Juliusz Ćwieluch , 7 marca 2019

Trujmiasto

Zimą polskie powietrze śmierdzi i zabija. Sami to sobie robimy. Węglem. W futurystycznej powieści "451o Fahrenheita" patrole straży pożarnej szukają książek, które następnie palą. W tej opowieści patrole Straży Miejskiej jeżdżą po Krakowie i tropią tych, którzy palą w piecach.

Od redakcji: Tekst publikujemy dzięki współpracy z miesięcznikiem "Pismo". Skróty i śródtytuły pochodzą od redakcji Magazynu Wirtualnej Polski. "Pismo. Magazyn opinii” to miesięcznik, który łączy w sobie fakt, literaturę, obraz oraz humor. Poruszamy w nim istotne tematy społeczne, ekonomiczne, naukowe, technologiczne, kulturalne i polityczne.

Strażnicy polują na palących śmieciami, odpadami i węglem najgorszej jakości. Od września 2019 roku na podstawie małopolskiej uchwały antysmogowej mogą wlepiać mandaty każdemu, kto spali choćby grudkę węgla albo szczapkę drewna. Dla kilkunastu milionów Polaków to wizja równie fantastyczna, jak ta z powieści Raya Bradbury’ego. W Polsce jest około pięciu i pół miliona domów jednorodzinnych, z których osiemdziesiąt procent ogrzewanych jest "kopciuchami", czyli piecami niespełniającymi norm emisji. Jeśli mamy ochotę przestać wzajemnie się zabijać, wszystkie te piece muszą po prostu zniknąć.

Jeszcze niedawno była to ciężka robota. Strażników z krakowskiego ekopatrolu ludzie nie chcieli wpuszczać do domów. Czasem straszyli i wyzywali od najgorszych. Po dziewięciu latach to już trochę sentymentalne wycieczki. Strażnicy znają rewir na pamięć i przerzucają się, kto ile razy był na kontroli w danym domu.

Patrol rozpoczyna się na obrzeżach miasta. Dzielnica ma sznyt na wpół wiejski. Zadbane domy przemieszane są z tymi z pustaka, które nie doczekały się ocieplenia i tynku. Na ogrzanie takiego domu trzeba wydać znaczniej więcej niż tych ładnych zza płotu. To jeden z paradoksów biedy. Jest ich więcej.

W domach przy ulicy W. zostały już tyko cztery piece węglowe. Resztę już dawno wymieniono na gazowe, za co właściciele nie musieli płacić, bo program likwidacji pieców węglowych na terenie Krakowa jeszcze pięć lat temu był w fazie marchewki. Dotacja na wymianę instalacji grzewczej sięgała prawie stu dwudziestu procent kosztów. Pierwsi po pieniądze ustawili się bogaci. Biedni namyślali się dłużej. Odwlekali, ile się dało, moment, w którym będą musieli ogrzewać domy droższym gazem. Teraz dopłata do wymiany wynosi sześćdziesiąt procent kosztów. To kolejny paradoks. Żeby go wyeliminować wraz z piecami, Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej w Krakowie dopłaca brakujące czterdzieści procent.

Dom, którego nie ma, a truje

Rodzina Z. nie skorzystała z dotacji z powodu trudnego charakteru właścicielki domu, jak twierdzi jej zięć, pan O. I z przyczyn formalnych, bo dom właściwie nie istnieje. Oficjalnie jest w budowie od lat 70. zeszłego wieku. Na papierze jest tylko stojąca obok rudera, w której nikt nie mieszka.
Sprawę wymiany piętnastoletniego pieca węglowego na nowy, gazowy, komplikuje również zaangażowanie szwagra, który postanowił rozwinąć skrzydła i zabłysnąć przedsiębiorczością.

Działka jest zlokalizowana na niewielkim zboczu opadającym w kierunku lokalnej rzeczki, chciał je więc wyrównać za pomocą odpadów z warsztatów samochodowych. W tym celu przyjął nieokreśloną liczbę plastikowych zderzaków, kołpaków, starych desek rozdzielczych i tego typu śmieci, którymi miał wyrównać teren, a następnie zasypać wszystko gruzem. Ale sąsiedzi go podkablowali.

– Całe szczęście, że szwagier nie zdążył przyjąć gruzu – mówi pan O. Zostali ze śmieciami, których utylizacja będzie kosztować grube tysiące, bo nie podlegają wywózce w ramach umowy z Miejskim Przedsiębiorstwem Oczyszczania. Trzeba je oddać do spalarni na własny koszt.

Więcej szczęścia szwagier miał z oponami. Przyjął ich na teren posesji 150. – Ale te można przynajmniej za darmo wywozić na miejskie wysypisko – wzdycha O. – Roczny limit to cztery opony, więc trochę to potrwa. – Ale z pewnością wszystkie tam trafią, bo jak twierdzi O., nikt przy zdrowych zmysłach nie wsadzi opony do pieca. Druty zatykają ruszt, a guma tak zawala komin, że nie idzie go później przepchać. Tak przynajmniej słyszał.
Teraz palą biomasą, czyli paletami, których szwagier niemało załatwił. Po otwarciu pieca okazuje się, że przy okazji zmieścił się tam jeszcze fragment regału z klejonej płyty wiórowej, który trudno przecież nazwać śmieciem, skoro służył w rodzinie tyle lat.

Pięćset złotych mandatu dla pana O. to prawie jedna czwarta jego pensji. Ostatecznie ze względu na niskie dochody dostaje dwieście złotych kary, pouczenie i miniwykład o ekologii, w którym strażnicy miejscy grają na nucie egoistycznej, że jedną sprawą jest trucie sąsiadów, ale i sobie nie ma co raka hodować. Wizją raka pan O. specjalnie się nie przejął. Zaproponował nawet własną, w której w Polsce skończy się jak we Francji. Tam palą samochody i w Polsce będą palić, bo jak człowiek nie ma co do garnka włożyć, to nie będzie się przecież martwił, co wkłada do pieca.

Smog w Krakowie. Widok z Mogilan na stronę poludniową

Smog w Krakowie. Widok z Mogilan na stronę poludniową

Autor: Michał Łepecki

Źródło: Agencja Gazeta

Siwy dym

Strażnik miejski Włodzimierz Marcisz ma czterdzieści osiem lat. Pamięta lepsze czasy za Gierka i obowiązkowe klejenie górniczych czapek na zajęciach praktyczno-technicznych. Górnicze czako robiło się z czarnego brystolu. Pióropusz z białej krepiny, która imitowała kogucie pióra. Tylko ze złotą nitką do wykończenia otoku już wtedy był problem. Ale w kwestii złota nauczyciele kładli nacisk na to, że węgiel to polskie złoto. Choć tak naprawdę był cenniejszy od złota. Węgiel to były dewizy na spłatę zagranicznych kredytów.

Po Gierku zostały długi – spłacone w 2012 roku – i kopalnie, z którymi do dziś nie wiadomo co zrobić, bo do górnictwa państwo wciąż dopłaca i ciągle ma z nim problem. Przez robotę Marcisza problem będzie jeszcze większy, bo Kraków całkowicie odchodzi od palenia węglem w piecach. Na wydobycie to nie wpłynie. Ale na wizerunek czarnego złota – z pewnością.

Przed ostatnimi wyborami samorządowymi ekopatrol dostał samochód elektryczny. W ten sposób władze miasta chciały pokazać, jak bardzo są zdeterminowane, żeby zedrzeć z Krakowa łatkę Trujmiasta. I teraz tym samochodem strażnicy bezgłośnie suną po ulicach w poszukiwaniu trucicieli. Po zaledwie paru minutach zjeżdżają z głównej ulicy prosto w gęstą chmurę dymu. Siwego. Ale strażnicy mówią, że po kolorze dymu to tylko w Watykanie można się czegoś dowiedzieć. Chwilę później delegacja Straży Miejskiej stoi w tym dymie i cierpliwie czeka, aż ktoś ich wpuści na posesję. Właściciela nie ma, ale jest człowiek, który wynajmuje jedną z hal. To on dokłada do pieca, więc jest formalna podstawa do rozpoczęcia kontroli.

Warsztat lepi się od smaru. Ściany od brudu i sadzy. Piec jest w kolorze smolistym. Zdjęciem z kontroli można by ilustrować podręczniki, jak nie powinno to wszystko wyglądać. Palacz nie godzi się na zdjęcia. Na kontrolę paleniska zgodzić się jednak musi. Dym lekceważy. Mówi, że właśnie rozpalił, więc zanim piec złapie temperaturę, musi się dymić. A pali przecież węglem. Konkretnie czymś, co przypomina węgiel, bo jest czarne. I nawet ma kilka grudek węgla, ale składa się głównie z miału. Strażnicy proszą go o dowód zakupu opału i certyfikat ze składu węgla, który potwierdza, że nie jest to ustawowo zakazany od listopada 2018 roku miał węglowy. Rozpoczyna się telekonferencja z właścicielem posesji, który zapewnia, że rachunek i certyfikat ma. Tyle że u księgowej. Papiery załatwi, to znaczy dostarczy za kilka dni. W tym momencie nawet palacz ogląda czubki własnych butów.

Strażnicy metodą gry operacyjnej postanowili zastawić sidła na właściciela węgla. Z pryzmy zostały pobrane trzydzieści dwie próbki, czyli szufelki. Usypany stosik został podzielony na cztery równe części, z których podejrzany o palenie złym węglem miał prawo wybrać jedną na materiał do badań. Mógł również osobiście pobrać próbkę popiołu z pieca. Ale zrezygnował z tego przywileju. Próbka trafiła do metalowej puszki, która tak się nagrzała od gorącego popiołu, że nie dało się jej dotknąć.

Dla zabicia czasu i obniżenia temperatury poprowadzono nad tą puszką rozmowę. Słabo się kleiła, aż palacz wydusił pytanie, ile mu mogą dołożyć za palenie złej jakości węglem. Okazało się, że pięćset złotych. Dopytał jeszcze z ciekawości, ile kosztuje analiza jednej próbki. I okazało się, że od jednego do trzech tysięcy złotych. Węgiel wraca na Śląsk, bo próbki z Krakowa wysyłane są do laboratorium Instytutu Chemicznej Przeróbki Węgla w Zabrzu. A popiół biorą na warsztat na Politechnice Krakowskiej. Rachunek na trzy tysiące złotych za badanie węgla i tysiąc złotych za popiół zapłaci Straż Miejska, a nie sprawca, bo takie mamy prawo. I właśnie w tym momencie pod warsztat podjechał autobus linii 193 jadący w kierunku ronda Barei.

Smog w Górnośląskim Okręgu Przemysłowym w okolicach Katowic

Smog w Górnośląskim Okręgu Przemysłowym w okolicach Katowic

Autor: Kacper Pempel

Źródło: Reuters/Forum

W zeszłym sezonie grzewczym krakowska Straż Miejska przeprowadziła 12 770 kontroli palenisk. Miejscy ekolodzy z Krakowskiego Alarmu Smogowego uważają, że to za mało, a strażnicy już dawno powinni sięgnąć po najnowsze narzędzia, czyli drony. W tej kwestii opór włodarzy jest jednak niezłomny. – W polskich realiach prawnych wynik z drona nie jest dowodem. Nawet jeśli z powietrza ujawnimy przypadek spalania śmieci, to i tak musimy odbyć rutynową kontrolę, z pobraniem próbek włącznie – tłumaczy Adam Młot, komendant krakowskiej Straży Miejskiej.

Sześćdziesiąt dziewięć kilometrów dalej, w Katowicach, używają dronów do zwalczania trucicieli i bardzo je sobie chwalą. Zwłaszcza efekt psychologiczny polegający na zaskoczeniu i ciągłej niepewności, czy nic nie czai się nad kominem. - Dzięki dronom nie musimy niepokoić tych, którzy używają węgla dobrej jakości. A w dwie godziny jesteśmy w stanie skontrolować od trzystu do pięciuset kominów. W przypadku tradycyjnych kontroli zajęłoby nam to kilka tygodni – mówi Mariusz Sumara, zastępca komendanta do spraw komunalnych Straży Miejskiej w Katowicach.

W Katowicach używają dwóch dronów. Jeden identyfikuje podejrzany dym, drugi wysyłany jest już pod konkretny komin i tam pobiera próbkę.

– Nasz sensor jest tak ustawiony, żeby wyłapywać przypadki palenia plastikowymi opakowaniami, ubraniami i fragmentami mebli lakierowanych. Z doświadczeń Straży Miejskiej wynikało, że tego typu śmieci najczęściej lądują w polskich piecach - mówi Paweł Poncyljusz, szef rady nadzorczej w firmie Flytronic, której drony kontrolują jakość powietrza nad Katowicami.

Za urządzeniami przemawiają łatwość ich obsługi i szybko spadające ceny sprzętu. Kiedyś za drona z zestawem czujników trzeba było zapłacić ponad dwieście tysięcy złotych. Teraz koszty są znacznie niższe, nawet trzykrotnie. - A jeśli kogoś nie stać, może zamówić usługę polegającą na locie pomiarowym nad wybranym obszarem gminy - zachęca Marcin Brzozowski z lubelskiej firmy USM. Zainteresowanie jest, ale – jak mówi – telefony od samorządowców się nie urywają. - Ludzie są źle nastawieni do takich badań, bo przy naszych pomiarach nic nie umknie. Boją się tego i nie kryją złości. Więc i władza się boi, że część tej złości skupi się na niej – tłumaczy. W Świdniku, Chełmie, Puławach, Toruniu, gdzie dokonywali pomiarów, zawsze trafiali na przypadki spalania substancji zakazanych. Średnio jeden, dwa na trzydzieści pomiarów. Najczęstszą motywacją jest zwykła głupota i chciwość. - Namierzyliśmy producenta mebli tapicerowanych, który ogrzewał zakład, spalając wszystkie odpady łącznie z silnie toksycznymi piankami, lakierowanymi płytami i fragmentami tapicerki - mówi Brzozowski.

Złą sławę wśród kontrolujących mają również warsztaty samochodowe. - W jednym z nich były spalane nie tylko śmieci i plastikowe elementy z rozbieranych samochodów, ale nawet zużyty olej silnikowy, który wymieniano klientom - dodaje. Nagrzewnice na przepracowany olej samochodowy można oficjalnie kupić na pierwszym lepszym portalu aukcyjnym. Hasło reklamowe? "Ciepło bez kosztów".

Kraków mówi dość

Część trucicieli jest po prostu nieświadoma tego, co robi. - Starszy pan przez całe lato przygotowywał setki plastikowych butelek na sezon zimowy - mówi Brzozowski. - Palił nimi w piecu, bo słyszał, że plastik rozkłada się bardzo długo, a najlepszą metodą jego utylizacji jest spalanie. Chciał pomóc planecie. - Zdarza się, że ludzie palą śmieciami z biedy. Jednak najbardziej szokujące dla zamawiających usługę samorządowców są te przypadki, kiedy urządzenie wskazuje silnie toksyczne spaliny. A po kontroli okazuje się, że w piecu palono węglem. - Tyle że niskiej jakości, ale legalnie kupionym. Albo spalanym w "kopciuchu". I to jest największy paradoks walki ze smogiem w Polsce – dodaje Brzozowski.

Smog w Krakowie nocą

Smog w Krakowie nocą

Autor: Sadak Souici/Le Pictorium

Źródło: East News

Pierwszy ekologiczny zryw Kraków przeszedł pod koniec lat 70. Początkowo nieformalny, bo zrodzony na fali protestu wobec praktyk PRL-owskiej władzy, która ukrywała i fałszowała informacje na temat stanu środowiska. Założony w 1980 roku Polski Klub Ekologiczny (PKE) zaczął ostro walczyć o zdrowie mieszkańców. Wielkim sukcesem ekologów było zamknięcie 7 stycznia 1981 roku wydziału elektrolizy w hucie aluminium w Skawinie, którego emisja fluoru powodowała, że ludzie chorowali na osteoporozę, schorzenia płuc i dolegliwości układu pokarmowego. Po pierwszych sukcesach z redukcją emisji masowych trucicieli zapał do walki o czystsze powietrze opadł.

– Walcząc z tymi największymi, nie zauważyli, że pod ich nosem ciągle rósł nie mniej groźny truciciel, czyli niska emisja. Ludzie migrowali na obrzeża. Budowali tam domki, a dym z ich kominów zatruwał całe miasto – mówi Andrzej Guła, którego ojciec, Adam, był jednym z założycieli PKE.

Kolejny zryw miasto przeżyło na początku lat 90. Na jednej z kamienic przy Rynku została zamontowana elektroniczna tablica wyświetlająca informacje o stanie powietrza w Krakowie. Jesienią tablica mieniła się na przemian pomarańczem i czerwienią. A zimą świeciła na czerwono po kilka dni, a czasem tygodni z rzędu. Na sesjach rady miasta zaczęły padać argumenty, że nie można stresować mieszkańców i odstraszać turystów. A w uliczkach prowadzących do Rynku dalej można było kupić i świeże bułeczki, i szczapki na rozpałkę. Za jednym zamachem. Tablica przetrwała kilka sezonów. Poszła do naprawy i już z niej nie wróciła. Liczba dni z przekroczonymi normami jakości powietrza jednak od tego nie zmalała.

Andrzej Guła jest prezesem i twarzą Krakowskiego Alarmu Smogowego. Mówi, że wszystko zaczęło się mniej więcej w 2012 roku, kiedy to był zdenerwowany, a właściwie wkurwiony. - W Krakowie doszliśmy już do tego, że przez 151 dni w roku przekraczane były normy jakości powietrza. Strach było wyjść z dziećmi z domu. I nikt się za to nie chciał zabrać - wspomina Guła. - Uświadomiłem sobie, że jak sami nic nie zrobimy, to nikt tego nie zmieni. I tak z grupą przyjaciół wzięliśmy się do roboty.

Guła zaczął głosić takie herezje, jak całkowity zakaz palenia węglem w piecach. Tłumaczył, że na Zachodzie podobna rewolucja dokonała się już niemal pół wieku wcześniej i innej drogi nie ma. Londyn przyjął ustawę o czystym powietrzu w 1956 roku. Guła twierdzi, że kominki w mieście takim jak Kraków to zło nie mniejsze niż węgiel. Opowieści o spalaniu w nich biomasy wyśmiewa, pokazując badania, z których wynika, że pod względem pyłów spalanie zawilgoconego drewna może być jeszcze gorsze niż węgla. - Bardzo ciężko było się z tym wszystkim przebić do świadomości polityków. Ale zwykli ludzie to szybko podchwycili. To presja od dołu doprowadziła do dzisiejszej rewolucji. - Jego zdaniem Polska jest właśnie w trakcie ekologicznego przełomu, którego już nie da się zatrzymać.

Świadomość krakusów rodziła się w różnych sytuacjach. - Mama chodziła na spacery z naszym jamnikiem koło alei Adama Mickiewicza, gdzie mieszkamy. Jak Nuka zachorowała na raka, to weterynarz zasugerował kupienie dużego psa, bo te małe mają nos ciągle w spalinach i w tej części miasta padają jak muchy - mówi Anka, która zaangażowała się w walkę z krakowskim smogiem.

Tematem zajęli się również artyści. Sara Czyż poszła tropem śmierci swojej babci. Tak pisze o swojej pracy na wystawie "Najpiękniejsza Katastrofa", eksponowanej w grudniu zeszłego roku w Centrum Sztuki Współczesnej Kronika w Bytomiu: "Chciałam obliczyć, jaką ilość szkodliwego pyłu pochłonęła M. w przeciągu całego swojego życia (zmarła z powodu nowotworu płuc, mieszkała w Bytomiu, była niepaląca). Dane nie są jednoznaczne, bo wcześniej sprawdzano stan powietrza przez wskaźnik TSP (bez rozróżnienia na rodzaje zanieczyszczeń), ale to około pół kilograma. Odwiedziłam szpitale, w których leczyła się M., aby dowiedzieć się, że są ogrzewane węglem. Poprosiłam o odrobinę popiołu, który pozostaje w piecach po spaleniu węgla, i wykonałam z niego ważącą pół kilo podstawkę na zdjęcie rentgenowskie płuc M., które jest jednocześnie ostatnim zrobionym jej zdjęciem. Niestety, jak się okazało, zdjęcie zostało spalone przez pogrążonego w żałobie wdowca".

Do innych bardziej niż sztuka trafiały liczby. I związana z nimi międzynarodowa sława miasta i kraju. W 2013 roku Europejska Agencja Środowiska umieściła Kraków na trzecim miejscu w rankingu najbardziej zanieczyszczonych miast w Unii Europejskiej. Na forach internetowych pojawiły się głosy, że miasto ma szansę co najmniej na srebro, choćby za tempo, w jakim przyrasta w nim liczba samochodów. Na początku lat 80. w Polsce na tysiąc mieszkańców przypadało sto dwadzieścia pięć aut. Kraków pod tym względem specjalnie nie odstawał od średniej. Dziś w mieście jest ponad sześćset samochodów na tysiąc mieszkańców.

Presja ze strony organizacji pozarządowych i mieszkańców była sporym zaskoczeniem dla rządzących. Po kampanii billboardowej Krakowskiego Alarmu Smogowego, podczas której w 2013 roku aktywiści obwiesili miasto plakatami o szkodliwości smogu, pojawiły się pytania, kto za nimi stoi, że stać ich na takie wydatki. - Poza pieniędzmi za rozklejanie grosza na to nie wydaliśmy. Agencja reklamowa pracowała bez wynagrodzenia. Powierzchnię reklamową też dostaliśmy za darmo. Właściciel firmy i jego dzieci też przecież oddychają tym powietrzem - opowiada Guła.

Centralne ogrzewanie jest dla frajerów

Profesor Andrzej Szlęk z Politechniki Śląskiej w Gliwicach na wykładzie "Paliwa i ich spalanie robi prosty eksperyment". Zawija grudkę węgla w folię aluminiową, w której robi małą dziurkę. Tak spreparowaną kulkę ustawia nad palnikiem. Przez dziurkę wydobywa się strużka białego dymu. Zbliżona do płomienia spala się. W zimnym otoczeniu rozchodzi się w powietrzu, szybko dając o sobie znać nieprzyjemną wonią i drażnieniem krtani. Żeby zachować walor dydaktyczny, a jednocześnie nie podtruwać studentów, profesor nagrał eksperyment.

Ten prosty przykład tłumaczy niemal wszystkie kłopoty ze spalaniem węgla w małej skali. – W pierwszym etapie spalania następuje odgazowanie, w czasie którego z węgla uwalniają się trujące prekursory tlenków azotu, tlenków siarki, a także liczne węglowodory – wyjaśnia Szlęk. Na tym kłopoty z węglem się nie kończą, bo spalany w złych warunkach wydziela trujące substancje przez cały proces. - Obecnie mamy zdefiniowanych pięć klas kotłów. A właściwie sześć, bo dochodzą jeszcze te najbardziej rozpowszechnione w Polsce piece pozaklasowe, czyli "kopciuchy" – tłumaczy Szlęk. – Moim zdaniem kotłów pierwszej i drugiej klasy nie powinno się już w ogóle używać. O "kopciuchach" nawet nie wspomnę.
Kotłów piątej, najlepszej klasy sprzedaje się w Polsce najmniej. - "Kopciuch" kosztuje tysiąc złotych, kocioł piątej klasy kilkakrotnie więcej. Do „kopciucha” wrzucisz nawet muł dostępny w cenie stu pięćdziesięciu złotych za tonę. Do nowoczesnych kotłów nadaje się tylko paliwo lepszej jakości w cenie co najmniej dwukrotnie wyższej w przypadku miału i pięciokrotnie wyższej w przypadku dobrej jakości groszku – mówi Szlęk.

Mało tego, z badań przeprowadzonych trzy lata temu na Wydziale Inżynierii Środowiska i Energetyki, którego profesor Szlęk jest dziekanem, wynika, że nawet te najlepsze kotły w codziennej eksploatacji dalekie są od parametrów, które podają producenci. – Te zapisy to wyniki testów w warunkach laboratoryjnych. W domowych realiach wydajność tych kotłów jest niższa. Dlatego ogrzewanie domów węglem powinno być ostatnią opcją do wyboru. W pierwszej kolejności powinno się zachęcać do ogrzewania domów ciepłem z sieci ciepłowniczej, gazem, za pomocą pomp ciepła, a także z wykorzystaniem odnawialnych źródeł energii. Jest wiele możliwości. Z tym że węgiel jest najtańszym paliwem, stąd jego popularność – tłumaczy Szlęk.

Według szacunków podawanych przez Krakowski Alarm Smogowy w domowych piecach w Polsce spala się około dziesięciu milionów ton węgla rocznie. - Choć na świecie konsumpcja węgla spada, w polskich domach jest on podstawowym paliwem do ogrzewania - zauważa Szlęk. Jeszcze do niedawna jakość węgla właściwie nie była monitorowana. Podobnie jak jakość pieców. W jednym i w drugim przypadku podstawowym kryterium zakupu była cena. A to jedyna kategoria, w której węgiel może konkurować z innymi paliwami.

Niska cena węgla to w dużej mierze efekt polityki władz, które od lat do węgla dopłacają. - Państwo nie sięga po żadne instrumenty, żeby promować ciepło z sieci miejskich. Moja córka mieszka na osiedlu domków jednorodzinnych. Miasto za ciężkie pieniądze doprowadziło tam rurę sieci ciepłowniczej. Ale część mieszkańców wybrała tańsze ogrzewanie węglowe i się nie podłączyli. I teraz trują tych frajerów, którzy płacą więcej - mówi profesor Jan Składzień z Politechniki Śląskiej, który od lat namawia kolejne ekipy rządzące do zmiany myślenia o polskim bilansie energetycznym. Zmianę ostatnio zauważa. Na gorsze.

"Pan prezydent pomylił się o jedno zero"

Doktor Michał Wilczyński na początku lat 90. był głównym geologiem kraju. W czasie jego trzyletniej kadencji Polska zmagała się z ciągłymi przerwami w dostawach gazu. Kolejne rządy ledwo domykały budżet, a górnicy byli jedną z najliczniejszych grup zawodowych. Nie było klimatu na pożegnanie z węglem. - Ale już wtedy namawiałem, żebyśmy odchodzili od węgla, bo to paliwo bez przyszłości – mówi. Od tamtego czasu minęło ponad dwadzieścia lat, a prezydent Andrzej Duda publicznie zapewnił, że Polska nie pożegna się z węglem, bo ma zasoby tego surowca na dwieście lat. - Pan prezydent pomylił się o jedno zero. Polski węgiel, który da się wydobywać bezpiecznie i zgodnie z rachunkiem ekonomicznym, właśnie się kończy. To dlatego importujemy z Rosji miliony ton tego surowca. I ten import ciągle rośnie - dodaje Wilczyński.

O węglu Wilczyński opublikował książkę, napisał kilkanaście sążnistych raportów i ekspertyz. Jego prace czyta się jak powieści z dreszczykiem. Jedyna reforma górnictwa, o której wypowiada się z szacunkiem, to ta dokonana przez duet Janusza Steinhoffa i profesora Andrzeja Karbownika. Dzięki likwidacji piętnastu trwale nierentownych kopalń i redukcji zatrudnienia w górnictwie o 115 tysięcy etatów branża zaczynała wychodzić na prostą. Jednak, jak twierdzi Wilczyński, po prostej był ostry zakręt.

- Koszt programu oszacowano na 7 miliardów 180 milionów złotych dotacji oraz 6 miliardów 900 milionów złotych umorzonych zobowiązań - wylicza. Do końca 2001 roku osiągnięto główne cele programu, w tym dodatni wynik finansowy w wysokości 180 milionów złotych. - Jednak po wyborach parlamentarnych kolejny rząd (SLD-UP) tak dalece poluzował politykę wobec górnictwa, że 2002 rok przyniósł znowu wynik ujemny netto w wysokości 609 milionów złotych. A 2003 rok był rekordowy pod względem wysokości pomocy publicznej udzielonej górnictwu węgla kamiennego. Stanowiła ona wtedy dwa i cztery dziesiąte procent PKB – dodaje były główny geolog kraju.

Według jego wyliczeń utopione wówczas w górnictwie miliardy to zaledwie wierzchołek góry lodowej. "W latach 2005–2013 wkład tego sektora w tworzenie produktu krajowego brutto był zerowy, a w poszczególnych latach nawet lekko ujemny" - czytamy w raporcie Andrzeja Kassenberga i Wilczyńskiego z 2016 roku dla Fundacji im. Heinricha Bölla.

Kiedy kopciuch wyda ostatnie tchnienie

W 2013 roku Kraków po raz pierwszy spróbował na poważnie zmierzyć się ze smogiem z niskiej emisji. Przyjęta wówczas uchwała antysmogowa zakończyła swój żywot w sądzie. Tam przegrywała w kolejnych instancjach, aż ostatecznie została odrzucona. Bez zmian ustawowych na poziomie państwa nie dało się wówczas zmieniać prawa lokalnego. – Konieczna okazała się nowelizacja prawa ochrony środowiska, która była możliwa dzięki determinacji posła Tadeusza Arkita. Po zmianie artykułu 96 można było wprowadzać miejscowe uchwały – mówi Guła.

W styczniu 2017 roku, po pięciu latach nacisków na lokalnych polityków, pod obrady Sejmiku Województwa Małopolskiego została poddana druga uchwała antysmogowa. Pierwszy lokalny akt prawny regulujący, czym i w czym można palić, żeby się wzajemnie nie zabijać.

Zanim przystąpiono do głosowania, profesor Piotr Kleczkowski w imieniu swoim i osiemdziesięciu innych profesorów z Akademii Górniczo-Hutniczej apelował do radnych o przyjęcie nowych przepisów. Uchwała została przyjęta jednogłośnie. A następnie zaskarżona do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego przez dwoje mieszkańców Małopolski, którzy jej zapisy uznali za krzywdzące i niezgodne z prawem. Sąd nie podzielił ich punktu widzenia.

Od 1 września 2019 roku widok dymu z komina ma być w Krakowie zjawiskiem z kategorii historycznych. Pięć lat temu liczbę pieców węglowych w Krakowie szacowano na 24 tysiące. Z obliczeń władz miasta wynika, że obecnie na terenie miasta ciągle działa około czterech tysięcy pieców. Do 1 września z różnych przyczyn nie uda się zlikwidować prawie tysiąca dwustu pomimo aż trzech różnych programów, które miały zachęcić właścicieli do wymiany instalacji na ekologiczną. Zdaniem ekologów z Krakowskiego Alarmu Smogowego wymiana najgorszej jakości pieców węglowych w Polsce w tym tempie zajmie co najmniej dwie dekady, czyli tyle, ile potrzeba, żeby pozostałe zainstalowane w domach "kopciuchy" wydały ostatnie tchnienie.

Dym z kominów domów jednorodzinnych w Rybniku

Dym z kominów domów jednorodzinnych w Rybniku

Autor: DOMINIK GAJDA/REPORTER

Źródło: East News

Pierwszy śnieg najczęściej spadał w nocy. Wtedy ojciec schodził wąskimi schodkami do piwnicy i dorzucał do pieca. Jak się rano lepiło bałwana, to na szarej płachcie śniegu na chwilę powstawały białe, kręte koryta. Nie przypominam sobie, żebym specjalnie się tym martwił. Z czasem do pieca zacząłem dorzucać i ja. W domu przemieszkałem osiemnaście zim. Każdego roku spalaliśmy co najmniej sześć ton węgla. Nie wiem, ile spaliłem ja. Dużo. Do tego sporo drewna.

Pamiętam, że najlepiej paliło się to ze skrzynek, w których z ZSRR przychodziły jakieś metalowe elementy przysyłane w rozliczeniu za samochody Star. Skrzynki były wyłożone grubą, czarną tekturą, w którą miał wsiąkać smar zabezpieczający metal przed rdzewieniem. Smaru nie żałowali, całe drewno było nim przesiąknięte. Pomiędzy deskami na drugą stronę przeciskały się grube, sine krople smaru. Miał ciężki, ziemisty zapach, aż swędziało w nosie. Po podłożeniu drewna do pieca w piwnicy robiło się szaro. Dym drapał w gardło, aż leciały łzy. Skrzyń było ponad sto. Paliliśmy nimi ze trzy sezony. Jak się skończyły, ojciec chciał dokupić więcej, ale już ich nie było. ZSRR plajtował i oszczędzał nie tylko na smarze, ale nawet na skrzyniach, i części przysyłali luzem. A później nic już nie przysyłali.

Juliusz Ćwieluch (ur. 1975), dziennikarz "Polityki". Autor wywiadu rzeki z Krzysztofem Kowalewskim "Taka zabawna historia" i zbioru wywiadów z generałami armii polskiej "Generałowie" oraz "Dlaczego przegramy wojnę z Rosją". Tekst "Trujmiasto" publikujemy dzięki współpracy z miesięcznikiem "Pismo".