Na co dzień senne, wręcz zapomniane przez Koreę Południową. Mieszka tam zaledwie 43 tysiące ludzi, w większości ludzie starsi, którzy żyją z uprawy kukurydzy i ziół leczniczych. Miasto, którego 80 procent terenu to góry. To właśnie tam odbywają się XXIII Zimowe Igrzyska Olimpijskie. Pjongczang ma szansę odmienić swój los.

Korea Południowa, Seul. Stolica nowych technologii, która w przeciągu ostatnich kilkudziesięciu lat stała się jedną z najbardziej rozwiniętych metropolii świata. Kolebka takich gigantów jak Samsung, LG i Hyundai. Miasto innowacji i wielkich możliwości, do którego ciągnie inwestorów, pieniądze liczone są w miliardach dolarów, a język angielski jest niemal językiem urzędowym.

Około 100 kilometrów na wschód od Seulu, prowincja Gangwon. Gwar ludzi zastępuje tutaj cisza, dzięki której niemalże słychać podmuchy wiatru. Nie ma szklanych biurowców sięgających chmur. Do nich docierają jedynie szczyty pasma górskiego Taebaek, ciągnących się przez 500 kilometrów. Główna droga, położona pośród wzniesień prowadzi do miasta Pjongczang, stolicy administracyjnej powiatu o tej samej nazwie. Najbiedniejszego w Korei Południowej.

Źródło: Getty Images

Do trzech razy sztuka

Jeszcze kilkanaście lat temu było anonimowe poza granicami kraju. Dla Koreańczyków znane jedynie z miejsca, którego nazwę trudno wymówić i zapamiętać. Daegwallyeong-myeon, będące największym w kraju ośrodkiem sportów zimowych, spowodowało jednak, że na początku XXI wieku Koreańczycy wpadli na pomysł zorganizowania tam zimowych igrzysk olimpijskich. Byli jednak tak anonimowi, że początkowo mylono ich nazwę z Pjongjangiem, stolicą Korei Północnej.

Sama droga do uzyskania przychylności Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego kosztowała wiele determinacji. Ich pierwszym marzeniem było ściągnięcie najlepszych sportowców na świecie już w 2010 roku. Wtedy jednak minimalnie więcej głosów przyznano Vancouver. Azjaci nie poddali się. Pjongczang było pierwszym miastem, które złożyło wniosek o przyznanie praw do organizacji imprezy cztery lata później. Koreańczycy przebrnęli do ostatniej fazy konkursu, jednak znów przegrali na finiszu, tym razem z Soczi.

Ich determinacja się jednak opłaciła. 6 lipca 2011 Międzynarodowy Komitet Olimpijski w Durbanie wybrał Pjongczang na gospodarza zimowych igrzysk olimpijskich w 2018 roku. Ich kandydatura nie miała sobie równych i zyskała aż 63 głosy. Dla porównania - Monachium otrzymało ich zaledwie 25. - Wreszcie zaznaczyliśmy się na mapie świata - mówili szczęśliwi mieszkańcy. Z kolei prezydent MKOL Jacques Rogge dodawał: - Cierpliwość i wytrwałość zwyciężyły.

Jak jednak zorganizować tak ogromną imprezę w tak odludnym miejscu? Pjongczang jest bowiem najmniejszym miastem od 24 lat, które podjęło się przyjęcia najlepszych przedstawicieli sportów zimowych.

Najszybsze, największe, najlepsze

Zabrano się do pracy, a dla będących pracowitym narodem Koreańczyków (każdy z nich pracuje średnio po 55 godzin w tygodniu) dotrzymanie terminów było sprawą honoru. Postanowiono, że podczas imprezy istnieć będą dwa centralne ośrodki. Alpensia Sports Park, gdzie odbędzie się rywalizacja w biegach i skokach narciarskich, snowboardzie i biathlonie.

Źródło: Getty Images

Z kolei w Gangneung nad Morzem Japońskim znajdują się hale do sportów lodowych (w tym m.in. łyżwiarstwo szybkie, hokej na lodzie), a także stoki narciarskie dla alpejczyków. Wybudowano sześć całkowicie nowych obiektów, wyremontowano i usprawniono kolejnych siedem. Koszt? Około 14 miliardów dolarów.

Co ciekawe, Koreańczycy wykazali się sporą inwencją przy budowie tras biathlonowych. Cały kompleks i wszystkie tamtejsze trasy są ułożone na... polach golfowych. - Cały ten ośrodek Alpensia jest ośrodkiem golfowo-alpejskim. Oni wzięli przykład z austriackiego Kitzbuhel, gdzie również są pola do gry w golfa. Po prostu skopiowali europejskie wzorce i zrobili na azjatycką skalę - mówi dziennikarz "Rzeczpospolitej" Krzysztof Rawa, zafascynowany Koreą Południową.

Według Koreańczyków, igrzyska będą najbardziej technologicznie zaawansowanymi w historii. Gospodarze wykorzystują swoją wielką wiedzę, aby usprawnić działania w czasie imprezy. Ogromną inwestycją było chociażby zbudowanie kolei wysokogórskiej, która w zaledwie 60 minut przewiezie wszystkich chętnych z Seulu na sportowe areny, w tym przez największy kolejowy tunel na świecie, liczący 21 kilometrów. 51 połączeń dziennie, prędkość około 250 km/h.

- Już w 2009 roku, gdy byłem tam po raz pierwszy, potrafili znakomicie skoordynować sieć komunikacyjną, wtedy robiło to ogromne wrażenie. Stworzyli sieć autobusów, która świetnie łączyła miasto z innymi regionami. To zdaje egzamin, już wtedy mieli to opanowane do perfekcji, więc teraz będzie jeszcze lepiej - ocenia Rawa.

Olimpiada kulturowa

Ogromne zaawansowanie technologiczne kłóci się jednak z obrazem miasta Pjongczang, położonego zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od bogatego kurortu Alpensia. Wąskie ulice otoczone są budynkami mieszkalnymi, z których wiele prosi się o remont. Nie ma tu centrów handlowych - zastępują je targi wypełnione dziesiątkami stoisk pełnych koreańskich przysmaków.

Dla Koreańczyków jedzenie znaczy bowiem coś więcej. To element kultury kultywowany tam od pokoleń, a organizowanie i przygotowywanie posiłków jest celebrowane przez miejscowych i trwa zdecydowanie dłużej niż w Europie. Dla przywiązanej do tradycji miejscowej ludności gotowanie i spożywanie dań stanowi ważną część codziennego życia. Pikantne zupy złożone z dużej ilości warzyw, dziesiątki rodzajów mięs, oczywiście wszystko z dodatkiem ryżu lub makaronu – to tylko ogólny zarys, co może kulinarnie zaoferować Pjongczang. Zachwytów nad tamtejszym jedzeniem można słuchać godzinami od każdego, kto stamtąd wróci.

Kuchnia nie jest jedyną tradycją kulturową, jaką może się pochwalić Korea Południowa. Kraj ten jest przecież często określany jako drugi dom konfucjanizmu, czyli religii żywiącej przekonanie, że drogą do szczęścia i harmonii jest przestrzeganie hierarchii społecznej.

Źródło: East News

Spośród wszystkich krajów Dalekiego Wschodu, w których rozwijał się konfucjanizm, to w społeczeństwie koreańskim zyskał on największe znaczenie. Przez pięć wieków (1392–1895) był jedyną ideologią państwową i oficjalną religią. Złożona konstrukcja konfucjańska, łącząca w jedno rytuały, politykę, etykę, pedagogikę i filozofię, wywarła wielki wpływ na życie i system wartości Koreańczyków. Także w Pjongczangu można znaleźć wiele zabytków odnoszących się do tej religii. Średniowieczne szkoły konfucjańskie, oddychające wręcz historią, są regularnie odwiedzane i oddawany jest tam hołd wierze, na której wychowały się dziesiątki pokoleń.

Miejscowi wierzą, że dzięki igrzyskom kibice i sportowcy zainteresują się ich bogatą tradycją, która przetrwała od średniowiecza. Wszyscy przybyli na pewno nie rozczarują się gościnnością, z której mieszkańcy słyną.

- Korea Południowa perfekcyjnie przywita gości, nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Są niezwykle przyjaźni, zdecydowanie lepiej niż Chińczycy podchodzą do zagranicznych osób. Na pewno pomaga w tym system polityczny. Im bardzo zależy na tym, żeby odkryć Pjongczang dla świata – przekonuje Krzysztof Rawa.

38. równoleżnik strachu

Jednak Pjongczang to nie tylko kultura, tradycja i uśmiech dla gości. To także tragiczna historia, naznaczona Wojną Koreańską, której skutki odczuwane są tam do dziś. Trwająca trzy lata (1950-1953) wojna pochłonęła życie ponad miliona ludzi. Od 65 lat oba kraje są w stanie konfliktu i jeszcze niedawno istniało zagrożenie, że napięta sytuacja polityczna na Półwyspie Koreańskim zagrozi organizacji igrzysk olimpijskich.

Manewry wojskowe stosowane w ubiegłym roku przez socjalistyczne władze Korei Północnej postawiły na nogi największe światowe mocarstwa, obawiające się użycia broni nuklearnej. Mimo że MKOL uspokajał, że o przeniesieniu igrzysk do innego miasta nie ma mowy, nie wszyscy byli przekonani. Zwłaszcza ci znający położenie Pjongczangu na mapie.

Miasto znajduje się tylko kilkadziesiąt kilometrów na południe od granicy z Koreą Północną, przechodzącą przez 38. równoleżnik. Linia demarkacyjna liczy 238 kilometrów długości i cztery kilometry szerokości. Jest otoczona największym polem minowym na świecie. Budzi grozę i przypomina, że konflikt między państwami nie jest zakończony.

Źródło: East News

Szansą na zmianę stosunków koreańskich są właśnie zimowe igrzyska. Właśnie dzięki imprezie doszło w styczniu tego roku do pierwszych od dwóch lat rozmów między przedstawicielami obu krajów. Ustalono, że w Pjongczangu wystąpi reprezentacja w hokeju na lodzie kobiet złożona z zawodniczek Korei Południowej i Północnej. Ponadto na ceremonii otwarcia sportowcy z obu państw wyjdą pod barwami jednej flagi.

Pjongczang przed wielką szansą

XXIII Zimowe Igrzyska Olimpijskie mogą się okazać przełomowe dla Pjongczangu i jego mieszkańców. Wszyscy liczą, że organizacja tak wielkiej imprezy, przyjazd tysięcy kibiców i zainteresowanie sponsorów sprowadzi do miasta tak potrzebne pieniądze. Bo w to, że na imprezie zyska Korea, nie ma wątpliwości.

Władze liczą na ogromne korzyści gospodarze, mając w pamięci letnie igrzyska w Seulu. Po 1988 roku produkt krajowy brutto w Korei wzrósł aż pięciokrotnie. Według prognoz Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW) oczekuje się, iż do 2020 roku, Korea Południowa znajdzie się w jednym szeregu z Japonią, jeśli chodzi o wysokość produktu krajowego brutto na osobę. Prognozuje się, że przełomowy będzie 2018 rok. Nie ma w tym przypadku. Wszystko wskazuje więc na to, że igrzyska okażą się wielkim sukcesem.

W języku koreańskim Pjongczang oznacza pokój i pomyślność. Trudno znaleźć słowa lepiej oddające nadzieje mieszkańców tego wyjątkowego miejsca.