Akan - to miano nadali Ajnowie przybyszowi, który żył wśród nich na początku XX wieku. Jego prawdziwe nazwisko zna każdy Polak. Piłsudski. Bronisław Piłsudski, brat Józefa, zesłany na Sachalin. Paweł Goźliński na podstawie faktów z życia Bronisława napisał o nim reporterską powieść. Oto jej fragment.

DOTYK

Największą rozkoszą jest suche ubranie oraz ciepła zupa z ryb i kartofli, którą siorbie, krążąc po izbie z łyżką w lewej ręce i synem leżącym mu na prawym przedramieniu. Dziecko wciąż płacze i wierzga, więc Ciusamma odbiera je i przystawia sobie do piersi. Bronisław odmawia trzeciej czarki wódki, którą sam przywiózł. Żegna się i idzie spać. Kiedy Ciusamma kończy karmić, wślizguje się na posłanie i tuli do niego.

- Chcesz, żebym został?

- Bardzo.

- Zostanę kilka dni. Ale potem muszę jechać.

- Nie chcę. Samotnej trudno.

- Wiem. Ale w Sieraroko zbiera się starszyzna z całej okolicy.

- Ale nie będziesz brał innych kobiet po drodze?

- Ciusamma, o czym ty myślisz? Jest wojna!

- Jak wrócisz, zostaniesz na dłużej?

- Tak, może do lata.

- I będziesz mnie dotykał?

- Będę cię dotykał.

- I będziesz całował, jak całują Nucia?

- Będę cię całował.

Ciusamma zasypia wtulona w jego plecy. Ostrożnie odkleja się od niej, zsuwa nogi z posłania i klęka przy koszu, który zwisa tuż nad podłogą. Maleństwo śpi. Maleństwo, tak go nazywa, bo przecież wciąż nie ma imienia. Za wcześnie i na imię, i na talizman, który zwisać będzie między brwiami na kosmyku pozostałym po zgoleniu reszty włosów. Jego usta wciąż poruszają się, jakby ssały pierś. Wciska kciuk między jego maleńkie palce. Zaciskają się mocno.

– Hej, opowiesz mi, jak się tu znalazłeś, nowy staruszku?

Nie jest pewien, czy pyta jego, czy siebie.

9-letni Bronisław (drugi z lewej) z bratem Józefem (trzeci z lewej) z kolegami z wileńskiego koła kształceniowego, prawdopodobnie 1885 r.

9-letni Bronisław (drugi z lewej) z bratem Józefem (trzeci z lewej) z kolegami z wileńskiego koła kształceniowego, prawdopodobnie 1885 r.

Autor: Wydawnictwo Agora

Źródło: Materiały prasowe

LIST

Mój Drogi,
próbuję pisać po polsku, wybacz błędy, to straszne, że język mojej matki stał się dla mnie obcą mową. Ale wciąż wydaje mi się, że tylko w nim potrafię wyrazić to, co najbardziej mnie dotyka i najbardziej boli. Na przykład wstyd.

Pamiętasz list, w którym odpowiadałem na zaproszenie, bym wyruszył z tobą na Hokkaido? To właśnie wstyd mi go dyktował. Wstydziłem się pokazać ci resztki po człowieku, którym byłem, zanim wyspa zaczęła przemieniać we mnie każdy skrawek ciała i każdą myśl. Wstydziłem się kogoś, kto rozumie obcych lepiej niż siebie. Wstydziłem się, że zobaczysz półdzikusa i będziesz o nim opowiadał, kiedy wrócisz do domu.

Ale było coś jeszcze, czego ci nie napisałem, a potem nie znalazłem dość odwagi, żeby wyznać. Teraz, kiedy dookoła wojna, ja zaś stałem się niewolnikiem kapryśnego losu, nie ma sensu dalej ukrywać powodów mojego wstydu. Trudno, niech dziecko z tuziemką będzie ostatecznym dowodem, że zasłużyłem na twoją pogardę.

A może wcale nie? Za późno, żeby sprawdzić, nie wiem nawet, czy zdołam wysłać ten list i czy kiedykolwiek do ciebie dotrze. Może to i lepiej, bo muszę ci jeszcze napisać, jak bardzo cię nienawidziłem.

Jedno zdanie zachęty, bym wrócił z tobą do domu, sprawiło, że przebudziły się we mnie dawno niesłyszane głosy. Z dnia na dzień żal, tęsknota i rozpacz, że nie ma dla mnie powrotu, coraz mocniej przygniatały mnie do ziemi. Za tę rozpacz obwiniałem ciebie, bo to ty rozbudziłeś nadzieję akurat wtedy, kiedy nie miałem do
niej prawa.

Dlatego tamtej nocy, kiedy klęczeliśmy, czując na plecach dotyk żelaza, śmierć przyjąłbym z ulgą. Ale skoro nie przyszła, zostało mi tylko jedno: wrócić na Sachalin. Pod lufą karabinu pojąłem, że mój los na zawsze związany jest z wyspą. Że nie mogę pozwolić, by moje dziecko wiedziało o ojcu tylko tyle, ile opowie mu matka, jeśli uzna, że w ogóle warto opowiadać o dziwnym Nucia nie-Nucia, który zjawił się wśród Ajnów, by zadawać im osobliwe pytania i słuchać pieśni, a potem zniknął. Nieobecny ojciec byłby dla mojego syna ciężarem nie do zniesienia. Przecież zrobiłem go trochę swoim, trochę obcym, na własny obraz i podobieństwo. Dlatego obiecałem sobie, że mój syn nigdy nie będzie skazany na niemiłość ani na pokutowanie za grzechy ojca.

Ajnowie - lud z północy Japonii i Sachalinu

Ajnowie - lud z północy Japonii i Sachalinu

Autor: Wydawnictwo Agora

Źródło: Materiały prasowe

OBIETNICA

Jazgot na podwórzu nie pozwala dłużej się skupić. Odkłada pióro i uchyla okiennice. Psy obskakują Ciusammę i małego. Szturchają go mokrymi nosami, liżą po twarzy. Ciusamma zabiera im dziecko, wyciąga w górę ręce, krzyczy, opędza się kopniakami, ale psy i tak skaczą jej na ramiona, przewracają w śnieg. Zarzuca szubę i wybiega na dwór. Wpada między kundle, rozgania je i podnosi syna.

– Nic mu nie jest – uspokaja Wołochowa, który przygląda się całej scenie z przerażeniem w oczach. Śmieje się z niego, Ciusamma też się śmieje, przecież więcej było w tym zabawy niż strachu.

– Jeszcze niedawno wpadłbym w panikę – tłumaczy Wołochowowi. – Ale żyjąc między Ajnami, przyzwyczaiłem się, że u nich trudno jest uchwycić granicę między przemocą i grą.

– I nigdy jej nie przekraczają?

– Przeciwnie, mój drogi. Czasami zabawa zastępuje im wojnę. Ale częściej niewinna gra zmienia się w bitwę na pięści albo noże. Prawdę mówiąc, nie pamiętam święta, na którym lałaby się tylko krew ofiarnego zwierzęcia.

Bafunke uwiązuje psy do uprzęży, przykrywa sanie niedźwiedzim futrem. Bronisław sadowi się z tyłu, przed sobą sadza dziewczynę i dziecko.

Naprzód!

Psy szarpią, Bronisław omal nie spada z sań. Przytrzymuje mocniej Ciusammę. Bafunke stoi na płozach, potrząsa lejcami i krzykiem popędza zaprzęg. Oślepia ich ostry wiatr i słońce odbijające się od śniegu. Powiew świszczy w uszach. Puszczają się w dół doliny rzeczki, pędzą zlodzonym korytem. Trzeba tylko uważać na wystające konary, które są białymi wzgórkami na gładkiej powierzchni śniegu. Bronisław zagląda Ciusammie przez ramię. Mały nie płacze. Przygląda się szeroko otwartymi oczami, jak mija ich rozpędzony świat. Chyba podobają mu się korony jodeł zlewające się w czarnozielone pasma i obłoki śniegu wzbijanego przez psie łapy. Jemu też bardziej podoba się świat, jeśli może na niego patrzeć oczami swojego bezimiennego syna.

Zawracają na rozlewisku. Wyjeżdżają z dolinki. Pędzą w stronę domu po zamarzniętym bagnie, wzdłuż alei obumarłych świerków. Zatrzymują się przed chatą. Ciusamma zsiada z sań. Bronisław bierze od niej dziecko i wchodzi do środka. Niech się zagrzeje przy ogniu. Rozbiera małego, który wierzga nogami jak przerażony żuk.

Ale żuk nie uśmiechałby się do niego.

– Powinieneś mieć imię, mój nowy staruszku. Wiem, zdaniem twojej matki to jeszcze nie czas. Ale to będzie sekret między tobą i mną, dobrze?

Pochyla się i szepcze coś dziecku do ucha. To tylko jedno, krótkie słowo.

Za oknem wciąż ujadają psy. W drzwiach staje Ciusamma, tuż za nią Bafunke.

– Śpiesz się, Akan – krzyczy. – Trzeba jechać!

Ciusamma wyjmuje mu z rąk niemowlę i wkłada do koszyka. Odwraca się.

Kiedy wrócisz? – pyta bezgłośnie.

Jak najszybciej.

Ale sam mówiłeś, że wojna...

Nie martw się. Jeszcze jest daleko.

A kiedy już tu będzie?

Zabiorę was w bezpieczne miejsce.

Obiecujesz?

Kobiety z plemienia Ajnów. Na twarzach na fotografii po lewej widoczne charakterystyczne tatuaże wokół ust

Kobiety z plemienia Ajnów. Na twarzach na fotografii po lewej widoczne charakterystyczne tatuaże wokół ust

Autor: Wydawnictwo Agora

Źródło: Materiały prasowe

NARADA

Kiedy dojeżdżają do Otosan, psy z ich zaprzęgu natychmiast rzucają się na obce watahy. Bafunke strzela z bata, żeby je okiełznać, nie żałuje kopniaków. Zatrzymują się na polanie, gdzie dwa lata temu Bronisław oglądał swoje pierwsze iomante. Ofiarny słup przykrywa gruba warstwa śniegu. Odkopują go, żeby uwiązać psy.

Narada odbywa się w największej jurcie z dwoma paleniskami, przez jej okna i dach ulatnia się dym. Niby nie ma czego świętować, ale po wielkiej izbie krążą naczynia z sake. W półmroku Bronisław dostrzega Ussajro i Tomkina. Siedzą przy dalszym palenisku. Pokazują mu, żeby się do nich przysiadł, ale witają się chłodniej niż zwykle. Może z powodu Wołochowa? W końcu to obcy, do tego jest jednym z Nucia. A może to wojna?

– Słyszałem, że zabrałeś syna ze szkoły, Tomkin – mówi Bronisław i bierze czarkę z rąk przyjaciela.

– A czy to nie wszystko jedno, czy mój syn będzie się umiał podpisać? I tak zginie.

– Dlaczego miałby zginąć?

– Wszyscy zginiemy. Jak nas nie zdążą pozabijać Nucia, przyjdą Siśam i wykończą.

– Wojna jest jeszcze daleko.

– Może dla ciebie, Akan. Do nas już przyszła.

Chciałby mu odpowiedzieć, że się myli. Wcisnąć jakiś ochłap nadziei. Tylko skąd go wziąć? Rozgląda się po izbie.

– Spójrz, ten naprzeciwko to Fumka, naczelnik z Sieraroko – szepcze do ucha Wołochowowi i pokazuje mu mężczyznę z głową w siwym tumanie. – Wetknął w ogień inau i czeka, aż spłonie.

– Zdaje się, że innym trochę się spieszy.

– Dziwisz się im? Młodym coraz trudniej jest wierzyć, że bogowie zatrzymają kule z karabinów i ochronią ich kobiety przed żołnierzami.

– Rozglądają się, jakby zliczali siły przed bitwą.

– Tylko czym mieliby walczyć? Zardzewiałymi mieczami?

– Ale kogoś będą musieli poprzeć.

– Wybiorą pierwszego, który obieca, że ich ochroni. Nawet jeśli potem i tak zdradzi.

Bronisław czuje na sobie spojrzenia mężczyzn, chociaż kiedy sam próbuje spotkać ich wzrok, uciekają natychmiast. Dobrze wie, co to znaczy. Przyjechali tu dla niego, czekają, co im powie.
"Nie nadają się nawet na mięso armatnie".
"Niech zdychają, kto się teraz będzie nimi przejmował".
„"Każdy to potencjalny szpieg".
"Lepiej wyrżnąć, zanim nas sprzedadzą Japończykom. To ich psy".

Jeśli chodzi o wieści z Korsakowa, to tyle. Ma jeszcze kilka rad: unikajcie rosyjskich osiedli, uciekajcie przed żołnierzami, szykujcie się na głód, po nim przyjdzie zaraza. Ale to akurat wiedzą i bez niego.

– Rodziny muszą trzymać się razem – odzywa się Bafunke. Patrzy w ogień, ale Bronisław wie, że mówi do niego. – Trzeba gromadzić zapasy, przygotować kryjówki. Musimy być w każdej chwili gotowi, żeby uciec w góry.

– Nie możecie czekać – przerywa mu. – Wojna jest szybsza niż psie zaprzęgi.

- W górach nas nie dosięgnie – uspokaja Tomkin.

– Mylisz się. Tam i tak was dopadną.

– Więc pójdziemy na północ, gdzie nie ma osad Nucia.

– To ziemie Gilaków i Oroków. Nawet jeśli was przyjmą, nie podzielą się zapasami. Będziecie umierać z głodu.

– Więc co radzisz, Akan? – dopytuje Fumka.

Paweł Goźliński i okładka książki

Paweł Goźliński i okładka książki "Akan" - powieści o Bronisławie Piłsudskim

Autor: Wydawnictwo Agora/Mikołaj Grynberg

Źródło: Wydawnictwo Agora

POLSKA

Muszą poczekać na odpowiedź. Pociera brodę, szepcze pod nosem słowa, które nie mają sensu, ale dzięki temu wygląda, jakby się modlił. Niech myślą, że to nie on mówi, że to duchy dyktują mu odpowiedź.

– Wiem, co to znaczy porzucić ajnu mosir. Sam przed wielu laty musiałem zostawić swój dom i najbliższych. Wiem, jak to boli, ale wiem też, że dzięki dobrym ludziom z Aj, z Sieraroko, z Otosan znalazłem tu nowy dom. Każdego dnia dziękuję dobrym kamuj, które wskazały mi drogę do waszych chat. Ale teraz proszę je, żeby otworzyły wam uszy na to, co chcę powiedzieć. To nie będzie miłe, ale nie mam wyjścia. Wy też go nie macie, jeśli chcecie przetrwać. Dlatego proszę was, posłuchajcie mnie i wywieźcie z wyspy wszystkie wasze kobiety i dzieci.

Przez chwilę milczą, niepewni, czy dobrze zrozumieli. Potem wybucha wrzawa. Mężczyźni podrywają się spod ścian, pohukują, rzucają w niego niewidzialnymi kamieniami. Starcy przymykają oczy, szepczą, ale raczej miotają przekleństwa, niż próbują go osłonić modlitwami. Ussajro też krzyczy, próbuje uciszyć tumult, ale jego słowa grzęzną w lawinie obelg. Rozumie tylko dwa słowa: nasz brat.

– Co się dzieje? – dopytuje Wołochow.

– Nie chcą porzucić swojej ziemi. Boją się, że już nie wrócą.

– Rozeźliłeś ich, lepiej zejdźmy im z oczu.

– Zaczekaj.

Bronisław chce zerwać się z miejsca, ale uprzedza go Fumka. Wstaje powoli, rozgląda się. Nie podnosi głosu, a jednak milkną. Bronisław znów rozumie tylko pojedyncze słowa. "Ufać", "kłamstwo", "uciekać", "kraj ojców".

– Ussajro, tłumacz!

– Mówi, że nas oszukałeś, Akan.

– Tłumacz dobrze.

– Mówi, że nie po to zakładałeś szkoły, żeby uczyć naszych synów. One były, żeby Nucia wzięli ich do wojska.

– To nieprawda, Ussajro, wiesz o tym.

– Mówi, że dzieci miały pisać w języku Nucia, żeby Siśam ich znienawidzili. Żeby zabijali. Żebyśmy ze strachu przed ich gniewem uciekli z ajnu mosir.

Podrywa się z miejsca.

– Więc dlaczego posłał do szkoły dzieci ze swojej wioski? – krzyczy.

– Bo ci ufał. Ale już nie ufa.

Nie wie, co odpowiedzieć, siada, ale wrzawa wcale nie cichnie. Coś masywnego odrywa mu się od płuc, a teraz przemieszcza się między dnem brzucha i krtanią, dusi. Znów wstaje, przez chwilę szuka odpowiednich słów, ale rezygnuje. Nie może pozwolić, żeby kpili z niego, kiedy będzie brnął przez kolejne zdania.

– Macie rację, jeśli pozostaniecie na tej wyspie, wszyscy zginiecie. Nie patrz tak na mnie, Ussajro, tłumacz! Zginiecie, jeszcze zanim dorosną dzieci waszych dzieci. Wcale nie dlatego, że was pozabijają Nucia, Siśam albo jeszcze ktoś inny. Zginiecie, bo wam wmówili, że jesteście tchórzliwi i słabi. Że nie potraficie żyć bez ich pomocy. A wy im uwierzyliście. Zginiecie, bo się wstydzicie przed nimi tego, kim jesteście. Wstydzicie się swoich kamuj. Tłumacz! Nie po to uczyłem wasze dzieci języka Nucia, żebyście zapomnieli swoich słów. Chciałem tylko, żebyście nie musieli się czuć od nich gorsi. Jeśli tego nie zrozumiecie... Tłumacz! Jeśli tego nie zrozumiecie, nic po was nie zostanie. Tylko cmentarze. Ludzie zapomną, że kiedykolwiek żyliście. Dlaczego nie tłumaczysz!?

Ussajro przygląda mu się szeroko otwartymi oczami, jak szamanowi, który już zaczął swój lot.

– Nie rozumiem ciebie, Akan.

– Dlaczego?

– Chyba mówiłeś po polsku – szepce Wołochow.

Fragment książki Pawła Goźlińskiego "Akan" opublikowaliśmy dzięki uprzejmości wydawnictwa AGORA.