11 listopada 1918 roku. Nikt nie szafuje słowem "niepodległość". W Warszawie czuć wrzenie. Dla każdego jest jasne, że trwa wielki przełom. I że to nie czas, by świętować.

Technika nie jest w stanie nadążyć za tempem wypadków. Nie tylko zresztą technika. W tyle pozostają reporterzy, redaktorzy, zecerzy. "Kurier Warszawski" – jedno z najpopularniejszych pism codziennych nie dość, że w stolicy, to na całych ziemiach polskich – posiada maszyny pozwalające drukować kilkanaście tysięcy egzemplarzy na godzinę. Potrzeba pół nocy, by wyszedł cały nakład.

Autor: .

Źródło: Domena publiczna

Droga z dziennikarskiego notesu na strony gazety ciągnie się zresztą niemiłosiernie. Nad każdym numerem pracują dziesiątki osób – nie tylko w redakcji, ale zwłaszcza w drukarni, gdzie należy ręcznie ułożyć czcionki, tworząc z nich metalowe stronice, następnie odbijane na poruszającym się z zawrotną prędkością bębnie machiny rotacyjnej. Zanim najnowsze wieści trafią w ręce gazeciarzy – chłopaczków tak młodych, że uginają się pod ciężarem stert pism, ale z zapamiętaniem wykrzykujących bieżące doniesienia – te dawno są już przeterminowane.

Berlin odcięty od świata

Wydanie poranne z 11 listopada trzeba było zamknąć jeszcze poprzedniego dnia. Przed świtem paczki zmierzały już na miasto. Na pierwszej stronie donoszą: "Rewolucja w Niemczech". Bez wykrzyknika, niewielką czcionką. To jeszcze nie epoka brukowców, a redaktorzy wiedzą, że nie muszą się silić, by ściągnąć wzrok gawiedzi. I tak każdy sięgnie po najnowszy numer.

Doniesienie nie jest nawet własne – przedrukowano je z "Dziennika Poznańskiego". Korespondent wysłany do Berlina notował: "Żadne pociągi pozamiejscowe nie kursują. Idę na pocztę, by telegrafować. Nie wolno. Berlin nagle został odcięty od zewnętrznego świata. Pod Lipami rzędy całe policji i wojska. Przed pałacem cesarskim stoi kordon". Informacje z zachodu żywotnie interesują Polaków, może nawet bardziej, niż te lokalne. Upadek imperium Hohenzollernów zbliża się wielkimi krokami, wojna dogorywa. A przecież Polska wciąż znajduje się pod łapą Niemców; w Warszawie i okolicach stacjonują nawet nie dziesiątki, a setki tysięcy żołnierzy cesarstwa. Od tego jak szybko nastąpi ostateczny krach zależy to, kiedy uda się odzyskać wolność.

Większość drugiej strony gazety też zajmują wieści z Niemiec. "Strzały do księcia Henryka pruskiego". "Ogłoszenie rzeczpospolitej w Bawarii". "Ucieczka króla bawarskiego". "Wystąpienia przeciwko dyktaturze proletariatu". Ani słowa o niepodległości, bo też warszawiakom nie trzeba tłumaczyć, że istnieje państwo polskie.

Władza leży na ulicy

Rada regencyjna, na poły marionetkowe kolegium, sprawujące oficjalną władzę, już przed miesiącem ogłosiło, że "zbliża się pokój, a wraz z nim ziszczenie nigdy nieprzedawnionych dążeń narodu polskiego do zupełnej niepodległości". Dopiero co z Lublina nadeszły też wieści o utworzeniu tam konkurencyjnego, samozwańczego rządu, który uznał, że "reakcyjne i ugodowe rządy Rady Regencyjnej zostały przez Lud Polski obalone". I że to on będzie rządzić niepodległą republiką. Niepodległością szafują również sami Niemcy. Ogłosili ją oficjalnie już w roku 1916. A od paru dni dają znać, że zamierzają wycofać się z Polski, tyle że na własnych warunkach.

Autor: .

Źródło: Domena publiczna

Z perspektywy warszawiaków gra nie toczy się o niepodległość, lecz o swobodę i… o kontrolę. Tej ostatniej nie ma nikt. A sytuacja może się zmienić z godziny na godzinę. Kolejny materiał oznajmia: "Józef Piłsudski w Warszawie". To był temat okładkowy, tyle że wczoraj. Rzecz rozegrała się tak szybko i niespodziewanie, że 10 listopada trzeba było drukować nadzwyczajny, jednostronicowy dodatek do "Kuriera". Tam, niecodziennie tłustymi literami, ogłoszono „powrót komendanta”. Współtwórca ruchu strzeleckiego i duchowy (choć nie oficjalny) przywódca nieistniejących już Legionów Polskich od przeszło roku przebywał w niemieckiej niewoli. O jego uwolnieniu szeptano od dłuższego czasu. Wreszcie Niemcy, którym władza wysuwała się z rąk, ustąpili. Mało tego: zapewnili Komendantowi specjalny pociąg i wysłali go prosto do Warszawy. Niemal nikogo jednak nie uprzedzili o swojej decyzji.

O przyjeździe Piłsudskiego wiedziała tylko garstka jego bliskich współpracowników i jeden z członków Rady Regencyjnej. Na dworzec udało się ściągnąć pojedynczego dziennikarza, nie było żadnych fotografów. Reporterzy, dowiadujący się o zajściach po fakcie, byli zaś zupełnie zagubieni. W dodatku nadzwyczajnym "Kurier" donosił: "Dziś o godz. 7 m. 30 z rana pociągiem pospiesznym z Berlina przybył do Warszawy komendant Józef Piłsudski". W depeszy pomieszano niemal wszystkie szczegóły.

Pisano, że Piłsudskiemu towarzyszył "pułkownik Sosenkowski" (choć ten nazywał się Sosnkowski) i że na dworcu czekał na niego "„komendant Polskiej Organizacji Wojskowej Witold Koc" (naprawdę będący nie Witoldem, lecz Adamem). W numerze z 11 listopada depesza jest już nieco poprawiona i uporządkowana. Dalej zaś biegną, w telegraficznym skrócie, informacje o spotkaniach i wypowiedziach przybysza, w którym powszechnie widzi się kandydata na nowego przywódcę kraju.

Wygląda mizernie i jest wycieńczony

Dominuje niepewność, tryb przypuszczający. Rada Regencyjna być może już dzisiaj abdykuje. Piłsudski podobno jest gotowy konferować także z komunistami i partią żydowską. Okupacja niemiecka "przestaje istnieć", ale jeszcze nie przestała. Nie jest nawet jasne czy Piłsudski podoła postawionemu przed nim zadaniu. Komendant „wygląda mizernie i jest wycieńczony”, choć podobno zapewnia, że "czuje się na siłach" do podjęcia powierzonej mu misji. Jeśli redaktorzy są w jakiejś kwestii stanowczy, to w temacie ograniczeń jakie w miesiącach niewoli narzucono Komendantowi. Jednoznacznie ubolewają, że choć ten nie był trzymany w złych warunkach, to… nie pozwalano mu czytać "Kuriera" lub innych pism polskich. Musiał zadowalać się prasą niemiecką.

Wiadomo, że wojna dobiega końca, ale nikt nie ma jeszcze odwagi postawić kropki nad "i". Nikt nie wie, że właśnie dzisiaj nastąpi przełom. 11 listopada też ukazuje się dodatek nadzwyczajny. Nagłówek donosi: "Warunki zawieszenia broni". Kolejne punkty referują ile Niemcy stracą drednotów, ile łodzi, aeroplanów i karabinów. Na końcu krótka, dołożona w ostatniej chwili adnotacja: "„Po podaniu do wiadomości warunków zawieszenia broni, warunki te przyjęto". Czyżby więc naprawdę było po wszystkim? Na ulicach Warszawy, i wielu innych polskich miast, czuje się raczej, że w najlepsze trwa wielki przewrót. I że nie jest to ani początek, ani tym bardziej koniec.

Z dni przełomu

Trzecią i czwartą stronę porannego "Kuriera" zajmuje kronika wrzenia: "Z dni przełomu"”. Dziennikarze donoszą o pochodzie młodzieży i o strzelaninie z niemieckim żołnierzem, który nie zgodził się zdjąć przed Polakami czapki. Wiadomo już, że są ranni i jeden zabity. Dalej pada wzmianka o "zuchwałym zamachu na żołnierzy polskich", których oddział ostrzelano z przejeżdżającej bryczki, gdy zmierzał do koszar. Jednego z napastników udało się zabić, gazeta podaje jego nazwisko i dokładny adres przepisany z paszportu.
Reporterzy piszą o coraz to nowych i coraz bardziej podburzonych pochodach.

O agentach bolszewickich, którzy wołają na całe gardło: "Precz z Polską! Niech żyje Lenin!". Oraz o zwykłych Polakach, którzy wylegają na ulice, by dyskutować o niepewnej przyszłości, o politycznym warcholstwie i o nowych wrogach. I wcale nie wierzących, że mogą już świętować nowe otwarcie.

Kamil Janicki, jest redaktorem naczelnym największego polskiego portalu historycznego – "Ciekawostek historycznych.pl”. Historyk, pisarz i publicysta specjalizujący się w dziejach II Rzeczypospolitej>