Bartek Sabela, Wydawnictwo Czarne

Pod koniec 1964 roku do Zambii zaczęli zjeżdżać amerykańscy dziennikarze. Jednak nie po to, by pisać o nowym afrykańskim państwie. Szukali pewnego człowieka, który rzucił wyzwanie światowym mocarstwom i uparcie twierdził, że to Zambijczyk, a nie Amerykanin czy Rosjanin będzie pierwszym człowiekiem na Księżycu. Oto historia zambijskiej Narodowej Akademii Nauki, Badań Kosmicznych i Filozofii oraz szaleńczego marzenia o wolności i podboju Kosmosu.

Niektórzy twierdzą, że Jurij Gagarin wcale nie był pierwszym człowiekiem, który poleciał w Kosmos. Był tylko pierwszym, który z niego powrócił. Mówi się, że zanim ZSRR odtrąbił wiekopomny sukces, oprócz psów w Kosmosie ginęli również ludzie. W niedoskonałych kombinezonach, niedopracowanych kapsułach, skazani na samotną śmierć w lodowatych, czarnych otchłaniach. Ku chwale socjalistycznych republik, z CCCP na prymitywnych hełmach. Ich niknący, słabnący, drżący ze strachu głos można usłyszeć na nagraniach. Czy są prawdziwe? Ilu? Jak się nazywali? Czy nadal krążą gdzieś na orbicie? Czy są jednym z tych punktów mknących jednostajną prędkością przez nocne niebo? Ile razy otoczyli już naszą Ziemię? 12 kwietnia 1961 roku skończył się pierwszy etap kosmicznego wyścigu. Na mecie pierwsi zameldowali się Rosjanie. Dwudziestosiedmioletni Jurij Gagarin zapisał się w tomach encyklopedii jako pierwszy kosmonauta, a jego słynne „pojechali” wypowiedziane w momencie startu weszło do popkultury krajów bloku wschodniego.

W ciągu godziny i czterdziestu ośmiu minut Gagarin zamknięty w stalowej kuli o średnicy nieco ponad dwóch metrów okrążył Ziemię, przelatując nad Syberią, Kamczatką, Oceanem Spokojnym, Ziemią Ognistą, Oceanem Atlantyckim i Afryką. Wylądował na polu, tysiąc pięćset kilometrów na zachód od Bajkonuru, ku zdziwieniu okolicznych wieśniaków. Okładki magazynów, pierwsze strony gazet na całym świecie zapełniły się zdjęciami Gagarina. Wostok 1 z Gagarinem na pokładzie był dwudziestą czwartą rakietą wysłaną w Kosmos przez ZSRR. Tylko połowa misji zakończyła się sukcesem.

Trzy tygodnie później Alan Shepard przeszedł do historii jako pierwszy Amerykanin w Kosmosie. Shepard trafił na okładkę magazynu „Time”. Zresztą temat wyścigu kosmicznego zdobił pierwsze strony tygodnika już regularnie od połowy lat pięćdziesiątych. Amerykanie, w odróżnieniu od Rosjan, swoich kosmicznych pilotów nazywali astronautami. Bo astra, czyli gwiazdy, to przecież dalej niż Kosmos, który umownie zaczyna się już sto kilometrów nad powierzchnią Ziemi. Misja Sheparda trwała jednak zaledwie piętnaście minut. Astronauta osiągnął wysokość niespełna dwustu kilometrów i wrócił na Ziemię, nie dotarłszy na orbitę. Przegrawszy pierwszy etap kosmicznego wyścigu, prezydent John Kennedy zalicytował wysoko. Teraz Księżyc.

Jurij Gagarin

Jurij Gagarin

Źródło: East News


– Mukuka Nkoloso przyszedł do mojego biura – zaczyna cichym, ledwo słyszalnym głosem Sikota Wina. Widzę, że wspomnienia o Nkoloso sprawiają mu radość. – Stanął w drzwiach, zastanowił się chwilę i powiedział: „Sikota, nie uważasz, że my też byśmy mogli dokonać tego, co robią teraz biali?”. „O co dokładnie ci chodzi”, spytałem. „No o ten cały wyścig kosmiczny”, odparł. Roześmiałem się głośno. Nigdy by mi to nie przyszło do głowy! Owszem, słyszałem o tym, że Amerykanie próbują wysłać człowieka na Księżyc. Powiedziałem mu: „Nie wydaje ci się, Mukuka, że my tutaj mamy wiele ważniejszych spraw na głowie niż lądowanie na Księżycu? Na przykład musimy wyzwolić nasz kraj! Wycieczka na Księżyc może poczekać?”. Nie wyglądał na przekonanego, wręcz przeciwnie. Powtarzał: „Nie, nie, musimy pokazać białasom, że my też potrafimy, że możemy to zrobić tutaj, w Lusace!”. Spytałem zatem, gdzie chce zacząć, bo byłem przekonany, że żartuje. A on mi na to: „Właśnie dlatego do ciebie przychodzę, Sikota, jeśli się zgodzisz, to zacząłbym trenować ludzi tu, na wzgórzu”.

Biuro UNIP (Zjednoczonej Narodowej Partii Niepodległości, rządziła w Zambii w latach 1964-1991 – przyp. red.), w którym pracował Sikota Wina, znajdowało się wtedy w czarnej dzielnicy Matero. Za nim wyrastało niewielkie, porośnięte buszem wzniesienie.

– On naprawdę wierzył, że to jest możliwe – mówi Sikota Wina. – To dawało nadzieję. Jego przesłanie było bardzo proste i porywające: możemy robić wszystko to, co biali, nawet tu, w Zambii. Z Lusaki do Ameryki. Z Lusaki nawet na Księżyc.

A potem na Marsa. Artykuł z gazety z lat 60., opisujący zambijskie plany podboju kosmosu.

A potem na Marsa. Artykuł z gazety z lat 60., opisujący zambijskie plany podboju kosmosu.

Źródło: Wydawnictwo Czarne / Mat. prasowe


Znalazłem to wzgórze. Zresztą jedyne w okolicy Lusaki. Wszędzie dokoła płasko po horyzont, a pośrodku dzielnicy Matero ni stąd, ni zowąd wzgórze. Niewielkie, choć w tym krajobrazie wystarczająco wyraźne. Lusaka była przez lata miastem dla białych. Zbudowano ją na początku XX wieku i wkrótce przejęła od Livingstone funkcję stolicy Rodezji Północnej. Z czasem Brytyjczycy pozwolili czarnym osiedlać się w mieście, ale z początku wyłącznie na odległych północno-wschodnich rubieżach. Tak powstało Matero, całe czarne, całe zastawione małymi chatami z dachami z blachy falistej. Szybko zaludniło się, rozrosło się, wypączkowały z niego dzielnice jeszcze większej biedy, jak George, Chunga czy Lilanda. Matero to morze afrykańskich slumsów z jedyną falą, jaką jest wzgórze Chingwele Hill, również gęsto porośnięte małymi domkami. Naturalną koleją rzeczy Matero stało się matecznikiem czarnego ruchu oporu. Tu mieszkała większość działaczy i polityków, tu siedzibę miały partie i organizacje tworzone przez czarnych, tu nie zaglądała kolonialna policja. U podnóża Chingwele Hill, w domu jak wszystkie inne dokoła, znajdowało się również biuro UNIP.

Z Chingwele Hill Lusaka wygląda niemal ładnie. Zwłaszcza o zachodzie słońca, które powoli chowa się za domami na krańcu wzgórza. Niemal malowniczo, niemal urokliwie. Gęsta roślinność przysłania hektary czarnej biedy, rozpuszczony we mgle horyzont rysuje się linią wieżowców Cairo Road, a odległy szum miasta zdaje się miłą melodią kończącego się dnia. Nawet ptaki słychać na Chingwele Hill. Zresztą z zachodzącym słońcem wszystko wygląda ładnie. Nawet pobliskie wysypisko śmieci nabiera intensywnych kolorów, a rozsypujący się Stadion Niepodległości, szczerzący się pustymi betonowymi trybunami, zyskuje romantyczny wdzięk. Chingwele Hill to takie miejsce, w które przychodzi się, gdy nie ma co robić. Wtedy można posiedzieć na murku, w cieniu potężnych, zardzewiałych zbiorników wody pogapić się na miasto. Albo wypić kilka piw, wypalić jointa i pogadać z kumplami. Lub umówić się na randkę z dziewczyną z sąsiedztwa.

Krajobraz zmusza do refleksji. Na chwilę można znaleźć się ponad brudem Lusaki, a jednocześnie nie tracić jej z oczu. Taka zmiana perspektywy, chwilowe oddalenie, ale nie zerwanie. Chingwele Hill musiało być świadkiem wielu wspaniałych momentów, nagłych uniesień, wybuchów emocji. Zapewne miłości, pewnie nierzadko też zazdrości czy nienawiści. Pewnie kilka osób dostąpiło tu oświecenia, bo ludzie przychodzą się tu modlić, jak młody człowiek stojący nieopodal mnie, który w modlitewnym szale wyrzuca z siebie prośby i przyrzeczenia. Domyślam się, że na Chingwele Hill zrodziło się również wiele małych i wielkich pomysłów. Tych codziennych, zwykłych, i tych poważnych, na całe życie.

– Czego tu szukasz?

W moją stronę zmierza postawny mężczyzna z pobliskiego domu. Wcale nie wygląda na przyjaźnie usposobionego. Dziś Matero to wylęgarnia przestępców, zła okolica.

– Wiesz, że z tego wzgórza, tu, gdzie mieszkasz, miała polecieć rakieta? – odpowiadam.

Facet przystaje.

– W Kosmos – dodaję – na Księżyc.

Facet zatrzymuje się i zawraca do domu.

Nie wiem, gdzie Mukuka Nkoloso wpadł na swój pomysł. Ale lubię sobie myśleć, że wydarzyło się to właśnie na Chingwele Hill. Bo Księżyc z Lusaki jest blisko. Teraz właśnie wstaje, żegnając umykające słońce. Zachęca, zaprasza, kusi, by po niego sięgnąć, usiąść na jego krawędzi i spojrzeć z góry na tonące w coraz dłuższych cieniach miasto. Zwłaszcza dziś, gdy jest w pełni, i to tej niezwykłej, bo znajduje się w perygeum, czyli najbliżej Ziemi. Wielki jak dynia, jak ogromna bombka na choince. Wstaje na zachodzie, zawadza o dachy i kominy, przedziera się przez drzewa i wieżowce Cairo Road. Jest niewiele dalej niż na wyciągnięcie ręki.


Gdy stoję na Chingwele Hill, znów mam przed oczami rycinę z dziewiętnastowiecznej L’Atmosphere: Météorologie Populaire francuskiego astronoma Camille’a Flammariona. Obraz, choć wcale nie pochodzi ze średniowiecza i najpewniej jest dziełem autora książki, ilustruje ten fragment tekstu: „Pewien misjonarz z czasów średniowiecza mówi nam, że w jednej ze swych podróży w poszukiwaniu ziemskiego raju dotarł do horyzontu, gdzie spotykały się ze sobą ziemia i niebo. Odkrył tam pewne miejsce, gdzie nie były one ze sobą połączone, i zgiąwszy się wpół, przeszedł pod sklepieniem niebios”.

Czy ta dziura była pomyłką, niedoróbką boskiego krawca, który zapomniał w tym miejscu zszyć niebiosa z ziemskim padołem? Czy jednak szansą, przejściem pozostawionym celowo, by kiedyś mógł je odnaleźć jakiś niestrudzony naukowiec? Może ta szczelina znajdowała się właśnie tu, w Lusace?

Domyślam się, że Mukuka Nkoloso nigdy nie słyszał o Flammarionie, nigdy też nie czytał jego dzieł. Ale ponoć można go było zobaczyć, jak w nocy stoi sam na Chingwele Hill, zupełnie jak średniowieczny astronom, który właśnie doszedł do krańców świata i nieśmiało wystawia głowę poza niebiańskie sklepienie, by w zachwycie i strachu spojrzeć na kosmiczną maszynerię. Ludzie mówią, że czasami unosił włócznię i celował ostrzem w Księżyc. A potem brał zamach i z całych sił ciskał nią w Srebrny Glob. Gdy ktoś go wtedy zapytał, co robi, odpowiadał: „Spójrz na to drzewo. Ponieważ je widzę, mogę do niego dojść. Tak samo jest z Księżycem”.


Pod koniec 1964 roku do Lusaki przyjechała ekipa z brytyjskiej telewizji ITN. Kolonialna administracja opuściła Rodezję Północną ledwie miesiąc wcześniej. Dziennikarze znaleźli Edwarda Mukukę Nkoloso, o którym ulica dużo wtedy mówiła, na opuszczonej farmie kilka kilometrów od miasta, w dzielnicy Chunga. Oglądałem ten krótki materiał filmowy ITN już dziesiątki razy. Pięć minut i czterdzieści sekund. I tysiąc lat świetlnych. Większa część nagrania jest bez dźwięku, więc lubię sobie puścić do tego Space Oddity Davida Bowiego. Choć Bowie nagrał utwór kilka lat później, w 1969 roku, trudno o lepszy obraz do tych słów i o lepszą muzykę do tego obrazu.

Ground Control to Major Tom,
Ground Control to Major Tom,
Take your protein pills and put your helmet on.

Mukuka Nkoloso stoi pośrodku niewielkiego placu. W tle drzewa, jakieś zabudowania, volkswagen garbus i grupka ludzi wykonujących jakieś ćwiczenia. Nkoloso ubrany elegancko, spodnie w kant i krawat. Na ramiona ma zarzuconą wyszywaną togę, zupełnie jak sędzia wysokiego sądu lub średniowieczny monarcha. Do tego stalowy hełm z siatką, pewnie jeszcze z czasów II wojny światowej. Udziela właśnie wywiadu białemu dziennikarzowi.

„Panie Nkoloso, czy to jest miejsce, z którego odpali pan swoją rakietę? I gdzie ona się teraz znajduje?”

„Tak, to jest to miejsce, a moja rakieta jest tuż za nami” – mówi Nkoloso bez cienia ironii czy zawahania. Odpowiada pewny siebie, z powagą wskazując na stojące z tyłu obiekty, kształtem przypominające beczki. Jeden z nich jest podłużny jak wielka łuska od pocisku z wykrojonym okrągłym otworem.

„A jak nazywa się pańska organizacja?” – dopytuje grzecznie dziennikarz.

„Moja organizacja to Narodowa Akademia Nauki, Badań Kosmicznych i Filozofii”.

„A jaką pozycję zajmuje pan w tej organizacji?”

„Jestem dyrektorem generalnym badań kosmicznych i filozofii” – odpowiada dumnie Nkoloso i uśmiecha się, ukazując swoje braki w uzębieniu.

Ground Control to Major Tom
Commencing countdown, engines on
Check ignition and may God’s love be with you.

„A kiedy odpali pan swoją pierwszą rakietę i dokąd pan ją wyśle?”

„Rakieta wystartuje z Lusaki i poleci prosto na Księżyc, wszystko zależy od tego, ile dostanę pieniędzy. Jeśli będziemy mieli odpowiednie finansowanie, to wydarzy się to w bardzo niedługim czasie, nawet w połowie 1965 roku. Jeśli nie, to będziemy musieli poczekać trochę dłużej”.

Ten, Nine, Eight, Seven, Six, Five,
Four, Three, Two, One, Liftoff

„A jak pan sądzi, jaka będzie reakcja Rosji i Ameryki, gdy dowiedzą się, że Zambia przyłącza się do wyścigu kosmicznego?” – indaguje dziennikarz.

„O, na pewno będą zaskoczeni! Oni nie doceniają środków, jakimi dysponujemy, i naszej inteligencji. Jestem pewny, że ich doganiamy”.

„Czy prezydent Kaunda wydał pozwolenie na pański projekt i czy rząd Zambii go zaaprobował?”
„Jeszcze nie, ale interesują się tym, co robię, bo to jest nowatorskie w tym kraju” – tłumaczy zupełnie niewzruszony Mukuka Nkoloso.

This is Ground Control to Major Tom
You’ve really made the grade
And the papers want to know whose shirts you wear.
Now it’s time to leave the capsule if you dare.

Kilku młodych chłopaków, może po piętnaście–siedemnaście lat, siedzi boso w krótkich spodenkach na ziemi. Nad nimi rozpostarty transparent z koślawym napisem „Zambian SpaceAcademy”. Młodzież wykonuje posłusznie jakieś ćwiczenia fizyczne, macha rękoma. Ktoś wszedł na beczkę i przygląda się grupie. Cięcie. Ćwiczenia pokazuje dyrektor, który teraz buja się, siedząc na trawie. Coś mówi, coś tłumaczy, rozkłada szeroko ręce. W tle rakieta, ta sama, którą pokazywał wcześniej. Cięcie. Mukuka Nkoloso siedzi na trawie wraz z resztą grupy. Dyrektor ubrany w mundur wojskowy i wojskowe buty. W rękach trzyma książkę, pokazuje zdjęcia, objaśnia. Zbliżenie na książkę. Na ilustracjach planety, niebo, teleskop.

This is Major Tom to Ground Control
I’m stepping through the door
And I’m floating in a most peculiar way
And the stars look very different today.

Dyrektor Nkoloso tyłem do kamery, na zboczu niewielkiego wzgórza. Ręka uniesiona w górę, toga przerzucona przez ramię powiewa na wietrze. Powyżej niego dwóch chłopaków trzyma stalową beczkę, taką, w jakich transportuje się ropę naftową. W środku beczki jeden z nastolatków. Dyrektor daje znak, beczka wraz z delikwentem w jej środku zaczyna się swobodnie toczyć w dół zbocza, aż łapią ją chłopcy stojący u podnóża. Cięcie. Dyrektor maszeruje, trzymając przed sobą jakiś znak, może godło lub sztandar. Za nim wszyscy idą posłusznie gęsiego, najpierw młoda dziewczyna, a potem rząd młodzieńców.

For here
Am I sitting in a tin can.
Far above the world,
Planet Earth is blue,
And there’s nothing I can do

Dyrektor Nkoloso poprawia hełm, zarzuca togę i staje na baczność przed rakietą. Podbiega do niego grupa nastolatków, kładą beczkową rakietę na ziemi. Jeden z nich szybciutko, wytrenowanym ruchem, wskakuje do środka. Nie mieści się w rakiecie cały, wystaje mu głowa, którą dyrektor trzyma w rękach. Cięcie. Teraz wszyscy razem podnoszą rakietę wraz z pilotem, unoszą ponad głowy (jakby świętowali jego urodziny) i potrząsają to w lewo, to w prawo.

Though I’m past one hundred thousand miles
I’m feeling very still,
And I think my spaceship knows which way to go.
Tell my wife I love her very much
She knows.

Dyrektor Nkoloso siedzi na huśtawce zawieszonej na gałęzi drzewa. Wokół niego chłopcy. Zaczynają go bujać. Mocniej. Mocniej. Jeszcze mocniej. On zadowolony, uśmiechnięty, znów coś mówi, coś tłumaczy. Cięcie. Teraz na huśtawce dziewczyna. Jej sukienka podnosi się i opada w rytm ruchów huśtawki. Cięcie. Dwóch chłopaków na brzegu rzeki. Trzeci nastolatek, z hełmem na głowie, siedzi w beczce. Beczka kołysze się wypychana powoli na głębszą wodę.

Ground Control to Major Tom
Your circuit’s dead, there’s something wrong.
Can you hear me, Major Tom?
Can you hear me, Major Tom?

Dziewiątka nastolatków, w tym dziewczyna, stoją w rządku. Za nimi znów napis „Zambian Space Academy”, jakiś budynek w tle. Przed nimi dyrektor Nkoloso. Apel. Albo odprawa. Padają komendy. Nie, to ćwiczenia. Znów komenda. Wszyscy skaczą, ręce uniesione w górę, klaskają, robią pajacyki. Dziennikarz o urodzie aż nadto brytyjskiej odwraca się w stronę kamery i komentuje z londyńskim akcentem:

„A więc tutaj, na opuszczonej farmie niedaleko Lusaki, mamy młodą grupę przyszłych astronautów, którzy bawią się w dołączenie Zambii do wyścigu kosmicznego. Jednak dla większości Zambijczyków ci ludzie to po prostu banda głupków. I po tym, co miałem okazję dziś zobaczyć, muszę się z tym zgodzić”.

Cięcie.


Lepię postać Edwarda Mukuki Nkoloso z różnych kawałków, pozszywanych, połączonych, posklejanych. Układam ją z opowieści syna, wspomnień kilku ludzi. Powoli naświetlam zdjęcie. Z każdą rozmową pojawiają się na nim kolejne cienie, pierwsze kształty, w końcu widać zarys postaci. Lecz mimo mijających tygodni ten obraz nadal pełen jest dziur. Nie mogę być pewien dat ani miejsc, wypowiedzianych słów. Czasami nie mam możliwości potwierdzić kolejności chronologicznej ani przyczynowo-skutkowej.

Afryka. Tu czasoprzestrzeń ma inną gęstość, jakby miała zupełnie inną konstrukcję, ulepiona była z innych cząsteczek. Czas chyba nie jest tu czymś linearnym. Ani ciągłym. Liczyłem na to, że wiele z tych dziur uda się uzupełnić dzięki dokumentom znalezionym w muzeach, archiwach czy ministerstwach. W końcu Nkoloso był osobą publiczną, znaną, a papier pamięta lepiej niż ludzie. Ale może z drugiej strony to właśnie cały urok tej postaci i tej historii? Że jest niedopowiedziana, pozostawia wiele miejsca na pytania i domysły?

Archiwa Narodowe

Pierwszy strzał, trochę na oślep – Archiwa Narodowe. Domyślam się, że Zambia w jakiś sposób pamięta o tak barwnej postaci. Idę na piechotę z północnych dzielnic, przemierzając po raz pierwszy ulice nieznanego mi jeszcze miasta. Betonowy budynek Archiwów na południu Lusaki wygląda zresztą, jakby sam właśnie przybył z kosmosu. Nieodparcie przypomina jakiś latający spodek lub lądownik księżycowy, który w wyniku błędu pilota osiadł zupełnie w innym miejscu, niż planowano. Paradne wejście z podcieniem jak otwarta rampa, po której miałby wyjechać na tę dziwną planetę kosmiczny łazik, dalej zimny, kamienny kontuar, a za nim dwie panie w białych fartuchach rozprawiają o pogodzie, wpatrując się z nadzieją w niedziałający wiatrak.

Betonowy budynek Archiwów na południu Lusaki wygląda zresztą, jakby sam właśnie przybył z kosmosu.

Betonowy budynek Archiwów na południu Lusaki wygląda zresztą, jakby sam właśnie przybył z kosmosu.

Autor: Bartek Sabela

Źródło: Wydawnictwo Czarne

Październik, miesiąc największych upałów, czas cierpienia i oczekiwania na zbawienne deszcze. W tle czytelnia, trochę taka jak w szkole podstawowej, może w liceum. Pytam śmiało o Edwarda Mukukę Nkoloso, pewny, że za chwilę otworzą się przede mną niezliczone księgi i katalogi, z szaf wysypią się dokumenty i akta, a stalowe szuflady poczęstują mnie bogatą kolekcją zdjęć. Słychać stukanie w klawiaturę, wertowanie kartek podręcznych indeksów. Pachnie starym, pożółkłym papierem i kurzem, któremu nagle przerwano odwieczny sen na grzbietach grubych katalogów.

– Nie ma. Nie ma żadnych dokumentów o tym człowieku. A kim on w ogóle był? – mówi zdziwiona kobieta o przeuroczej, bujnej fryzurze w stylu lat pięćdziesiątych.

– Astronautą. To znaczy chciał nim być.

Pani za kontuarem wybałusza swoje wielkie czarne oczy. Sam czuję, jak komicznie to brzmi w tych okolicznościach.

– Tu, w Zambii? – pyta z niedowierzaniem.

– No tak. Może niech pani spróbuje poszukać hasła „Zambijski Program Kosmiczny”.

Chwila oczekiwania, znów żółte strony zapisane wyblakłym, rozpływającym się maszynopisem, indeksy pokryte pyłem, jakbym był pierwszym, który z nich korzysta. Ale żadna kartka nie skrywa szukanych słów.

– Też nic. W ogóle pierwszy raz słyszę o tej historii. Ale jak pan mi kupi zimną fantę, to jeszcze poszukamy.

Wracam po chwili z butelką pomarańczowego nektaru dla każdej z pań z nadzieją, że sprawi ona cuda.

– To może „Zambijska Akademia Kosmiczna”?

Kobieta, ożywiona kolejnymi łykami zimnej fanty, znów wertuje hasła w papierowych katalogach. Przed naszymi oczami przelatują daty, nazwiska, miejscowości.

– Nie, też nic.

– Może „Księżyc”? Lub „rakieta”? „Wyścig kosmiczny”?

Jak to? Człowiek, który na początku lat sześćdziesiątych chciał lecieć na Księżyc, był przyjacielem prezydenta i bohaterem żegnanym z państwowymi honorami, nie zapisał się w państwowym archiwum nawet jedną marną kartką? Choćby katalogiem zdjęć, szufladą wyblakłych wspomnień, kartonem pamiątek lub honorową wzmianką?

– Nkoloso… Nkoloso… – zastanawia się druga kobieta. – A czy to nie jest ten człowiek, który zawsze chodził z włócznią?

– Tak! – wykrzykuję uradowany, że łapiemy jakiś trop.

– On jest na jednym zdjęciu. W holu, na dole, w gablocie.

Na czarno-białej fotografii Edward Mukuka Nkoloso przemawia do ludzi zgromadzonych przed budynkiem. Rozkłada ręce w geście zwycięstwa, radości, wytchnienia. Ubrany w znoszony wojskowy mundur, w lewej ręce trzyma potężną, rzeźbioną, wrzecionowatą włócznię. Za nim stoi Kenneth Kaunda, a z boku biały fotograf próbuje złapać najlepszy kadr tej chwili. Doniosły moment. Sześćdziesiąty trzeci? Sześćdziesiąty czwarty? Podpis pod zdjęciem mówi jedynie: „Mukuka Nkoloso, bojownik
o wolność i wierny stronnik dra Kaundy i UNIP”. Nic więcej.

– Ona na pewno jest w Archiwach – zaręcza za każdym razem syn Mukuki Nkoloso, gdy pytam, co się stało z rakietą, którą konstruował jego tata. – Tylko nie mogą ci pokazać, bo to tajne rzeczy. Wszystkie te wynalazki są tam, w specjalnych skrzyniach, ale nie pokazują ich nikomu. To trochę tak jak z przechowywaniem pieniędzy w banku: nie możesz ich zobaczyć, jak pójdziesz do Bank of Zambia, to ci ich przecież nie pokażą, ale one tam są, budują za nie drogi albo robią wybory prezydenckie. Jeśli pogadasz z dyrektorem, to może ci pozwoli. A jak nie, to musisz się zwrócić o pozwolenie do ministerstwa. Wszystko, co związane z programem kosmicznym, jest tam, tak samo jak łuki, dzidy i siekiery. Rakieta też jest. Oni cię oszukują w tych archiwach i muzeach. To wszystko tam jest, są papiery i dokumenty, nawet ubrania, togi, zdjęcia.


Muzeum Narodowe

Wejście do ciężkiego, modernistycznego gmachu zagradza ogromny posąg. Wyłania się z ziemi, powstaje z chodnika, nabiera kształtu, oblekając swoją stalową konstrukcję szatą z setek kawałków błyszczącej w południowym słońcu blachy połączonych grubym spawem. Czarny Człowiek z Żelaza. Ciężki, przysadzisty, ostro ciosany, jakby budził się do życia, powstawał z bagna, które jeszcze trzyma jego nogi. Ale pierś już dumnie wypięta, wydatne murzyńskie usta zwarte, wzrok rzuca wyzwanie przyszłości, a zaciśnięta, przesadnie duża dłoń trzyma włócznię. W pierwszej chwili myślę, że inspiracją dla rzeźbiarza musiał być właśnie Edward Mukuka Nkoloso.

Kustosz muzeum, w garniturze błyszczącym jak blacha posągu, ozdobionym finezyjnie krawatem z Kaczorem Daffym, wita mnie, jedynego gościa muzeum, w przepastnej sali tylko gdzieniegdzie upstrzonej jakąś gablotą, zdjęciem czy zabytkową figurką. Pytam o Edwarda Mukukę Nkoloso.

Edward Mukuka Nkoloso, niedoszły kosmonauta, w swoim domu w Lusace

Edward Mukuka Nkoloso, niedoszły kosmonauta, w swoim domu w Lusace

Autor: Bartek Sabela

Źródło: Wydawnictwo Czarne

– Kiedyś była o nim wystawa nawet – odpowiada cichym, matowym głosem typowym dla wszystkich muzealników, niezależnie od długości i szerokości geograficznej. – To znaczy tylko jedna tablica – prostuje, jakby zmieszany – ale zdjęliśmy, bo to była tymczasowa wystawa. Były też te ich stroje i… no bo – widzę wyraźne zakłopotanie w gestach kustosza – pan Nkoloso… on trochę… w pewnym momencie – zbliża wskazujący palec do skroni – on myślał, że jest astronautą, że poleci w Kosmos.

Gdzie jest teraz tablica, wie jedynie pewna kobieta, która przebywa na urlopie. Wielki, pusty gmach muzeum to część kompleksu rządowych budynków w centrum miasta. Zachodzę tam, gdy tylko jestem w okolicy, i za każdym razem słyszę od kustosza ze śmiesznym krawatem, że pani archiwistki wciąż nie ma. W końcu wraca. Na moje pytanie uśmiecha się z politowaniem, ale i pewną życzliwością. Zarządza wielkie poszukiwania, choć, jak na wstępie zaznacza, pewnie się nie uda. Pracownicy ubierają się posłusznie w białe fartuchy i przedzierają przez sterty kartonów kryjących stare ekspozycje o tematyce od flory i fauny terenów Zambii, przez konstrukcję afrykańskiej chaty, po życiorys Kennetha Kaundy. Po kilku godzinach poszukiwań wychodzę z muzeum z jednym zdjęciem.


MUVI Television

Największa prywatna telewizja w Zambii. Medialne imperium wyrastające tuż nieopodal kompleksu telewizji publicznej. Zostaję zaproszony do śniadaniówki Breakfast with the Boys prowadzonej przez lokalnych celebrytów. Sofa, stolik z samochodowej opony, zestaw do minigolfa i kilka potężnych kamer celujących prosto we mnie. Przyzwyczajony do poziomu polskich programów śniadaniowych ze zdziwieniem odkrywam, że rozmowa na żywo trwa już ponad pół godziny. Z jeszcze większym zdumieniem przyjmuję fakt, że nie toczy się wokół tego, co lokalne gwiazdy robiły w weekend. W ogóle nie toczy się wokół nich, lecz wokół zaproszonego gościa. Oni ją jedynie prowadzą. I to w sposób ciekawy, umiejętny, elokwentny, gdy trzeba – z poczuciem humoru, gdy trzeba – z powagą. Najbardziej zaskakuje mnie, że traktują mnie jak równoważnego partnera do rozmowy, a nie jako scenografię do własnego występu.

– Dlaczego ktoś z kraju tak odległego jak Polska interesuje się kawałkiem naszej historii i człowiekiem, o którym niestety nawet my sami zapomnieliśmy? – pytają prowadzący.

Na koniec programu odczytuję nazwiska osób, których poszukuję, by złożyć w całość moją kosmiczną odyseję. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie. Przecież oprócz syna Mukuki Nkoloso w Akademii było ich jeszcze jedenastu. Lista nazwisk płynie w Zambię za pośrednictwem kabli i białych talerzy. Godfrey Mwango. Martha Mwamba. Ruben Simwenga. Bracia Wilfred i John Chikoti. Mathews Mambwe. Paul Chewe. Devison Bambo Miti. Samson Mwanga. Deusdedit Chewe. Victoria Chiti. To imiona kosmicznych kadetów Edwarda Mukuki Nkoloso. Nikt nie odpowiada.

Daję też ogłoszenia w portalach społecznościowych, zapisuję się do zambijskich grup na Facebooku. Wynajduję ludzi o nazwiskach osób, których szukam, piszę do nich, lecz większość nie zadaje sobie trudu, by odpowiedzieć. Czasami konwersacja kończy się, gdy tylko zaczynam o coś prosić. Nawet osoby, z którymi wielokrotnie rozmawiam, będąc w Lusace, gdy kontaktuję się z nimi z Polski, po prostu nie odpisują. Również dziennikarze, ludzie wykształceni, posługujący się każdego dnia komputerem i telefonem. Kontakt, mimo uprzejmych zapewnień o chęci pomocy, urywa się, gdy wyjeżdżam z Zambii.

Wielu obiecało mi wsparcie w poszukiwaniu pozostałych osób związanych z Akademią. W Lusace twierdzili, że wiedzą, że znają, że słyszeli, że na pewno znajdą. Będąc na miejscu, miałem środki nacisku upierdliwego reportera – mogłem przychodzić wiele razy do tej samej instytucji, czekać godzinami na danego człowieka, jak nie tu, to tam, próbować kontaktu przez jego znajomych czy rodzinę. Mogłem przypilnować, by ktoś na pewno sięgnął do szuflady, by ktoś inny wykonał przy mnie telefon, jeszcze ktoś inny, by znalazł zdjęcie czy artykuł. Z Warszawy mogę jedynie dzwonić i pisać. Wiem, że część osób, których szukam, już zapewne nie żyje, ale ktoś ponoć nadal mieszka w Lusace, ktoś inny w Kasamie, jeszcze inny gdzieś w Mozambiku. Tak twierdzi syn Mukuki Nkoloso.

Ale niełatwo znaleźć człowieka pamiętającego wydarzenia sprzed pięćdziesięciu lat w kraju, w którym w latach dziewięćdziesiątych jedna czwarta społeczeństwa była zarażona HIV, a średnia długość życia ledwo przekraczała czterdzieści lat.

„Dzień dobry! Czy znasz Godfreya Mwango (piszę do osoby o tym samym nazwisku)? Jestem pisarzem z Polski, pracuję nad tematem, w którym pan Mwango mógłby mi bardzo pomóc”.

Odpowiedź przychodzi po miesiącu: „Jakim tematem”?

„Piszę książkę o Edwardzie Mukuce Nkoloso. Pan Mwango był jego bliskim przyjacielem”.

„Czy znasz pana Mwango osobiście?”

„Nie. Staram się go znaleźć od wielu miesięcy. Jesteś jego rodziną?”

„Być może. Tylko nie wiem, o jakiego pana Mwango chodzi. Znam ich wielu”.

„Godfrey Mwango, którego szukam, powinien mieć około 73, 74 lat. Pracował z Mukuką Nkoloso w Liberation Center, a wcześniej był członkiem Zambijskiej Akademii Kosmicznej”.

„To raczej nie pomogę. Chyba że podasz mi więcej szczegółów.

„A znasz wielu Godfreyów Mwango w tym właśnie wieku?”

„Być może to mój ojciec, jego bracia, jego kuzyni? Może sąsiedzi? Może znajomi z kościoła?”

„Oni wszyscy nazywają się Godfrey Mwango i mają 74 lata???”

„Tak”.

„A możesz ich chociaż zapytać?”

Odpowiedzi już nie dostałem.

Edward Makuka Nkoloso pokazuje swoją pierwszą rakietę w telewizyjnym wywiadzie z lat 60.

Edward Makuka Nkoloso pokazuje swoją pierwszą rakietę w telewizyjnym wywiadzie z lat 60.

Źródło: Wydawnictwo Czarne (okładka) / Kadr z filmu Nkoloso: The Afronaut (A24 Media Productions)

Pod koniec 1964 roku do Zambii zaczęli zjeżdżać amerykańscy dziennikarze. Jednak nie po to, by pisać o nowym afrykańskim państwie. Szukali pewnego człowieka, który rzucił wyzwanie światowym mocarstwom i uparcie twierdził, że to Zambijczyk, a nie Amerykanin czy Rosjanin będzie pierwszym człowiekiem na Księżycu. "Afronauci. Z Zambii na Księżyc" (Wydawnictwo Czarne) to historia zambijskiej Narodowej Akademii Nauki, Badań Kosmicznych i Filozofii oraz szaleńczego marzenia o wolności i podboju Kosmosu. Książka Bartka Sabeli ukaże się 12 kwietnia.