Aneta Mikulska, Fot: Aneta Mikulska

Absolutnie nie czuję, że to było moje maksimum - podkreśla Patrycja Bereznowska po pobiciu własnego rekordu świata w biegu 24-godzinnym podczas mistrzostw świata w Belfaście. Mężczyzn wprawia w osłupienie. Gdy ich wyprzedza, zastanawiają się, skąd taka drobna osoba czerpie tyle siły.

Od kilku lat jest czołową postacią polskiej i światowej sceny biegów ultra (zalicza się do nich wszystkie zawody powyżej dystansu maratonu, czyli 42,195 km). Z sezonu na sezon notuje coraz lepsze rezultaty.

Jej koronna konkurencja to bieg 24-godzinny. W 2017 roku, w odstępie niespełna trzech miesięcy, dwukrotnie pobiła rekord świata. Najpierw na kwietniowych mistrzostwach Polski w Łodzi (256,246 km), a następnie na lipcowych mistrzostwach świata w Belfaście. W stolicy Irlandii Północnej w drodze po złoto MŚ pokonała 259,991 km.

Jeśli ktoś sądzi, że sportsmenka z Ossowa po tych wyczynach postanowiła odpocząć, jest w dużym błędzie. Patrycja Bereznowska przygotowuje się do wrześniowego debiutu w magicznym dla "ultrasów" biegu - Spartathlonie. Natomiast na początku przyszłego roku planuje występ w biegu 48-godzinnym.

Michał Fabian, Wirtualna Polska: Nie dość, że w niespełna trzy miesiące wystartowała pani w dwóch biegach 24-godzinnych, to jeszcze je wygrała i pobiła dwa rekordy świata. Jak pani to robi?

Patrycja Bereznowska: Wynika to z tego, że po mistrzostwach Polski w Łodzi kompletnie nie czułam się wyczerpana. Organizm bardzo szybko wrócił do siebie. To wtedy poczułam, że mogę w Belfaście powalczyć o kolejny rekord. Sama sobie jestem trenerem i to wymaga ode mnie słuchania organizmu. Kiedy trzeba odpuścić, to odpuszczam. Kiedy mogę przyciskać, to przyciskam. A że jestem obowiązkowa w treningu, to nie mam z tym problemu. Mogę go optymalnie do siebie dostosować. Mając wiedzę z zakresu fizjologii wysiłku, można tym treningiem na przeróżne sposoby sterować. Staram się szczerze odpowiadać sobie na pytania: "co jeszcze mogę, kiedy mogę, co powinnam". To jest moją siłą. Tak samo jest po Belfaście. Absolutnie nie czuję, że to było moje maksimum.

Nie było pokusy, by w tym roku w jednych zawodach pobiec na pół gwizdka i oszczędzać się przed drugimi?

Potraktować bardziej ulgowo? To kompletnie niezgodne z moją naturą. Zdarza się, że czasami mówię o jakimś starcie, że będzie on treningowy. Wtedy moi znajomi, którzy mnie lepiej znają, wybuchają śmiechem.

Tuż przed mistrzostwami świata w Belfaście do śmiechu pani nie było. Wszystko z powodu problemów zdrowotnych.

Noszę szkła kontaktowe, jestem krótkowidzem z dosyć dużą wadą. Dzień przed wyjazdem zaczęłam odczuwać dyskomfort związany ze szkłami kontaktowymi. Odrzuciłam je, założyłam okulary. Niestety, nie pomogło. Pojawiło się ostre zapalenie spojówek. Podczas pobytu w Belfaście zaczęło to narastać. W końcu udałam się do lekarza, który odesłał mnie do szpitala. Okazało się, że poza ostrym zapalaniem spojówek mam wrzód na rogówce. Dzień przed startem spędziłyśmy z moją serwisantką osiem godzin w szpitalu - od 9.00 do 17.00. Co się dało zrobić, to lekarze zrobili. Ale jak usłyszeli, że chcę wystartować w biegu 24-godzinnym, to ręce im opadły.

Krople, które przepisali, pomogły?

Wiedziałam, że to nie będzie łatwa sprawa, bo praktycznie nie otwierałam jednego oka. Cały czas towarzyszył mi ból. W dzień startu, rano, nie było lepiej mimo przyjmowania kropli. Podjęłam jednak decyzję, że pobiegnę. Uznałam, że będę to kontrolować. Teoretycznie zalecenia były takie, by co godzinę przyjmować jedne, a co sześć godzin inne krople. Nie wyobrażałam sobie tego. Tak naprawdę po raz pierwszy spróbowałyśmy tego manewru z moimi serwisantkami po trzech godzinach. Nie widziałam poprawy. Nie było jednak także pogorszenia stanu zdrowia, gdy ich nie przyjmowałam. Podczas tych 24 godzin użyłam kropli w sumie... dwa razy. Jakoś się udało. Nie mówię, że bez dyskomfortu, ale mam nadzieję, że nie miało to dużego wpływu na wynik.

Dostała pani numer startowy 303. Symboliczny.

To był kompletny przypadek, ale pomyślałam sobie, że może coś w tym jest. Numery nadawane są według pewnego schematu. Najpierw kraje są szeregowane alfabetycznie według nazwy. Później zaś w danym kraju - alfabetycznie według nazwisk zawodników. Gdy rano przed startem byłam podłamana stanem moich oczu, Jacek Będkowski, szef naszej ekipy, dał mi numer 303. Jak tylko go zobaczyłam, od razu pierwsze skojarzenie: Dywizjon 303! Mówię: "Nie, bez walki się nie poddam. Oni mogli, to ja też mogę". Trzeba być dzielną.

I powalczyła pani, po mistrzowsku. Ale najpierw było dużo cierpliwości i "chłodnej głowy". Biegi ultra tego uczą?

Zdecydowanie tak. Z reguły przez pierwsze kilkanaście godzin nie oglądam się na to, co się dzieje. Wiedziałam, że jest to specyficzny bieg. To, co robiły Amerykanki w pierwszych godzinach zawodów, było szaleństwem, jeśli chodzi o tempo (Katalin Nagy i jej koleżanki prowadziły po kilku godzinach ze sporą przewagą, a Patrycji Bereznowskiej nie było w ścisłej czołówce - przyp. red.). Uznałam, że nie są w stanie tego tempa utrzymać. Sama biegłam dosyć szybko, ale stwierdziłam, że nie ma sensu pędzić za Amerykankami. Wymagało to trochę samokontroli. Myślę, że jest to najlepsza taktyka, jeśli chodzi o biegi 24-godzinne. Z jednej strony - wiedzieć, co się dzieje, kontrolować sytuację. Z drugiej - nie dać się ponosić emocjom czy bezpośredniej rywalizacji.

Zawody w Belfaście - jak zwykle w biegach 24-godzinnych - odbywały się na pętli, która liczyła 1,6 km. Podobno były spore problemy z pomiarem liczby okrążeń.

Awarie się namnażały. Były problemy z przekazywaniem informacji. To nam nie ułatwiało zadania. Myślę tu o wyniku drużynowym (do klasyfikacji liczony jest dystans pokonany przez trzy najlepsze zawodniczki z danego kraju - przyp. red.), bo indywidualnie każdy jakoś to ogarniał. Nasze serwisantki pomagały, liczyły. Miałyśmy nadzieję, że będzie potwierdzenie lub konsultacja z wynikami sędziowskimi. W Belfaście niestety nie było takiej możliwości. Wystarczy powiedzieć, że do dziś nie ma wyników oficjalnych. Po biegu wpłynęło dużo protestów, te wyniki są cały czas sprawdzane i konsultowane. To nie ułatwiło nam walki o złoto drużynowe (początkowo złoty medal przypadł Amerykankom, ale wyniki 26 lipca br. zmieniono; wyjaśniamy tę kwestię po zakończeniu wywiadu - przyp. red.).

Progres, jaki notuje pani w biegu 24-godzinnym, jest niesamowity. W 2015 r. na MŚ w Turynie przebiegła pani ponad 233 km. Rok temu na ME w Albi - ponad 241 km. Wyniki z tego roku są wręcz kosmiczne. Aż strach pomyśleć, co może się wydarzyć w kolejnych latach. Widzi pani granicę swoich możliwości? A może jej nie ma? Może "Sky is the limit"?

Zawsze to ciało wyznacza możliwości, a moim sposobem na osiąganie takich wyników jest niewyznaczanie granicy w głowie. Uważam, że nie powinno się jechać na biegi i powiedzieć sobie: "Zrobię 250 km". To od razu buduje granicę i w momencie, w którym zbliżymy się do tego dystansu, zaczynamy odpuszczać. Dlatego staram się nie myśleć o jakimś konkretnym wyniku przed zawodami. Oczywiście, jakieś tam "widełki" sobie ustalam, ale nigdy nie mówię, że zrobię tyle a tyle.

Biegi ultra charakteryzują się tym, że kobiety walczą z mężczyznami praktycznie na równi. Widzi pani możliwość zbliżenia się do męskiego rekordu świata? Grek Janis Kuros przebiegł przed laty ponad 290 km, a na bieżni nawet ponad 300 km.

O nie. Ten rekord jest kosmiczny. Myślę, że mężczyźni mają problem z ogarnięciem tego wyniku, nie mówiąc o jego poprawieniu.

*Zdarza się jednak, że pokonuje pani wszystkich mężczyzn i wygrywa klasyfikację open. Tak było chociażby w Ultramaratonie Podkarpackim czy biegu w Holandii, w którym poprawiła pani rekord Polski na 100 km. Jak reagują na to mężczyźni? *

Na biegach 24-godzinnych wszyscy się znamy. Jak jedziemy na takie zawody, to jesteśmy jedną drużyną, wiemy, kto biegnie. Natomiast w różnych biegach "open" rzeczywiście czasami wygląda to zabawnie. Jak doganiam czy wyprzedzam mężczyznę, to bardzo często jest mocne zdziwienie. Jestem dość drobną osobą, mam 160 cm wzrostu. Panowie muszą się zastanawiać, jak taka drobna kobieta czerpie, nie wiadomo skąd, tyle siły. Albo gdy na starcie stanę w strefie bliżej czołówki, to czasami też spotykam się z takimi zdziwionymi spojrzeniami. Gdy później słyszą moje nazwisko, to mówią: "Aaaa, rozumiemy". Generalnie nie mogę narzekać. Spotykam się z miłymi reakcjami mężczyzn, są gratulacje i podziw. Miło mi się biega z mężczyznami. Chciałabym jednak zaznaczyć, że stając na starcie, nigdy nie myślę sobie: "Powalczę z mężczyznami, ja im pokażę". Oni są w swojej kategorii, a ja tak naprawdę biegnę dla siebie. Walczę ze sobą, ze swoimi słabościami. To, czy uda mi się zająć dobre miejsce w kategorii open, większego znaczenia nie ma.

*Jest pani porównywana do legend biegów ultra i biegów górskich - Scotta Jurka i Kiliana Jorneta. *

Wszyscy znają te wielkie osoby. Przeczytałam wszystkie książki o ich sukcesach, podziwiając ich i zastanawiając się, jak to jest możliwe. Teraz, jak czasami ktoś porówna mnie do nich, to jest to oczywiście bardzo miłe.

Rozmawiamy o wielogodzinnym wysiłku i wielkich sukcesach, a co było na początku? Jak zaczęła się pani przygoda z bieganiem?

Moje początki były bardzo spokojne. W 2008 r. przygotowywałam się do Półmaratonu Cud nad Wisłą - z Ossowa do Radzymina. Wyszłam na pierwszy truchcik. Przebiegłam chyba z 1,5 km. Nie to, że umarłam, ale wiedziałam, że nie robiłam tego od dawna, że mięśnie muszą stopniowo w to wchodzić. Zajmowałam się przez lata treningiem koni do rajdów długodystansowych, więc fizjologia nie była dla mnie tajemnicą. W bieganie wchodziłam stopniowo, powoli, oswajając się z dystansem.

Autor: Andrzej Grygiel

Źródło: PAP

Pierwszy półmaraton wiele zmienił w pani życiu?

Po tym pierwszym biegu wiedziałam, że to jest to. Jak wróciłam z półmaratonu, to od razu zaczęłam szukać maratonu. Znalazłam - w Starej Miłosnej. Zadzwoniłam do Ani Pojawy, która była współorganizatorką tego biegu. Szczerze mi odradzała ten pomysł. Stwierdziła, że trasa jest dosyć trudna jak dla osoby, która chce debiutować w maratonie. Pobiegłam jednak i... wygrałam w kategorii kobiet. To był lokalny, niewielki maraton, a mimo wszystko udało mi się zwyciężyć, wyprzedzając liderkę na ostatnich dwóch kilometrach. Dało mi to do myślenia i zachęciło do treningów. Bo fajnie jest robić coś, w czym się jest dobrym. Tamten maraton z pewnością mi pomógł.

A kiedy pojawił się pomysł startu w biegu ultra?

Przez pierwsze trzy sezony poprzestawałam na maratonach. W czwartym znajomy, który regularnie startuje w biegach ultra, namówił mnie na Bieg Rzeźnika. Rywalizuje się w nim w parach. Stwierdził, że bardzo fajnym treningiem będzie start w biegu 12-godzinnym w Rudzie Śląskiej. Zakładał bowiem, że Rzeźnika zrobimy prawdopodobnie w okolicach 12 godzin. Ruda Śląska była nieco łatwiejsza, bo to bieg po pętli i po płaskim. Wystartowałam tam i wsiąkłam zupełnie. Zaczęło mi się dobrze biec po... dziesięciu godzinach. Pomyślałam, że coś tu jest na rzeczy, skoro startuję pierwszy raz w takim biegu, a świetnie się czuję w jego końcówce. W Rzeźniku wystartowaliśmy, ale potem wracałam do biegu 12-godzinnego w Rudzie Śląskiej z dużą przyjemnością.

Gdy rozmawialiśmy po poprzednich mistrzostwach świata, opowiadała mi pani o sposobach na radzenie sobie z bólem, kryzysami i znużeniem podczas rywalizacji trwającej całą dobę. Pomagała m.in. muzyka - słuchanie tej samej piosenki, na okrągło.

Cały czas muzyka jest ważna. Próbuję dograć nowe piosenki, choć mam także stare kawałki, które są niezmiennie bardzo pomocne. Podczas mistrzostw w Belfaście motywację do radzenia sobie z kryzysami znalazłam w czym innym - w wyczynie mojego znajomego, który dzień wcześniej przejechał na rowerze 500 km. Zajęło mu to 26 godzin. Wyruszył, a po 250 km zawrócił w stronę domu. Czy mu się chciało, czy nie, musiał wrócić. Jak już biegłam i było naprawdę ciężko podczas tych drugich dwunastu godzin, to sobie pomyślałam: "No, a Rysiek nie mógł odpuścić! Musiał wracać dwanaście godzin czy nawet dłużej". Tym razem to mi bardzo pomogło. Oczywiście także kibice. Otrzymałam bardzo dużo ciepłych słów przed wyjazdem - od przyjaciół, znajomych, a nawet nieznajomych. Pomocni byli także Polacy mieszkający w Belfaście. Słyszeliśmy ich okrzyki i doping. To zawsze bardzo miłe, gdy przebiegając, słyszy się: "Polsko do przodu".

Wspomniała już pani o serwisantach. To ludzie, których podczas walki na trasie nie widać, a bez których nie byłoby sukcesu. Jak wygląda pani team i na czym polega jego rola?

Adam Starzyński (były wioślarz, obecnie trener biegaczy i kolarzy - przyp. red.) bardzo ładnie powiedział: "Szkoda, że serwisanci nie wychodzą z biegaczami na podium, po medale". Ich rola jest nieoceniona. W moim przypadku są to Joanna Świderska i Iwona Mikulska, które jeżdżą ze mną na wszystkie zawody, plus Aneta Mikulska, która zajęła się fotografią. Były na posterunku cały czas, miały podzielone role, każda zajmowała się czymś innym. Bez nich nie byłoby szansy na taki wynik. Ich rolą jest zabezpieczenie mnie w jedzenie czy sprzęt. Jeżeli podczas biegu zaczyna padać i potrzebuję kurtki, to nie muszę się zatrzymywać i szukać jej w torbie. Krzyczę, żeby na następnym okrążeniu podały mi kurtkę - albo w nocy rękawiczki czy czapkę - i po prostu to dostaję do ręki. Nie muszę zwalniać. Druga rzecz: serwisantki ogarniają wyniki. Informują, co się dzieje, jeśli chodzi o rywalizację. Mobilizują nas do dalszego biegu, mają hasła motywacyjne. Na mnie specjalnie krzyczeć nie trzeba, ale wiem, że niektórzy serwisanci potrafią postawić swojego zawodnika na nogi, nakrzyczeć, niemalże dać kopniaka w tyłek i wysłać na trasę, gdy nasza głowa mówi: "Nie, mam dość" i gdy zaczynamy się zastanawiać, po co to robimy. Dziewczyny potrafią a to wrzucić w rękę karteczkę motywacyjną, a to podać jakieś zdjęcia, a to puścić piosenkę, czy chociażby powiedzieć nam, co piszą ludzie na Facebooku, żeby nas zmotywować.

Kiedy pani serwis zaczyna pracę przed zawodami?

Rola dziewczyn zaczyna się dużo wcześniej przed biegiem. Muszą przygotować jedzenie, musimy spakować ciuchy, razem zastanowić się, jak to ułożyć, żeby było wiadomo, co gdzie jest. Niejednokrotnie na miejscu coś gotujemy, robimy zakupy, przygotowujemy apteczkę, plastry, opatrunki, leki przeciwbólowe, herbatę, rumianek. Gdy po biegu my, biegacze, już leżymy szczęśliwi i niewiele możemy zdziałać, to dziewczyny muszą się ponownie stawić w namiocie, wszystko posprzątać, popakować, zanieść to do samochodu, przyjechać ze mną do domu, pomóc mi wziąć prysznic, ubrać, przebrać. To jest niesamowite, że one są często 48 godzin na nogach bez snu. I cały czas jest coś do zrobienia. To są wyjątkowi ludzie. Strasznie niedoceniani. Jesteśmy im bardzo wdzięczni. Ciężko jest wymagać od kogoś, żeby tracił swój urlop, siły, zdrowie, a w dodatku współfinansował wyjazd. A w ich przypadku bardzo często to się zdarza.

Autor: Aneta Mikulska

Źródło: Aneta Mikulska

*Gdy dwa lata temu po sukcesie na MŚ w Turynie pytałem ultramaratończyków o nagrody czy premie, tylko się uśmiechali i podkreślali, że są amatorami w pełnym tego słowa znaczeniu. Od tej pory coś się zmieniło? *

Na mistrzostwach świata w biegu 24-godzinnym nie ma żadnych nagród. Za pierwsze miejsce oprócz medalu dostałam lampkę czołową. Można powiedzieć, że nic. W zeszłym roku po tym, jak zdobyłyśmy medale mistrzostw Europy, drużynowo i indywidualnie, mogłyśmy się starać o nagrodę z ministerstwa sportu w formie sześciomiesięcznego stypendium na przygotowania na kolejne starty. Dostałyśmy je w trójkę: ja, Agata Matejczuk i Milena Grabska-Grzegorczyk. Może nie są to duże kwoty, ale każde pieniądze są pomocne.

A sponsorzy? Można na nich liczyć w biegach ultra?

- Miałam wsparcie firmy Heron, która sponsoruje mój klub - Wieliszew Heron Team. Tak się złożyło, że ma ona siedzibę w Belfaście, w którym odbywały się mistrzostwa. W związku z tym przedstawiciele tej firmy podjęli się zaopiekowania mną. Dzięki temu wyjazd ten był dla mnie dużo łatwiejszy, za co ja i cała moja ekipa jesteśmy im wdzięczni. Reszta zawodników musiała sama troszczyć się o całą logistykę na miejscu. Wprawdzie organizator mistrzostw zapewniał noclegi, ale na dwa dni przed startem i dzień po. I tylko dla dwóch kobiet i mężczyzn (w polskiej kadrze na MŚ znalazło się 11 osób - przyp. red.).

Przed panią kolejne wielkie wyzwanie. Wrześniowy debiut w Spartathlonie - biegu z Aten do Sparty, na dystansie 246 km.

To magiczny bieg. Wiedziałam, że wcześniej czy później będę chciała wziąć w nim udział i go ukończyć. Poczuć tę atmosferę. Niejedno o nim słyszałam. Wyjątkowe miejsce, wyjątkowa trasa.

Można porównać ten wysiłek do biegu 24-godzinnego?

Spartathlon będzie trudniejszym wyzwaniem. Trasa, która do płaskich nie należy, Pogoda, czyli panujące w Grecji upały. Później odcinek w górach, w nocy, gdy robi się zimno i ciemno. Dystans - 246 km. W biegu 24-godzinnym to my decydujemy, ile przebiegniemy. W każdej chwili można odpuścić, odpocząć. Tam tak się nie da. Czy się chce, czy nie, trzeba przebiec 246 km, by ukończyć zawody. Są także ograniczenia, jeśli chodzi o serwisowanie. Nawet jeśli ma się swój serwis, to może on pomagać tylko w wyznaczonych miejscach. Jest to bardzo restrykcyjnie pilnowane. Biegnie się w ruchu ulicznym, który akurat w Grecji jest dość nieprzyjemny. Obowiązuje także zakaz słuchania muzyki w słuchawkach, więc to kolejna trudność. Nie będę miała tego wsparcia psychicznego. No i przede wszystkim to dla mnie nowość. Prawie wszystkie moje rywalki z biegu 24-godzinnego już tam biegały, a ja tam będę debiutować. One już wiedzą, z czym to się je, a ja się dopiero przekonam.

Ostatnie dwie edycje wygrywała Amerykanka Katalin Nagy, którą pokonała pani w Belfaście.

Wiem, że będzie w tym roku biegła, ale o tych zawodach nie udało mi się z nią porozmawiać. Był taki moment, że po MŚ spotkałyśmy się na kontroli antydopingowej. Poprosiła mnie o selfie. Powiedziałyśmy sobie, że widzimy się jesienią na Spartathlonie.

Mistrzyni świata w biegu 24-godzinnym jest na co dzień instruktorem jazdy konnej. Na czym polega pani praca?

Dzieli się na dwie części. Pierwsza - jeżdżę konno. Wsiadam na konia, uczę go czegoś nowego, doszkalam. Przygotowuję do jazdy młode konie, które wcześniej nie miały do czynienia z jeźdźcem. Czyli - jak to się nazywa ładnie - zajeżdżam konie. Druga część mojej pracy to lekcje i treningi z osobami, które chcą podnieść kwalifikacje w jeździe konnej. Udzielam im rad.

Autor: Aneta Mikulska

Źródło: Aneta Mikulska

To z obcowania z przyrodą czerpie pani tę siłę do biegów ultra?

Myślę, że tak. Cały czas jestem aktywna, w ruchu. Moje ćwiczenia i dawka ruchu nie kończy się na treningu biegowym. Albo biegam rano, biorę prysznic i jadę do pracy. Albo jadę do koni, wracam i biegam. To na pewno pomaga szybciej się regenerować, bo jednak to krążenie krwi jest większe. Dużo czasu spędzam z końmi, maszerując. Spacerując podczas rozgrzewki, mam dodatkowe dwie godziny marszu w ciągu dnia. To na pewno pomaga. Po drugie, jazda konna daje dużą świadomość ciała. Musimy cały czas kontrolować nasz dosiad, kształcić się w tym kierunku. Dzięki temu wiem, co się dzieje z moim ciałem, jak ono reaguje na wysiłek. Mogę w większym stopniu tym sterować niż osoba, która się na tym nie skupia.

Najbliższy cel to Spartathlon. A później? Próby bicia kolejnych rekordów, także w innych konkurencjach biegowych?

Tak. Jestem teraz rekordzistką w biegu 6-godzinnym, na 100 km i 24-godzinnym. Przede mną dwa cele. Ten bliższy, o którym powoli myślę i jakieś kroki już podjęłam, to bieg 48-godzinny. Nie ukrywam, że mam także możliwości poprawienia rekordu w biegu 12-godzinnym, więc prawdopodobnie i tego nie odpuszczę.

Bieg 48-godzinny odbył się w Polsce tylko raz, w 2010 r. w Katowicach. Wygrała go, pokonując wszystkich mężczyzn, pani koleżanka z kadry Aleksandra Niwińska.

Są to rzadko organizowane biegi, niestety obecnie nie ma ich w Polsce. Znalazłam takie zawody na początku 2018 roku - w dniach 26-28 stycznia w Atenach. Dosyć szybko po Spartathlonie, prawda? Na razie jednak jestem jeszcze w sferze zastanawiania się i myślenia. Po Spartathlonie podejmę decyzję, czy to odpowiedni moment, czy wystarczy mi czasu, żeby troszkę odpocząć, zregenerować się i jednocześnie przygotować do biegu 48-godzinnego. Wszystko przede mną.

UWAGA
Już po naszej rozmowie z Patrycją Bereznowską, ponad trzy tygodnie po zakończeniu mistrzostw świata, organizatorzy zawodów opublikowali wreszcie oficjalne wyniki. Okazało się, że z powodu awarii sprzętu pomiarowego niektórym zawodnikom zmierzono za małą liczbę okrążeń, innym z kolei zbyt dużą. Po dokonaniu korekty rezultat Patrycji Bereznowskiej wynosi nie 258,339 km (tak podawano po zakończeniu MŚ), lecz 259,991 km. I to właśnie ten wynik jest rekordem świata kobiet w biegu 24-godzinnym.
W konsekwencji - po skorygowaniu dystansu pokonanego przez Bereznowską - Polki okazały się lepsze od Amerykanek w klasyfikacji zespołowej, bijąc przy okazji drużynowy rekord świata, który wynosi obecnie 741,886 km (zaliczane są trzy najlepsze rezultaty zawodniczek z danego kraju).