Partner wydania
Wojtek z kumplami z pracy przegląda fotki. Ta za gruba, ta za chuda. O, ta będzie w sam raz. Jezu, jakie nogi. Ania poszła na imprezę dla singli, a z poznanym na niej facetem do łóżka. Miłości z tego nie będzie, ale fajny seks - tak. Nową seksualną rewolucję w Polsce zaczną młodzi, wykształceni, z wielkich miast. W sieci i w realu. Jak w filmie "Serce nie sługa".

Życie to podobno nie film, ale w tym przypadku film pokazał to, co już się dzieje. "Serce nie sługa" z Pawłem Domagałą i Romą Gąsiorowską pokazuje parę przyjaciół, którzy postanawiają pobrać się i wychować razem dziecko. To nietypowy model związku - psychologowie w Polsce jeszcze o takim nie słyszeli. Ale w polskim społeczeństwie następuje zmiana w sposobie, w jaki rozumiemy związek z drugą osobą i czego w nim oczekujemy.

Zaczęło się w mieście.

To mieszkańcy wielkich i średnich miast zaczęli szukać związków i relacji innych, niż tradycyjnie rozumiane małżeństwo i miłość aż po grób. Mieszkańcy wsi stanowią zaledwie 13 proc. wszystkich korzystających z najpopularniejszej na polskim rynku aplikacji randkowej. Z innych badań - przeprowadzonych w 2017 roku przez agencję badawczą IRCenter wynika, że typowi użytkownicy mieszkają w mieście i są ambitni, nowocześni, nie boją się zmian oraz chętnie podejmują nowe wyzwania. I jest ich coraz więcej. W Polsce online randkuje aż 3,3 mln osób. Najliczniejszą grupę stanowią single od 25 do 34 roku życia.

Przewidywania socjologów, psychologów i seksuologów są jednoznaczne: w najbliższych latach użytkowników aplikacji randkowych w naszym kraju będzie przybywać. Wzrośnie też liczba osób żyjących w nowoczesnych, niezobowiązujących związkach, opartych na różnorodnych wzajemnych umowach - jak we wchodzącym właśnie na ekrany kin filmie "Serce nie sługa". Czy to od nich, "miastowych", te nowe typy związków rozejdą się na cały kraj? I co z miłością, której przecież wciąż szukamy?

- Czy Polacy przestają wierzyć w tradycyjną miłość? Nie. Ale zaczynają wierzyć w samorealizację. Kariera zawodowa, podróże, treningi, pasje - to wszystko zastępuje nam związki – mówi psycholog Monika Dreger.

Kadr z filmu

Kadr z filmu "Serce nie sługa"

Autor: Robert Pałka

Źródło: Materiały Dystybutora

”Friends with benefits”

- Do biura codziennie dojeżdżam przez godzinę i przez godzinę wracam. W pracy spędzam około 9 godzin dziennie, czyli przez 11 godzin jestem wyjęta z życia. Wracam padnięta i odpalam serial – mówi Asia, 23-letnia singielka. – Pół roku temu poszłam do klubu na single party. Poznałam Rafała i wymieniliśmy się numerami. Na drugim spotkaniu poszliśmy do łóżka, przypomniałam sobie, jak bardzo brakowało mi seksu. Od tego czasu spotykamy się mniej więcej raz na 2 tygodnie. Czasem razem nocujemy, czasem obejrzymy jakiś film, raz poszłam z nim na wesele, ale… nie, miłości z tego z całą pewnością nie będzie. To jest po prostu umowa oparta na seksie. Dobrym seksie – podsumowuje.

Monika Dreger twierdzi, że dla coraz większej liczby Polaków praca wysuwa się na pierwszy plan w życiu. To właśnie w firmie spędzają najwięcej czasu, a ich podstawowe towarzystwo stanowią znajomi z biura.

– Polacy zamykają się w korporacjach i nie mają czasu ani okazji do zawierania nowych znajomości. Wybór partnera staje się mocno ograniczony, dlatego aplikacje randkowe i imprezy dla singli są tak popularne, a coraz więcej relacji opiera się na wzajemnej, niezobowiązującej umowie – mówi i tłumaczy, że dawniej stałe związki tworzyło się w liceum i na studiach.

- Po zakończeniu edukacji był czas na ślub i dzieci. Dzisiaj koniec studiów oznacza najczęściej początek kariery. W pogoni za podróżami, awansami i rozwojem osobistym, wypychamy związki na dalszy plan – podsumowuje Dreger.

Kadr z filmu

Kadr z filmu "Serce nie sługa"

Autor: Robert Pałka

Źródło: Materiały dystrybutora

Seksualny fast food

Wojtek ma 29 lat i pracuje jako informatyk. W przerwach na obiad siada z kumplami na stołówce i wspólnie oglądają zdjęcia kobiet w serwisach randkowych.

- Każdy z nas zwraca uwagę na coś innego. Ja na pierwszym miejscu patrzę na tuszę, jeden kolega na twarz, inny na piersi, a jeszcze inny na nogi, choć kobiety rzadko je eksponują na zdjęciach profilowych – mówi Wojtek. – Siedzimy w pracy i przesuwamy kciukami to na lewo, to na prawo – brzydka, ładna, brzydka, ładna... To fajna zabawa. Możemy się przynajmniej trochę w tej pracy zrelaksować, a ubiegając twoje pytanie: Tak. Szukamy w sieci tylko i wyłącznie kobiet do seksu – podsumowuje 29-latek.

Zdaniem seksuolog Patrycji Wonatowskiej, żyjemy w tzw. czasach fast foodów, w których liczy się efekt i czas:

– Chcemy wszystko dostawać szybko i łatwo. Wszystko ma być efektowne, duże i spektakularne. Tyczy się to również relacji o podłoży seksualnym. Oczekujemy spektakularnego seksu, najlepiej teraz i tutaj. Mamy potrzebę natychmiastowości i aplikacje randkowe świetną ją spełniają.

"Wystarczył dzień, żebym dostała kilkanaście zdjęć penisów"

Ania ma 22 lata i jest śliczną, długowłosą brunetką. Po roku samotności przemogła się i założyła kilka kont w różnych serwisach randkowych. Na zdjęcie profilowe wybrała zdjęcie z wakacji, na którym, ubrana w spódniczkę, stoi nad brzegiem morza.

– Tego samego dnia dostałam kilkanaście zdjęć penisów i propozycji seksualnych. Kolejnego dnia było to samo, a ja czułam, jakby ktoś mnie molestował – mówi. Koleżanka poradziła jej, aby w opisie swojej osoby dodała informacje, że nie szuka przygodnego seksu. Tak też zrobiła.

- Pierwsza informacja, która była widoczna po wejściu na moje profile, dotyczyła tego, że nie szukam "one night standów" i że interesują mnie tylko poważni mężczyźni. Oni chyba pomyśleli, że szukam męża i chcę zakładać rodzinę, bo od tej pory wszystkie moje konta umarły. Dodanie takiego opisu było jednoznaczne z usunięciem konta. Serdecznie podziękowałam koleżance za tę beznadziejną radę – podsumowuje Ania.

Kadr z filmu

Kadr z filmu "Serce nie sługa"

Autor: Ola Grochowska

Źródło: Materiały dystrybutora

"Nowe formy związków będą coraz popularniejsze"

Zdaniem Moniki Dreger dawniej wiek bardzo ściśle określał rolę społeczną, dziś Polacy odchodzą od myślenia w tradycyjnych kategoriach.

– Mówiło się, że 30-latek to już stary kawaler, a widok kobiety w tym samym wieku, bez męża i dzieci wzbudzał politowanie. Dziś 30, 40 i 50-latkowie to zupełnie inne osoby, niż dawniej ich rówieśnicy. Mają i będę mieli potrzebę randkowania i tworzenia związków w coraz starszym wieku – mówi psycholog i przewiduje, że w najbliższych latach nowoczesne formy związków będą coraz bardziej popularne.

- Wyobrażam sobie sytuację, w której coraz więcej ludzi po 40-tce będzie wciąż poszukiwać nowych relacji, albo te relacje będą oparte na niekonwencjonalnych umowach, np. jesteśmy małżeństwem, ale mieszkamy oddzielnie, lub – jesteśmy razem, ale widujemy się tylko w weekendy. Dojrzałe osoby potrzebę bycia z kimś będą realizować w sposób, który do tej pory nie był uznawany za tradycyjny – mówi Dreger.
„Moja mama jest królową speed datingu i imprez dla singli”

Tak właśnie stało się w przypadku mamy 26-letniego Kuby. Pani Iwona jest po 50-tce i kilka lat temu rozwiodła się z jego ojcem. Rozstanie sprawiło, że kobieta zupełnie zmieniła swoje życie.

- Mama jest królową speed datingów i wszelkich innych form imprez dla singli. Ma też Tindera i bez krępacji radzi się mnie w kwestii facetów – śmieje się Kuba. – Prawda jest taka, że te wszystkie rzeczy dają jej jakąś niesamowitą energię. Ma koleżanki, wychodzi z domu, imprezuje. Do tej pory dwukrotnie przyszła na noc z facetem. Wychodziłem do pracy bardzo wcześnie i nawet nie wiem, czy to był ten sam. Głupio mi było o to w ogóle pytać – dodaje.

Socjolog Krzysztof Wielicki zmianę w zachowaniu grup wiekowych powyżej trzydziestki określa mianem syndromu Wendy i Piotrusia Pana.

- Zarówno młodzi Polacy, jak i Polki z pokolenia na pokolenie stają się coraz bardziej egocentryczni. Normalny proces dojrzewania psychicznego powinien zakończyć się około 25. roku życia, ale ta granica przesuwa się coraz dalej. Dzisiejsze kobiety czują się jak nastolatki w wieku 30 i 40 lat, to samo dotyczy mężczyzn. Nie chcą jeszcze zamykać się na jednego partnera i czują, że na dzieci jest jeszcze za wcześnie. W wieku 40 lat często posługują się skalą wartości, którą dawniej posługiwali się 17-latkowie

– tłumaczy Wielicki i przewiduje, że te granice będą przesuwać się coraz bardziej, sprawiając, że tradycyjna rola kobiety i mężczyzny w świadomości społecznej będzie zacierać się coraz bardziej.

Kadr z filmu

Kadr z filmu "Serce nie sługa"

Autor: Ola Grochowska

Źródło: Materiały dystrybutora

Seks-ideały atakują nas z każdej strony

Ewa ma 160 cm wzrostu i waży 70 kg. Od kiedy pamięta, ma kompleksy na punkcie swojego ciała – nie przepada za małymi piersiami i dużymi udami, a najbardziej na świecie nienawidzi swojego wystającego brzucha.

– Z poprzednim chłopakiem wolałam kochać się przy zgaszonym świetle, czułam się dużo swobodniej, jak nie widział tego wszystkiego, czego w sobie nie cierpię – mówi Ewa, która niedawno, po raz pierwszy w życiu, zaliczyła jednorazową przygodę. Przespała się z chłopakiem, którego zupełnie nie znała.

- Poznaliśmy się na imprezie u kolegi i wiedzieliśmy od razu, że tej nocy coś się wydarzy. Po północy poszliśmy na górę i kochaliśmy się… przy zapalonym świetle. Byłam zaskoczona, że nie miałam żadnych oporów. Powiedział mi nawet, że mam niezwykle seksowne pośladki, a ja poczułam, że może jednak lubię swoje ciało. Przynajmniej w jakiejś części – śmieje się Ewa.

27-latka nie jest wyjątkiem. Seksuolog Patrycja Wonatowska tłumaczy, że jej najmłodsi klienci często obawiają się, że nie spełnią określonych standardów – obawiają się, że ich ciała znacznie odstają od powszechnie uznawanych kanonów piękna. Wolą zatem zrezygnować z przyjemności, niż wystawiać na widok swoją niedoskonałość.

- Ciała, które pokazują nam media, są piękne, symetryczne i w doskonałej kondycji. Seks za to jest namiętny i gorący – mówi Wonatowska. – Młodzi ludzie, atakowani tymi "doskonałymi" obrazami z każdej strony, boją się obnażać przed swoimi partnerami. Paradoksalnie to właśnie w krótkich i niezobowiązujących znajomościach seks jest czymś wyizolowanym i łatwiej nam na niego przystać

– mówi i przyznaje, że jej klienci mają znacznie mniejsze obawy związane ze swoim ciałem i umiejętnościami seksualnymi podczas przygodnych romansów. Wonatowska dodaje, że trudniej nam jest przyznać się do swoich niedoskonałości w poważnej relacji z bliską osobą.

Kadr z filmu

Kadr z filmu "Serce nie sługa"

Autor: Robert Pałka

Źródło: Materiały dystrybutora

Maslow złapałby się za głowę

Adam na 26 lat i od kilku miesięcy umawia się z dziewczynami na Tinderze. Zazwyczaj kończy się pocałunkiem, ale dwukrotnie wylądował w łóżku z nowopoznaną kobietą.

- Nie mam z tym problemu, nie brzydzę się, nie czuję zgorszenia do siebie. Seks z nieznajomą też smakuje dobrze. Problem jest w tym, że z większością z tych dziewczyn nie ma o czym rozmawiać – przyznaje Adam. – Albo są zakompleksione, albo uważają, że z samego tytułu bycia dziewczyną w ogóle nie muszą się starać, angażować w rozmowę. Pytasz, czy gdybym znalazł fajną dziewczynę przez internet, mógłbym się zaangażować? Pewnie. Może nawet bym chciał. Ale niestety… nie sądzę, żeby ona tam na mnie czekała – mówi.

- Logując się w serwisach i aplikacjach randkowych, wybierając się na imprezy organizowane specjalnie dla singli, czy wchodząc w niezobowiązujący układ typu friends with benefits, warto odpowiedzieć sobie na pytanie: "czego szukam?" – mówi Monika Dreger.

Jej zdaniem w dzisiejszych czasach znacznie łatwiej jest powiedzieć, że oczekuje się przygody na jedną noc, niż miłości na całe życie. – Uważam, że wiele osób może tak naprawdę szukać bliskości, choć zewnętrznie absolutnie się do tego nie przyznaje – podkreśla Dreger i dodaje, że jej zdaniem potrzeba bliskości jest dziś marginalizowana i zagłuszana na rzez potrzeby samorealizacji:

- Znaleźliśmy się w momencie, w którym świat ulega diametralnej zmianie. Pustkę po niewypełnionej potrzebie bliskości zapełniamy poprzez angażowanie się w rozwój osobisty. Ponad 60 lat temu Abraham Maslow określił nasze potrzeby, zaczynając od tych najbardziej podstawowych, czyli fizjologicznych, a skończył na najwyższej, czyli potrzebie samorealizacji. Dziś dochodzi do przewrotu – potrzeba samorealizacji ląduje u fundamentów piramidy, stając się dla wielu z nas tą podstawową. Takie maksymalne zaangażowanie w bycie coraz lepszym powoduje, że niejako tracimy umiejętność budowania głębokich relacji. Zyskujemy za to szereg umiejętności zawodowych – mówi Dreger i zaznacza, że rozwój osobisty również jest bardzo wartościowy. - Jednak utrata bliskości jest często ceną, którą za to płacimy.

Wonatowska z kolei zaznacza, że dążenie do samorealizacji nie idzie w parze z dążeniem do bliskości.

- Jeśli od otoczenia dostajemy informację, że powinniśmy być piękni, seksowni, spełnieni zawodowo, otwarci, charyzmatyczni… i nie wiadomo, jacy jeszcze, to nie chcemy w pełni ofiarować się drugiej osobie, bo się wstydzimy. Coraz częściej wypychamy potrzebę bliskości na drugi plan, angażując się w rozwój. Potrzebę bliskości podświadomie traktujemy jako słabość, niedoskonałość, którą najlepiej wyprzeć, żeby stawać się coraz „lepszym” w takim rozumieniu, w jakim uczy nas tego świat zewnętrzny.

Marianna Fijewska. Studentka dziennikarstwa i psychologii na Uniwersytecie Warszawskim. Zaczynała w redakcji dziennika „Metro Cafe” w wydawnictwie Agora. Od początku 2017 roku współpracuje z Wirtualną Polską jako redaktor w zespole Social Media. Zajmuje się tematami społecznymi.