Getty Images,

Swietłana Kałojewa była jedną z 69 osób, które znajdowały się na pokładzie Tu-154 baszkirskich linii lotniczych. Wraz z dziećmi - 10-letnim Kostią i 3-letnią Dianą - wyleciała wieczorem 1 lipca 2002 roku z Moskwy do Barcelony, gdzie czekał na nią mąż. Razem z nimi na pokładzie znajdowało 45 dzieci oraz opiekunowie. Wyprawa do Hiszpanii miasta była nagrodą dla dzieci z Ufy za dobre wyniki w nauce. Do tego dochodziła 9-osobowa załoga. Liczniejsza niż zwykle, bo linie - korzystając z faktu, że nie jest to tradycyjny kurs - chciały wykorzystać go do przeszkolenia załogi.

Ten lot nie miał bowiem tak wyglądać. Rosyjska grupa miała wylecieć do Hiszpanii już dwa dni wcześniej, jednak firma organizująca wyjazd nie popisała się i całą wycieczkę skierowała na złe lotnisko. Dzieci i ich opiekunowie nie nie polecieli więc rejsowym samolotem, ale wyczarterowanym Tu-154.

O godz. 23.35 nad Jeziorem Bodeńskim, na granicy szwajcarsko-niemieckiej, doszło do zderzenia z towarowym Boeingiem 757. Samolot firmy DHL leciał z Bergamo do Brukseli, na pokładzie znajdował się kapitan i pierwszy oficer. Zginęły wszystkie osoby - 69 z Tu-154 oraz 2 z transportowca. Szczątki obu maszyn spadły w okolicach niemieckiego miasteczka Uberlingen.

44 sekundy

Człowiekiem odpowiedzialnym za kontrolę lotu w tamtym rejonie był pochodzący z Danii Peter Nielsen. Nie miał łatwego zadania, gdyż w bazie w Zurychu został tamtego wieczoru sam. Musiał więc nie tylko pilnować wszystkich samolotów przelatujących w pobliżu szwajcarskiego miasta, ale również opiekować się maszynami podchodzącymi do lądowania.

Firma Skyguide, rządowa korporacja zajmująca się obsługą lotów, była zobowiązana do utrzymania na zmianie dwóch ludzi. Nielsen został jednak sam, bo lotnisku w Zurychu nie miało w planach żadnych przylotów, a na noc i tak było zamykane. Jego asystent udał się do domu wcześniej niż miał zaplanowane. Stało się tak za zgodą samego Nielsena.

Dodatkowym utrudnieniem były prace konserwatorskie głównego radaru. Kontrolerowi lotu został radar zastępczy, który jednak nie pokazywał wszystkich danych, co okazało się tragiczne w skutkach. Nielsen widział samoloty, jednak nie znał ich wysokości. Na dodatek ostatnia maszyna lądująca w Zurychu miała opóźnienie i pracownik obsługi naziemnej musiał zająć się wyznaczeniem kursu na pas, a także skontaktować się z pracownikami w wieży kontroli lotów. Nie był jednak w stanie się połączyć, bowiem na czas konserwacji głównego radaru wyłączano również połączenia telefoniczne. Podłączono zastępczą linię, jednak nie został o tym poinformowany.

Nielsen stracił mnóstwo czasu, zanim powiadomił obsługę wieży o opóźnionym samolocie. W tym samym czasie Tu-154 i transportowy Boeing znajdowały się już na kursie kolizyjnym. Przy normalnie działającym radarze głównym taka informacja zostałaby wychwycona i rozległby się sygnał alarmowy. Rezerwowy radar takiej funkcji nie miał. Nielsen zorientował się, że może dojść do zderzenia na krótko przed tragedią.

Fragment rozbitego Tu-154

Fragment rozbitego Tu-154

Źródło: Getty Images

Nie musiało jednak do niej dojść nawet wówczas, gdyby Nielsen zupełnie przeoczył ten fakt. W obu samolotach zainstalowany był system TCAS. To urządzenie, które rozpoznaje, czy samolot może uderzyć w inną maszynę. W tej sytuacji komputery w Tu-154 i Boeingu zadziałały prawidłowo. "Porozumiały się" między sobą i wydały polecenia: TCAS w 757 nakazał pilotom odepchnąć wolant i opuścić maszynę, w baszkirskim samolocie - dokładnie odwrotnie. Gdyby obie załogi posłuchały, nie doszłoby do zderzenia.

Nielsen zauważył, że maszyny nie zmieniły kursu i dalej lecą na siebie. Dopiero co skończył obsługę opóźnionego lotu do Zurychu i musiał reagować w nowej sytuacji. Jak wykazało śledztwo, zostały mu jedynie 44 sekundy. W krytycznym momencie nie dosłyszał informacji od załogi 757. Poinformowała ona, że zgodnie z zaleceniami TCAS zaczyna obniżanie lotu. Kontroler popełnił błąd - nakazał załogom wykonanie odwrotnych manewrów. Powiedział, by Tu-154 obniżał lot, a Boeing się wznosił.

Działania Nielsena spotęgowały chaos. Załoga samolotu DHL nie wzięła pod uwagę słów kontrolera, bo bardziej ufała komputerowi. Nie przerwała obniżania. Właśnie tak piloci z zachodniej Europy (kapitanem był Anglik, Paul Phillips) byli szkoleni: kiedy dochodzi do sprzecznych sytuacji, ważniejsze są wskazania systemów pokładowych. Inaczej zachowali się piloci baszkirskich linii. Ci - nauczeni zgodnie ze starą rosyjską szkołą, że przełożony wie najlepiej - nie uwierzyli TCAS i posłuchali polecenia obsługi naziemnej (po tragedii ujednolicono przepisy i teraz wiadomości przekazywane przez TCAS mają pierwszeństwo).

Sytuację próbowali ratować kontrolerzy lotu z Niemiec, którzy widzieli, że może dojść do kolizji. Nie byli jednak w stanie dodzwonić się do Nielsena. Zgodnie z procedurami nie mogli sami skontaktować się z samolotami, gdyż znajdowały się w przestrzeni powietrznej kontrolowanej przez Szwajcarów. Już nic nie było w stanie zapobiec śmierci 71 osób.

Przeciął tupolewa na pół

Załoga z Tu-154 przez mniej więcej trzy sekundy widziała zbliżającego się Boeinga. Nielsen poinformował ją wcześniej, żeby wypatrywała maszyny DHL, jednak podał zły kierunek i piloci nie byli w stanie zareagować na czas. Inna sprawa, że w ciemnościach i przy tak ogromnych prędkościach prawdopodobnie i tak by nic nie zrobili. Na wysokości 11 500 m Boeing, pod kątem ok. 45 stopni, statecznikiem pionowym przeciął na pół baszkirski samolot, który w częściach spadł na ziemię. 757 leciał jeszcze dwie minuty bez oderwanego statecznika, po czym runął na pola wokół Uberlingen.

Fragment rozbitego Tu-154 i rodziny zabitych na polach pod Uberlingen

Fragment rozbitego Tu-154 i rodziny zabitych na polach pod Uberlingen

Autor: Rolf Haid

Źródło: PAP

Rozpoczęła się akcja ratunkowa, jednak szybko okazało się, że nikt nie miał szans na przeżycie. Szczątki obu maszyn rozrzucone zostały na obszarze 35 km kwadratowych, ciała dwóch ofiar znaleziono po drugiej stronie Jeziora Bodeńskiego. Pojawiały się pierwsze teorie o słabej znajomości języka angielskiego przez baszkirskich pilotów czy pijanej załodze. Przedstawiciel Skyguide, Toni Maag, także zrzucał winę na pilotów Tu-154. Ze strony szwajcarskiej padały oskarżenia o zbyt późną reakcję na polecenia kontrolera lotów.

Już dzień po katastrofie ekspert do spraw bezpieczeństwa lotów, Zepp Moser, pytał, dlaczego Nielsen tak długo zwlekał z poinformowaniem załogi baszkirskich linii o obniżeniu wysokości. Nie wiedziano wtedy jeszcze ani o zmniejszonej obsadzie wieczornej zmiany, ani o poleceniach sprzecznych z systemem TCAS. Toni Maag doszedł do wniosku, że gdyby Boeing nie obniżył lotu, nie doszłoby do wypadku. Była to próba wybielenia kontrolera, który nie panował nad sytuacją. Transportowy samolot DHL zrobił wszystko zgodnie z procedurami i zareagował tak, jak mu nakazywały urządzenia pokładowe.

Rozpoczęło się śledztwo, ale zakończyło się dla pracowników Skyguide bardzo łagodnie. Trzech pracowników firmy (nie podano ich personaliów) zostało skazanych na rok więzienia w zawieszeniu za popełnienie błędu, który doprowadził do wypadku. Czwarty dostał karę w wysokości 13 tys. franków szwajcarskich za niepoinformowanie o fakcie, że linia telefoniczna tamtego pechowego dnia nie działała. Cztery inne osoby zostały uniewinnione. Nikt nie został skazany za zabójstwo, a takie zarzuty również groziły pracownikom firmy. Sąd uznał, że winni są menedżerowie nadzorujący pracę kontrolerów, a nie sam Nielsen.

Ten ostatni długo leczył się na nerwicę, nigdy też nie wrócił na stanowisko kontrolera. Nie został nigdy oficjalnie oskarżony o spowodowanie wypadku. Po zakończeniu śledztwa odszedł z pracy i wyjechał do Kloten pod Zurychem. Tam, po 1,5-rocznych poszukiwaniach, znalazł go Witalij Kałojew, rosyjski architekt, który w katastrofie stracił żonę i dwójkę dzieci. W 2002 roku przebywał w Barcelonie na kontrakcie i miał razem z nimi spędzić urlop na hiszpańskim wybrzeżu.

Witalij Kałojew - rosyjski inżynier, zabójca Petera Nielsena

Witalij Kałojew - rosyjski inżynier, zabójca Petera Nielsena

Źródło: Reuters

"Pomściłeś rodzinę i jesteśmy ci wdzięczni"

24 lutego 2004 roku pojawił się pod domem byłego kontrolera lotów. Stał pod płotem, aż Nielsen podszedł do niego i zapytał, o co chodzi. Wtedy Kałojew wyciągnął kopertę ze zdjęciami zabitych bliskich. Podczas śledztwa twierdził, że chciał pokazać mu osoby, które przez niego zginęły. Nielsen nerwowo odepchnął rękę Rosjanina, fotografie upadły na ziemię. Kałojew wpadł w szał i zadał mu 20 ciosów nożem, zabijając na oczach żony i trójki dzieci. Mężczyzna zmarł w ciągu kilku minut. Architekt wrócił do hotelu, gdzie został aresztowany.

Szwajcarska policja poinformowała w mediach, że sprawca stracił nad Uberlingen żonę i dwójkę dzieci. Rosyjscy dziennikarze szybko rozszyfrowali imię i nazwisko zabójcy. Pasowały dwie osoby, ale tylko Kałojew od wielu miesięcy - także publicznie - groził Nielsenowi, że się z nim rozprawi. Dziwne, że nikt - ani w Szwajcarii, ani w Rosji - nie nabrał podejrzeń i nie zapewnił ochrony Nielsenowi.

Kałojew już w pierwszą rocznicę wypadku w 2003 roku przerwał uroczystości upamiętniające zmarłych. Przed przedstawicielami rządów Niemiec, Rosji i Szwajcarii krzyczał: "Znajdę tego kontrolera, który zabrał mi moich ukochanych". W domu urządził coś w rodzaju mauzoleum poświęconemu synowi, córce i żonie.

Kałojew w taki sposób upamiętnił  swoją córkę

Kałojew w taki sposób upamiętnił swoją córkę

Źródło: PAP/EPA

Zwrócił się do Skyguide o wydanie adresu kontrolera, który w jego ocenie ponosił odpowiedzialność za śmierć jego bliskich. Firma od początku nie uznawała swojej winy, więc nie zareagowała na prośbę Kałojewa. Nikt nie reagował też na publiczne zapytania inżyniera w mediach o winę kontrolera lotów. Podczas wizyty rodzin ofiar w siedzibie Skyguide wypytywał o to przedstawicieli firmy. Swietłana Rotener opisała później zachowanie Kałojewa. - Ponieważ nikt mu nie chciał odpowiedzieć, wybiegł z budynku. Krzyczał, że to "wina tej świni" i że na Kaukazie mają sposoby rozliczenia się z takimi osobami - powiedziała rosyjska psycholog, która towarzyszyła bliskim zmarłych w katastrofie.

Kałojew wynajął prywatnego detektywa, który odkrył, gdzie przebywa 36-letni Peter Nielsen. Podczas rozprawy zabójca przekonywał, że chciał z nim jedynie porozmawiać. Nie potrafił jednak odpowiedzieć na pytanie, czemu na rozmowę zabrał wielki nóż. Utrzymywał, że nie planował zabójstwa, a podczas dokonywania przestępstwa miał zanik pamięci.

W 2005 roku Kałojew został skazany na 8 lat więzienia, choć prokuratura domagała się 12. Po dwóch latach został zwolniony ze względu na stan psychiczny. Wrócił do Rosji, gdzie był witany jak bohater. - Jesteś prawdziwym człowiekiem, pomściłeś rodzinę i jesteśmy ci wdzięczni - takie okrzyki witały zabójcę na lotnisku Domodiedowo. Rosyjskie media państwowe od początku apelowały o zmniejszenie wyroku dla inżyniera. Przedstawiały go jak "ofiarę bólu po stracie najbliższych", a nie brutalnego mordercę. Nawet przedstawiciel Kościoła Prawosławnego, Aleksander Borysow, mówił: - Kałojew był winny, ale był także ofiarą systemu. Gdyby winni zostali ukarani surowiej, nie byłoby powodów do wymierzania sprawiedliwości na własną rękę.

"Nie żałuję, tego, co zrobiłem"

Źródło: Reuters

Jak podkreślała Ksenia Kaspari, dziennikarka "Głos Rosji" i autorka książki o Kałojewie, Szwajcaria oraz jej firma Skyguide długo nie chciały wziąć odpowiedzialności za tragedię lotniczą. - Nikt nie zdobył się na zwykłe przepraszam. Opublikowali oświadczenie dwa lata po śmierci rodziny Witalija, dopiero wtedy, kiedy popełnił przestępstwo. W czasie śledztwa tłumaczył, że zabił Nielsena także w poczuciu bezradności wobec poczynań Szwajcarów.

Zapominano jednak, że w czasie, gdy Rosjanin mordował Nielsena, wciąż toczył się proces karny w sprawie tragedii nad Uberlingen. Szwajcarski sąd uznał wcześniej, że odpowiedzialność cywilną za katastrofę ponosi kierownictwo Skyguide, m.in. łamiąc międzynarodowe przepisy o minimalnej liczbie kontrolerów zatrudnionych na czas dyżuru. Nie wykluczało to jednak wyroku dla duńskiego pracownika, lecz zginął on przed ewentualnym postawieniem zarzutów.

Kałojew po wyjściu na wolność został wiceministrem budownictwa w rządzie Osetii Północnej. W 2012 roku przyleciał do Monachium. Został zatrzymany na lotnisku, choć posiadał wizę Schengen wydaną przez ambasadę niemiecką w Moskwie. Podróżował do Uberlingen na - jak twierdził - zaproszenie władz tego miasta w dziesiątą rocznicę katastrofy. Doszło do zgrzytu, bowiem na miejsce wypadku wybierała się również rządowa delegacja szwajcarska, która nie chciała tam widzieć mordercy Nielsena.

Niemieckie władze zaczęły analizować, jak Kałojew dostał wizę. Szwajcaria mogła domagać się zakazu wjazdu na teren Unii Europejskiej człowieka skazanego za zabójstwo. Przepychanki trwały kilka godzin, aż wreszcie pozwolono mu udać się do Uberlingen. Towarzyszył mu cały korpus rosyjskich dyplomatów, żeby pokazać, że to poważna wizyta zaangażowanego polityka, a nie zabójcy. - Moje życie stanęło w momencie śmierci rodziny. Nie żałuję tego, co zrobiłem, ale zabicie Nielsena nie spowodowało, że poczułem się w jakikolwiek sposób lepiej - przyznał rosyjskiej agencji ITAR-TASS.