostałem trenerem w Danii.

Opowiesz o tym cudzie?

Pół roku wcześniej, na zawodach w Brukseli, zamieniłem kilka słów z polskim trenerem Sparty Kopenhaga. On zajmował się biegami, inny Polak skokami, brakowało im kogoś do rzutów. Na serwetce ze stołówki zapisałem mu swój adres i dziesięć minut później na śmierć o tej sytuacji zapomniałem.

Kiedy po kilku miesiącach dostałem list z Danii, zupełnie nie wiedziałem o co może chodzić. Oświeciło mnie dopiero po wizycie u tłumacza przysięgłego. Sparta zapraszała mnie do Kopenhagi. Nie znałem wtedy żadnego języka obcego, a miałem tylko trzy tygodnie, żeby nadrobić zaległości. Na kurs nie było mnie stać, więc kupiłem książkę i z niej uczyłem się angielskiego.

I uzbrojony w ten łamany angielski wsiadłeś na prom do Kopenhagi.

Myślałem, że na miejscu ktoś będzie na mnie czekał, a tam nikogo. Nie wiedziałem, co robić. Bałem się zadzwonić z budki, bo taka rozmowa mogłaby pochłonąć całe moje stypendium, jakieś 15 dolarów. W końcu zadzwoniłem, ale nikt nie odbierał. Miałem już wsiadać z powrotem na prom, ale zaryzykowałem i za ostatnie pieniądze wziąłem taksówkę. A tam okazało się, że prezes zapomniał kogoś po mnie wysłać. Mam zresztą wrażenie, że "Gang Olsena" to nie jest komedia, a film obyczajowy o Duńczykach, bo oni właśnie tacy są. Uśmiechnięci, zadowoleni, nieco gapowaci. Często się z nich śmiałem, aż do momentu, w którym zobaczyłem, że w roczniku statystycznym w rubryce PKB na osobę zajmują drugie miejsce na świecie. Pozornie naród gap, za to z bardzo wysokim poczuciem własnej wartości. Cała edukacja jest zbudowana tak, żeby to poczucie zbudować i chronić. Nawet ocen w szkole nie wolno podawać na głos, żeby nie frustrować słabszych. Możesz z kimś siedzieć latami w jednej ławce i nie wiedzieć, jak on się uczy.

Do sportu mają podobne podejście?

Trenują przede wszystkim dla przyjemności. Miałem zawodniczkę, której na jednych zawodach zabrakło dwa centymetry do rekordu Danii w pchnięciu kulą. Byłem pewien, że na kolejnych ten rekord pobije. A ona wyszła na rozgrzewkę i zamiast szykować się do kuli, wzięła się za płotki i mówi mi, że nikt jej nie kazał, tylko że ona te płotki lubi. Nijak nie dało jej się namówić do powrotu na rzutnię, zrobiła to dopiero po biegu. Rekordu oczywiście nie pobiła, bo była zmęczona i podłamana, bo dobiegła siódma, a chciała być szósta. Wtedy zorientowałem się, że nie jestem tam po to, żeby zawodnicy poprawiali swoje wyniki, tylko żeby się dobrze bawili.

Za to po poprawę wyników przychodzili do ciebie duńscy policjanci.

Któregoś razu zobaczyłem na treningu, jak wicemistrz Danii w dysku próbuje bardzo nieudolnie skakać wzwyż. Okazało się, że jako student Akademii Policyjnej musi skoczyć 155 centymetrów, żeby zaliczyć semestr. Jak na sprawnego, wysokiego młodego człowieka wysokość żenująca, tylko on nie miał o skoku wzwyż pojęcia. Pokazałem mu, co trzeba robić, bo choć ważyłem 130 kilo, przeskakiwałem dwa metry. Egzamin zdał, a na następny trening przyszedł z kolegą. Kumpel chciał zapłacić, ale dostał darmową lekcję. Jednak kiedy pojawiło się u mnie chyba z dziesięciu duńskich policjantów, zacząłem ich "kasować". Wieść rozniosła się po Królewskiej Akademii Policyjnej, jej dyrekcja zaprosiła mnie na pokazowy trening. Po nim kadeci podnieśli krzyk - chcieli, żebym zastąpił ich nauczyciela wuefu. Szef akademii się ugiął. Musiał mi płacić "na lewo", bo nie miałem stałego pozwolenia na pracę. Chodziłem do gabinetu komendanta, a on wypłacał mi pensję pod stołem. Obaj byliśmy tym skrajnie zażenowani, ale miałem nadzieję, że komendant sam siebie nie aresztuje. Chociaż Duńczyk mógłby wpaść na tak genialny pomysł (śmiech).

W Danii zacząłem od jednego klubu, po trzech miesiącach pracowałem już w kilku, potem w Królewskiej Akademii Policyjnej w Kopenhadze, zostałem też trenerem duńskiej kadry narodowej.

Źródło: Archiwum prywatne

Skoro tak dobrze ci się tam układało, dlaczego wróciłeś do Polski?

To jest świetny kraj do życia, ale w Danii byłbym obywatelem drugiej kategorii. Duńczycy starali się mnie zatrzymać, załatwili nawet stałe pozwolenie na pracę i stumetrowe mieszkanie, jednak ja i tak chciałem wracać. Musiałem jednak znaleźć sposób na to, żeby zarabiać w Polsce tyle, co w Danii, czyli w tamtych pięknych czasach, sto razy więcej niż przeciętny obywatel. Udało się, a znów pomógł przypadek - stojąc w kolejce w kantorze dostrzegłem, jaki to znakomity interes, skoro na wymianie 200 dolarów zarabia się miesięczną pensję nauczyciela. Na biznesie zupełnie się nie znałem, miałem jednak silną motywację - bardzo nie chciałem wracać do Danii. I jakoś udało mi się go rozkręcić.

Interes dobrze prosperował, ale na początku lat 90. to było niebezpieczne zajęcie.

Niebezpieczne i niesamowicie stresujące. W tamtych czasach ceny walut zmieniały się każdego dnia nie o 5 czy 6 procent, a o 50 czy 60. Można było wyjść do baru na obiad, a po powrocie być o połowę biedniejszym. Trzeba było nieustannie trzymać rękę na pulsie. Pracowałem od 6 do 23. Wtedy po 15 nie dało się już zdeponować pieniędzy w banku, więc walizkę z gotówką woziłem do domu z dwoma ochroniarzami. Miałem zbrojone drzwi, rano też nie wychodziłem bez obstawy. W niedzielę, kiedy szedłem z żoną i dziećmi na obiad, brałem ze sobą tę walizkę i trzymałem ją między nogami, cały czas bojąc się, że ktoś może mnie napaść. Gdzieś po roku działalności zacząłem myśleć, że jeżeli dalej tak ma wyglądać moje życie, to lepiej popełnić samobójstwo.

Ale o zamknięciu biznesu zadecydowało co innego.

Zrezygnowałem, kiedy napadnięto na kantor w hotelu "Polonia". Bandyci zastrzelili wtedy kasjerkę. Ja się dziwiłem, czemu napad był tam, skoro w moim kantorze było więcej pieniędzy i łatwiej było mnie okraść. Gdybym ja był bandytą, napadłbym na siebie. Któregoś dnia pojawił się u mnie policjant w cywilu i kazał mi uważać, bo niejaki "Blizna" planuje mnie okraść, a ma ostrą broń. Ja wtedy już wiedziałem, że jak ktoś ją ma, nie da się uważać. Któregoś dnia zostałem w kantorze sam, nagle weszło dwóch gości w kominiarkach z karabinami. Miałem pod ladą pistolet gazowy, ale kiedy ich zobaczyłem, sparaliżowało mnie ze strachu. Czułem, że cały puchnę i nie byłem w stanie sięgnąć po pistolet, ani nawet ruszyć ręką. Teraz już wiem, że to normalna reakcja, bo ekstremalnie wysoki poziom stresu odcina przewodzenie w układzie nerwowym. W pewnym momencie zauważyłem nawet, że broń jest drewniana i pomalowana pastą do butów, a napastnicy to licealiści, którzy postanowili zrobić głupi kawał w pierwszy dzień wiosny, a mimo to dalej "puchłem".

Po raz kolejny przekonałeś się o tym na Ukrainie - tam po pozbyciu się kantorów zarabiałeś dobre pieniądze na handlu, ale koniec końców musiałeś zająć się ściąganiem od Ukraińców swoich i cudzych długów.

Zawoziłem tam kawę, obuwie, wszystko, czego akurat brakowało w Kijowie a do Polski przywoziłem nawóz - mocznik, bo akurat to można było łatwo i szybko sprzedać. Zyski teoretycznie były duże, ale jakoś moja część zarobków ciągle nie mogła do mnie trafić, a nieustannie ponaglani partnerzy któregoś dnia zupełnie zamilkli. Kilka razy jeździłem w tej sprawie do Kijowa, udało mi się nawet przy okazji ściągnąć długi innych firm, które poprosiły mnie o pomoc, i w końcu namierzyłem też swoich wspólników. Miałem zamiar ich przekonać, że wielokrotnie więcej niż chcą mi ukraść, zarobimy uczciwie współpracując. Wydawało mi się to oczywiste i dziwię się do dziś, że ci kretyni sami na to nie wpadli. Interes był kapitalny i ukręcanie mu łba dla jednorazowego zysku było czystą głupotą. Moi "wspólnicy" mieli jednak inne zdanie i inny pomysł na rozwiązanie sprawy. Szedłem bo budynku, w którym umówiliśmy się na spotkanie. I mimo że byłem czujny, a brama dobrze oświetlona, nie zauważyłem napastnika, który walnął mnie czymś w łeb. Blizna została do dziś.

Źródło: Archiwum prywatne

W czasach, kiedy zawodowo odzyskiwałeś cudze długi, trafiłeś też na plan filmowy i zadomowiłeś się tam na dłużej.

Co ciekawe - zanim dostałem pierwszą propozycję, myślałem o tym, że powinienem grywać w filmach. Żona narzekała, że za dużo czasu spędzam na siłowni, a nic z tego nie mam. Uznałem, że muszę coś zrobić, żeby jakaś korzyść była. Spojrzałem w lustro, zobaczyłem ogromnego, silnego chłopa o ponurym wyrazie twarzy. Na zabijakę do filmów w sam raz! Miałem jednak ponad 40 lat i zero predyspozycji, zawsze byłem raczej nieśmiałym introwertykiem. Była jednak chęć, ochota i potrzeba. Chciałem przesunąć swoje granice, sprawdzić się w czymś, do czego rzekomo zupełnie się nie nadaję. Nie szukałem jednak roli, ona sama mnie znalazła.

Zacząłeś od razu od wielkiej polskiej produkcji - "Quo Vadis" Jerzego Kawalerowicza i od roli Krotona.

"Quo Vadis" to był mój pierwszy pomysł, kiedy zastanawiałem się nad rolą dla siebie. Tyle że widziałem się jako Ursusa. O tym, że był tam jakiś Kroton, nie pamiętałem. Zaproszenie na casting było zatem spełnieniem marzeń, również dlatego, że uwielbiałem filmy Kawalerowicza, a "Faraon" jest najlepszym filmem historycznym, jaki w życiu widziałem. Casting wygrałem no i zagrałem Krotona, choć zagrałem to za dużo powiedziane. Trochę się zresztą rozczarowałem. Miałem nadzieję, że ktoś mi podpowie jak reżyser widzi moją postać. Czy mam zachowywać się jak tępy osiłek, czy jak inteligentny psychopata, czy może jeszcze inaczej. Czekałem na jakieś wskazówki, a tymczasem w trakcie kręcenia scen dostawałem tylko uwagi techniczne, instrukcje jak mam chodzić, żeby zmieścić się w kadrze i nie zasłaniać innych aktorów. Miałem jednak swoje momenty w świetle reflektorów - walkę ze Sławkiem Luto, mistrzem sumo, w czasie uczty u Nerona, a potem z Rafałem Kubackim, czyli Ursusem. Dla mnie to była najprzyjemniejsza część pracy. Choć wokół była cała czołówka polskich aktorów, przez te dwa dni zdjęć to my byliśmy najważniejsi.

Który projekt filmowy, w którym uczestniczyłeś, uważasz za najciekawszy?

"Jasminum" dało mi najwięcej satysfakcji, bo miałem coś do grania i nawet byłem wymieniany w rolach głównych zaraz za Bogusławem Lindą. W "Starej Baśni" co prawda też, ale tam przez cały film chodziłem w hełmie i ryczałem coś w nieistniejącym języku. Miałem tam raczej wyglądać, niż grać. Prawdziwą aktorską satysfakcję miałem dopiero w teatrze. Zaprzyjaźniłem się z Teatrem Muzycznym Capitol we Wrocławiu i wystąpiłem tam w kilku spektaklach, brałem też udział w Galach Przeglądu Piosenki Aktorskiej. A już najbardziej dumny jestem z występu w spektaklu "Nut Ferment", w którym przez siedem minut na środku sceny mówiłem monolog Gustava-Konrada z "Dziadów". Na koniec dostałem naprawdę duże brawa.

Teatr cię urzekł.

Zobaczyłem, jak ciężką jest pracą w porównaniu z filmem. Grałem w najdroższych polskich filmach, z absolutną czołówką polskich aktorów i ani przez moment nie czułem, że tam nie pasuję, że jestem za słaby. Mieściłem się w dopuszczalnych granicach. Ale w teatrze... ciężka, wymagająca praca, niezwykle wysoki poziom aktorów. W czasie prób do "West Side Story", mojej pierwszej sztuki, w której miałem zagrać ważną rolę sierżanta Krupkego, zastanawiałem się, co ja tam robię... Przecież ja nic nie umiem. Dopiero tam zobaczyłem różnicę w poziomie umiejętności i przygotowania do roli pomiędzy mną, a zawodowymi aktorami.

Po trzech miesiącach prób miałem dość. W kółko to samo, całe wieczory zajęte. Powiedziałem sobie: "Misiu, spróbowałeś. Wiesz już jak to jest. Pierwszy i ostatni raz. Tęsknić nie będziesz". I tak myślałem aż do premiery. Byłem wśród tych, którzy kłaniają się osobno. Dostałem swoje "własne" brawa i już wiedziałem, że jak tylko zaproponują mi kolejną rolę, będę grał. Zawsze się dziwiłem, dlaczego aktorzy, którzy za dzień zdjęciowy w filmie zarabiają tyle, co za miesiąc w teatrze występują na deskach. Przestałem się zastanawiać, kiedy poczułem jak to jest grać przed żywą publicznością i dostać brawa po występie. To jest jakaś magia... Ten jeden moment nagrodził mi cały wysiłek.

Który aktor, z którym występowałeś, zrobił na tobie największe wrażenie?

Franciszek Pieczka. W "Quo Vadis" grał świętego Piotra, a ja jego aktorską magię poznałem w scenie, w której mówił o Chrystusie Zmartwychwstałym. Jerzy Trela, Paweł Deląg i ja mieliśmy zagrać swoje reakcje na tę opowieść. Pan Trela zrobił to błyskawicznie, trzy duble i już. Ja miałem najprostsze zadanie, wystarczyło pokazywać, że mam to wszystko gdzieś. Najtrudniej miał natomiast Paweł Deląg. Słowa świętego Piotra miały nim wstrząsnąć i spowodować duchową przemianę. Reżyserowi za każdym razem coś w jego grze nie pasowało. W końcu zawołał pana Franciszka i poprosił, żeby powiedział swój monolog jeszcze raz, bo on nagrał tę scenę dwa dni wcześniej. Słuchając go nie dało się źle zagrać. Pan Franciszek stanął na pudłach w jaskini gdzieś w Tunezji, podniósł ręce i zaczął mówić. Na twarzy Deląga po prostu musiały się pojawić te uczucia, o które chodziło reżyserowi. Mnie tamten pokaz zszokował.

(mr) PAP/Jacek Turczyk

(mr) PAP/Jacek Turczyk

Kiedy zainteresowałeś się psychologią?

To się zaczęło już w sporcie. Chciałem być lepszy i czytałem literaturę, która w latach 80. była w Polsce dostępna. Ona jednak tylko przeszkadzała w osiąganiu dobrych wyników. Psychologia, której uczono za komuny, to było wszystko nieprawda. Dopiero później można było dostać lepsze publikacje. Ja je chłonąłem, bo miałem bardzo silną potrzebę, żeby się zmienić, bo nigdy nie byłem z siebie zadowolony, ani przez chwilę szczęśliwy. Byłem tak skrajnym perfekcjonistą, że nawet tego swojego rekordu Polski się wstydziłem. Miałem horrendalnie niskie poczucie własnej wartości i beznadziejną samoocenę. Oszukiwałem i stawiałem się w lepszym świetle bo wydawało mi się, że ktoś inny nie zniesie takiej beznadziejnej osoby jak ja. To było męczące, trudne i frustrujące. Czułem się ze sobą bardzo źle, co wbrew pozorom okazało się dla mnie dobre, bo dało mi silną motywację do zmiany. Dużo czytałem i starałem się korzystać z pozyskanej wiedzy.

I do jakich doszedłeś wniosków?

Że rzeczywistość nie ma żadnego znaczenia. Znaczenie ma wyłącznie nasza ocena rzeczywistości, bo tylko ona decyduje co przeżywamy, czy jesteśmy w piekle, czy w raju. Statystycznie wśród amerykańskich milionerów jest więcej samobójstw, niż wśród amerykańskich bezrobotnych. Szwajcarzy zabijają się dziesięć razy częściej niż mieszkańcy Turcji. Ci majętni ludzie strzelają sobie w głowę na swoich bajecznych jachtach zacumowanych w "Błękitnej Lagunie". Ja myślę, że byłbym tam przeszczęśliwy i miał najlepsze wakacje w życiu. Bogactwo, sława, powodzenie w życiu nie mają żadnego znaczenia dla naszego poziomu szczęścia. Znaczenie ma wyłącznie nasza ocena tego wszystkiego. Dlatego samobójstwa popełniają zarówno bogacze, zdobywcy Oscarów i jak i gwiazdy pop, które oklaskują tłumy. Mnie w teatrze brawo biło pięćset osób i ładunek pozytywnej energii wystarczył mi na rok. A ci, którzy doświadczają tego nieustannie, potrafią to nienawidzić. Możemy mieć wszystko, a mimo to czuć się fatalnie, bo sami sobie wymyślamy sobie jakieś braki i koncentrujemy na nich uparcie uwagę.

Jesteś chyba jedynym takim przypadkiem na świecie - dwumetrowy były dyskobol, biznesmen i aktor, który tuż przed sześćdziesiątką opracował własną metodę psychologiczną. Nazwałeś ją "Radykalna Redukcja Stresu".

Robiłem to dla siebie. Pochłaniałem wszystko, co na ten temat pisano. Przez lata analizowałem, rozważałem i konfrontowałem wnioski z rzeczywistością. Opracowanie "Radykalnej Redukcji Stresu", sprawienie by stała się kompleksową, spójną i logiczną metodą, opracowanie skutecznie działających narzędzi, umożliwiających redukcję każdego stresu w każdej sytuacji, sprawdzenie ich w praktyce, trwało prawie trzydzieści lat. W którymś momencie zauważyłem, że wnioski, do których doszedłem są całkowicie sprzeczne z akademickim podejściem do stresu. Pomyślałem sobie, że jeśli opracowałem coś, czego według mnie nie da się obalić opierając się na logice i doświadczeniu, jest to coś ważnego i trzeba to pokazać ludziom. Tym bardziej, że moja metoda działa i dzięki niej możemy przeżywać znacznie mniej stresu, a jeśli będziemy konsekwentni, nie przeżywać go w ogóle.

A zatem na czym ta metoda polega?

Opiera się na moim dość rewolucyjnym odkryciu, że przyczyną stresu są wyłącznie nasze negatywne oceny. Negatywne oceny okoliczności, sytuacji, wszelkich relacji, stanu rzeczywistości, przeszłości i przyszłości, oraz wszystkiego co tylko zdołamy wymyślić i ocenić. Oceniając cokolwiek negatywnie jednocześnie produkujemy stres i negatywne emocje. Zawsze. Każda negatywna ocena automatycznie wywołuje stres i negatywne emocje. Wydaje się nam, że nie mamy wyjścia, oceniamy negatywnie, bo taki jest świat, bo takie jest życie, bo przecież zdarzają się nam różne nieprzyjemne rzeczy. Na szczęście to nie jest prawda. Nie jesteśmy marionetkami rzeczywistości. Nie jest tak, że to rzeczywistość pociąga za sznurki, a my przeżywamy wyłącznie to co przynoszą nam sytuacje i okoliczności.
To my jesteśmy twórcami każdej przeżywanej emocji i każdego stresu. Decyduje nie sytuacja, a wyłącznie twoja ocena sytuacji - to punkt wyjścia do mojej metody. Zatem zmieniając ocenę, zmieniasz emocje i nie przeżywasz stresu. Jednak "Radykalna Redukcja Stresu" nie polega na tym, żeby się oszukiwać i we wszystkim szukać na siłę pozytywów. Uczy nas oceniać uczciwie i rzetelnie. Bo w ogóle tego nie potrafimy i nieustanni oszukujemy się oceniając rzeczywistość negatywnie.

Dlaczego twoim zdaniem tak jest?

Nasz sposób oceniania jest z paleolitu i służył do ratowania nam życia. O tym, że zazwyczaj oceniamy negatywnie, decyduje nawykowy program działania naszej percepcji, który ewolucja ukształtowała dla skutecznej ochrony życia jaskiniowca. Ten program dalej rządzi naszą percepcją sprawiając, że nasz umysł nawykowo z całego bogactwa rzeczywistości wyszukuje wszelkie potencjalne niebezpieczeństwa oraz zagrożenia i uparcie koncentruje na nich naszą uwagę. Zatem mając niemal nieustannie w polu uwagi złe i niekorzystne aspekty sytuacji, ciągle je rozważamy i oceniamy, produkując stres i negatywne emocje.

Więc jak powinniśmy według ciebie oceniać to, co nas spotyka?

Na podstawie rzeczy naprawdę ważnych. Zawsze uczciwie i rzetelnie, według zawsze tego samego, jedynego właściwego punktu odniesienia, czyli naszej własnej, dobrze skalibrowanej i przemyślanej skali wartości. A co jest dla nas ważne? Życie, zdrowie, rodzina, dalej finanse. Dopiero potem samochód, komórka czy zegarek. Więc jeśli ukradli ci telefon i portfel, a do tego boli cię ząb, to uczciwa ocena powinna być taka, że jest dobrze. Masz parę drobiazgów, spraw do załatwienia, o których za tydzień zapomnisz. Żeby uczciwie oceniać jakąkolwiek sytuację, musimy pamiętać o tym, co ważne.

Czyli myślimy, że jest źle na podstawie pojedynczych zdarzeń, a zamiast nich powinniśmy mieć w głowie bardziej ogólny obraz naszego życia?

Tak. Rozważamy i analizujemy wyłącznie to co znajduje się akurat naszym w polu uwagi, a są tam zwykle negatywne drobiazgi, które sprawnie wyłuskaliśmy z nieskończenie bogatej rzeczywistości. To wyłącznie je oceniamy i mamy wrażenie, że taki jest świat. I na podstawie tych błędnych ocen nieustannie podejmujemy błędne decyzje.

FOT. MAREK BICZYK - NEWSPIX.PL

FOT. MAREK BICZYK - NEWSPIX.PL

Źródło: Newspix.pl

Powiedziałeś że nie zgadzasz się z tym, jak klasyczna psychologia podchodzi do zagadnienia stresu. A co środowisko psychologiczne mówi o twoich teoriach i metodach. Nie mają cię za szarlatana, heretyka?

Oczywiście, że mają. Oni lubią się czegoś nauczyć raz na zawsze i wierzą autorytetom, a nie logice i własnemu rozumowi. Nie chcą skonfrontować niektórych klasycznych teorii z logiką. Różnimy się przede wszystkim w ocenie przyczyny stresu. Ja wiem, że jedyną jego przyczyną są wyłącznie nasze negatywne oceny. Że to wyłącznie my, oceniając rzeczywistość, tworzymy wszystkie przeżywane emocje i każdy przeżyty stres. Nie są przyczyną stresu, jak sądzi akademicka psychologia, jakieś relacje między osobą a otoczeniem, obciążające, przekraczające zasoby, czy zagrażające dobrostanowi, nie zmiany zasobów, nie sytuacje, nie żadne stresory. Stres wywołują wyłącznie nasze oceny tego wszystkiego i wszystkiego co tylko uda nam się wymyślić i ocenić. W książkach psychologicznych piszą, że żyjemy w bardzo stresujących czasach, że tempo życia, nieustanne zmiany, pośpiech, bezrobocie, korki i tak dalej. Że nie da się wygrać ze stresem. Skrajna bzdura. Żyjemy w najlepszych czasach dla człowieka. Jesteśmy pieszczochami historii. Średnia długość życia w ciągu ostatnich stu lat wzrosła niemal o 100 procent.

Jesteśmy zbyt surowi dla siebie i dla rzeczywistości?

Mamy cudowny talent do skupiania się na drobiazgach które nam nie pasują. Jak prowadzę samochód i źle skręcę, za każdym razem mówię do siebie z wściekłością "Ty durniu!". Nie byłoby w tym nic złego, gdybym za każdym razem, jak skręcę dobrze, nazywał siebie geniuszem. Wtedy obraz rzeczywistości byłby właściwy - dwa tysiące razy jestem wspaniały i raz durny. Tyle że my nigdy sami się nie chwalimy za takie drobne rzeczy, natomiast pretensje do siebie mamy przy każdej okazji.

Dlaczego napisałeś książkę o psychologii, a nie o samym sobie? Miałbyś dużo do opowiedzenia.

Uważam, że moje perypetie są daleko mniej ważne od tego, co można powiedzieć, że odkryłem - że wyłącznie nasze myśli i oceny tworzą nasze życie emocjonalne. I że możemy zacząć dla własnego dobra z tego korzystać.

Na pewno powiesz, że najważniejsza rzecz do zrobienia w życiu wciąż jest przed tobą.

Oczywiście, że tak. Mam już w głowie następną książkę. Będzie miała tytuł "Szczęście jako nawyk". My większość rzeczy w życiu robimy nawykowo. Uważam, że w ciągu miesiąca jesteśmy w stanie wyuczyć się kilku nawyków które sprawią, że wyprodukujemy nawykowo i automatycznie tak dużo silnych pozytywnych ocen i emocji, że będziemy niemal nieustannie szczęśliwi.

W przypadku szczęścia rzeczywistość też nie ma znaczenia?

Przez kilka lat współpracowałem z niepełnosprawnymi i dlatego wiem, że nawet jak się nie ma obu nóg, można być szczęśliwym. Niektórzy z tych inwalidów zbudowali sobie fajne życie, inni beznadziejne. Zupełnie tak jak my. Mam tam dobrego znajomego. Bóg dał mu najmniej, jak się da. Urodził się tylko z jedną sprawną ręką, druga to niewielki kikut, nogi niesprawne.
Skończył ekonomię, jest głównym księgowym w firmie, która zatrudnia osiemset osób. Ma żonę, dwójkę dzieci. Był na siedmiu paraolimpiadach, zdobył worek medali. Zjeździł cały świat, ma zdjęcia z Jackie Kennedy, z Arnoldem Schwarzeneggerem. Wizytę typu "rąsia, buzia, goździk" miał u kilku polskich prezydentów. Bywałem u niego w firmie i choć jeździ na wózku, kobiety patrzą na niego zainteresowaniem, bo jest męski, pewny siebie, ma wiedzę i charakter. Mimo że dostał tak mało, zbudował sobie z tego pełne, barwne i ciekawe życie.