Małgorzata Gołota , 14 grudnia 2019

Będziesz moją własnością

Większość kobiet pracująca w seksbiznesie to ofiary handlu ludźmi, które są do tego zmuszane, aerogondo, iStock.com

Gdyby podopieczne siostry Anny zdecydowały się mówić, ich historie byłyby podobne do historii Ievy i Małgosi. Wszystkie opowiedziałyby o strachu, kłamstwie, zdradzie, przetrwaniu i nadziei. I o dojmującej potrzebie miłości.

Od redakcji: zdjęcie powyżej jest ilustracyjne. Ponad 70 proc. ofiar handlu ludźmi na świecie jest płci żeńskiej. Jeżeli korzystasz z usług prostytutek, jesteś częścią tego procederu. Tą częścią, która sprawia, że ten okrutny biznes się opłaca.


- Poda mi siostra namiary na dziewczyny? Chciałabym je poznać. Je i ich historię.
- Przykro mi, ale nie kontaktujemy mediów z naszymi podopiecznymi.
- Dlaczego?

To nasza pierwsza rozmowa, przez telefon. Już wtedy siostra Anna wytłumaczyła mi, że to biznes jednostronny. Że jej organizacja - Stowarzyszenie Po MOC - kiedyś w taki układ wchodziła. O pracy siostry i jej podopiecznych powstała nawet książka - „Kobieta nie jest grzechem” - wydana w 2007 roku. Media dostawały materiał, ludzką historię, łakomy kąsek. A dziewczyny nie dostawały nic. Opowiadały swoją historię, ale w ich życiu nie zmieniało to niczego. Czuły się wykorzystane.

Dziś opowiada o nich sama siostra Anna, współzałożycielka i prezes Stowarzyszenia im. Marii Niepokalanej na Rzecz Pomocy Dziewczętom i Kobietom w Katowicach, od 2010 działającego pod nazwą Stowarzyszenie Po MOC dla Kobiet i Dzieci im. Marii Niepokalanej. Stowarzyszenie pomaga osobom zagrożonym lub dotkniętym różnymi formami przemocy, w tym ofiarom handlu kobietami i ofiarom przymuszonej prostytucji.

Zakonnica ratuje kobiety. Mówią jej: cieszę się, że zostałam prostytutką. Ktoś mnie w końcu docenił

Wesprzyj działania Stowarzyszenia!
Sprawdź jak pomagać na:
www.po-moc.pl
www.budujemycosdobrego.pl


"Nie jesteśmy w stanie pomóc w tym zakresie". Od każdej organizacji pomocowej, z którą kontaktowałam się podczas pracy nad tym tekstem, usłyszałam to zdanie co najmniej raz. Izolowanie ofiar handlu ludźmi od mediów jest bardzo skuteczne. Tak jak i sposób, w jaki chroni się je przed sprawcami ich dramatu. Szkoda, że dopiero po tym, jak już go doświadczą.

Na moje ogłoszenie w jednej z grup na Facebooku skupiających ofiary przemocy odpowiada tylko kilka kobiet. W tym Ieva z Litwy i Małgosia z Polski. Obiecuję im anonimowość, dlatego w tekście zmieniliśmy ich imiona. Gdyby podopieczne siostry Anny zdecydowały się mówić, ich historie byłyby pewnie podobne do tych, których doświadczyły moje rozmówczynie.

Ieva, 21 lat, Litwa

Ieva jest zdolna. Zawsze była. Widzieli to jej rodzice, jeszcze kiedy była dzieckiem. Widział też brat Linas, starszy o pięć lat. Ale potem go zabrakło. Pracy szukał długo - na wsi i w okolicy. Nie znalazł. Ieva nawet dziś zrozumieć decyzji brata nie może. I często śni jej się ten poranek w środku lata, kiedy znalazła go na ganku. Ten ganek zapadł jej mocno w pamięć, bo cały pomalowany był na biało. Z okna był widok na zielony ogródek. W ogródku rosły maliny. Były już ciemno różowe, dojrzałe. A więc biel, zieleń i róż. I na ich tle wisiał Linas. Pomyślała wtedy, że już nigdy nie weźmie malin do ust. I że choćby nie wiem co nie straci nadziei jak Linas. To było trzy lata temu.

- Sama zostałam na gospodarstwie, pięć świń i dwie krowy, trochę kur mieliśmy – mówi po polsku, całkiem dobrze, waha się tylko przy trudniejszych wyrazach. Czasem delikatnie zdradza ją akcent. - Rano, jeszcze przed szkołą, oporządzałam to wszystko. Potem robiłam rodzicom śniadanie, sama też zjadałam. Dużo tego nie było. Tylko to, co udało się z gospodarki zebrać, i to, co z ogrodu. Pilnowałam, żeby zjedli. Pół roku zajęło mi przywracanie ich do życia.

W tym roku, gdy pochowali Linasa, Ieva zaczyna i kończy ostatnią klasę szkoły średniej. Marzy o studiach, żeby to życie jednak lepsze mieć i sobie i rodzicom byt zapewnić. Marzy o ekonomii. Marzy nieśmiało o własnej firmie. Marzy o mieszkaniu.

Ręce zaczynają jej delikatnie drżeć. Nie pamięta, gdzie i jak dowiedziała się o t e j pracy.

To miało być tylko na wakacje. Zbiór pomarańczy na pięknej hiszpańskiej wyspie. Już sama nazwa – Majorka - brzmiała jak spełnienie marzeń i obietnica czegoś wspaniałego. Od śmierci Linasa minął rok. Rodzice już trochę stanęli na nogi, nie bała się ich zostawić.

Małgosia, 37 lat, Polska

Mamy tak samo na imię, obie mamy córki, jest tylko kilka lat starsza ode mnie. Bierze głęboki wdech.

- Powiem pani krótko i szybko o tym, jak to wyglądało, nie mam siły na więcej szczegółów. Bili mnie, potem gwałcili, a kiedy przestawali, przywiązywali do łóżka, żebym nie uciekła, i tak w kółko. Przez dokładnie 815 dni. Liczyłam, każdy dzień to jedna wyskrobana paznokciem kreska na ścianie, po prawej stronie łóżka. Na ścianie niełatwo skrobać? Jak leży pani wiele godzin w tej samej pozycji, to takie bezmyślne skrobanie nie robi żadnej różnicy. Może nawet trochę odrywa mózg od tego, co otacza. Oczyszcza myśli. I zapewniam panią, że da się przez tych wiele godzin wyskrobać w ścianie cieniutkie wyżłobienie. Pierwszą rzeczą, jaką zrobiłam, kiedy policja zrobiła nalot na ten burdel i zabrała tych facetów, było policzenie tych kresek na ścianie.

Od dwóch lat Małgosia funkcjonuje jak dawniej, jak przed "tą historią". Pracuje jako sekretarka w urzędzie miejskim, dostała kredyt na maleńkie mieszkanie, żyje w nim razem z córką, Anielką. Anielka ma dwa lata. Małgosia mówi często, że Bóg jej ją zesłał. Ale pyta, czy ja mogę napisać "bóg" małą literą, bo ona nie jest pewna, czy i w którego boga wierzy. Kiedyś zastanowi się, co z tą swoją wiarą zrobić. Bo u niej w domu, tym rodzinnym, dużo się o bogu mówiło. Co niedzielę chodzili do kościoła. Ona, siostra, mama i tata. To była dobra rodzina.

- Czuła się pani kochana?

- Tak, i bezpieczna. Choć brakowało mi przestrzeni. Myślę, że od tego się wszystko zaczęło. Od tej przestrzeni właśnie. Póki żyłam z rodzicami, nie miałam się jak buntować. Nie było na to miejsca. Rodzice troszczyli się o nas, zaspokajali wszystkie potrzeby, które nazywane są podstawowymi. Ale też wymagali od nas przestrzegania zasad. Te zasady były narzucone z góry i nienegocjowalne. Jak na przykład to chodzenie do kościoła. Albo niedzielny obiad z rodziną. Albo to, że obie mamy studiować, kształcić się intelektualnie, tak, żebyśmy kiedyś dobrze radziły sobie też w sferze towarzyskiej. Żyliśmy w dużym mieście, rodzice mieli kancelarię prawną, oboje byli radcami. Należeliśmy do elity. Alkohol? Alkohol był w domu, oczywiście, ale nigdy przesadnie. Tato czasem robił sobie popołudniowego drinka, zwykle po obiedzie i najczęściej w niedzielę. To nie był zły dom. Właściwie to ja nawet nie jestem pewna, czy powinnam się była przeciwko tej domowej rzeczywistości buntować. Choć jednak to zrobiłam, na studiach.

Ieva, 21 lat, Litwa

- U nas na Litwie mówi się czasem, że ci, co jadą na robotę do Polski, mogą wpaść w złe ręce, że mogą trafić do takich ludzi, co zabierają dokumenty, biją, głodzą, nie płacą. Ale ja przecież nie jechałam do Polski, tylko na Majorkę, prawda? - Ieva bardzo stara się mówić spokojnie. Trzymać się faktów.

Może tak samo robiła, kiedy wsiadała do podstawionego busa, zaparkowanego na dworcu autobusowym w Wilnie, dziesięć minut piechotą od starówki, jednej z najpiękniejszych w całej środkowo-wschodniej Europie. Bilet, na którym dotarła do Wilna ze swojej rodzinnej miejscowości, dostała do domu pocztą. Na stemplu był napis Gdańsk, ale uznała, że widocznie wysyłali go jacyś pośrednicy. W końcu czy to ważne? Pomyślała wtedy, że to naprawdę miło ze strony tych hiszpańskich pracodawców, że ten bilet dla niej kupili.

Z Wilna mieli jechać do Barcelony, busem prawie 30 godzin. Potem z Barcelony statkiem dostać się na Majorkę, do Palmy, i stamtąd już jechaliby samochodami na przyporządkowane im plantacje pomarańczy. Jechali jednak tylko siedem godzin, do Trójmiasta. Kiedy bus zatrzymał się kilkanaście kilometrów od Gdańska, wszystkie się zdziwiły. A było ich w tym busie dziesięć. Dziesięć ładnych, młodych Litwinek. Najmłodsza – Milda – miała 16 lat. Planowała przez wakacje zarobić trochę grosza i z końcem sierpnia wrócić do domu, do rodziny i do szkoły. W domu się nie przelewało, jakoś przekonała rodziców, że chce i może pomóc. Najstarsza, Roze, miała 23 lata. Roze w domu zostawiła męża i trzyletnią córeczkę. Mąż niedawno stracił pracę na budowie, chciała poratować domowy budżet – zarobić i odłożyć grosz na kilka miesięcy do przodu. Ieva w tej grupie wiekowej lądowała jakoś pośrodku.

Zdziwiły się więc tym nagłym postojem, nie potrafiły rozpoznać miejsca, był środek nocy – ciemno. Któraś krzyknęła, któraś szarpnęła za drzwi. Kiedy się otworzyły, do środka weszło trzech mężczyzn. Nie widziały ich wcześniej. Wszyscy byli wysocy i dobrze zbudowani. Kolejno wyciągali je z samochodu. Nie chciały wysiadać z własnej woli.

- Zawlekli nas do jakiegoś domu, na jego niższe piętro – Ieva utkwiła oczy w stole. Siedzimy w moim mieszkaniu, wolała poznać mój adres, niż sama zdradzić się ze swoim. Bardzo smakuje jej czarna herbata z wanilią, woli ją niż kawę. Dolewam jej już drugi raz.

- Wszystkie dziesięć znalazłyśmy się w jednym pokoju. Potem, na policji, powiedziano mi, że i tak nieźle trafiłyśmy. W tym pokoju spałyśmy co prawda po dwie w jednym łóżku, ale miałyśmy toaletę i łazienkę. No i było ciepło.

Małgosia, 37 lat, Polska

Na studia poszła do Warszawy. Daleko od domu. Cieszyła się na myśl o wyjeździe, liczyła, że odetchnie. Nie jest w stanie zrozumieć, jakim cudem dorośli ludzie mogą wciąż mieszkać z rodzicami. Ona by nie potrafiła.

Studiowała prawo, zgodnie z życzeniem rodziców. Wzorowo zaliczyła dwa pierwsze semestry. Załapała się nawet na stypendium naukowe. Rodzice byli zadowoleni.

Na drugim roku zaczęła cieszyć się wolnością.

Była połowa stycznia. Śniegu jak na lekarstwo. Ostatni weekend przed zimową sesją egzaminacyjną na Uniwersytecie Warszawskim. Piętnaście lat temu. Poszły z koleżanką do knajpy, zabawić się.

Pamięta tylko moment, kiedy zdjęły kurtki i siadły przy barze, by zamówić drinki. Potem wspomnienia się zamazują. Koleżanka po wszystkim ponoć wróciła zwyczajnie do domu. A Małgosia obudziła się w burdelu na Śląsku.

Nie, nie powie w którym dokładnie mieście. Ale to nie był pierwszy raz, kiedy urwał jej się film. Z tą koleżanką często ostro balowały. Tak, słyszała o taksówkarzach, którzy podrzucają laski zaprzyjaźnionym handlarzom albo prosto do burdeli. Ktoś mówił jej o tym w miejscu, do którego trafiła. Ale ona w sumie nie ma dowodów. A więc nie będzie już nic mówić. Jeśli nie jest się pewnym, lepiej jest mówić mniej. Dodaje tylko, że reszta jak na wstępie: bili, potem gwałcili, a kiedy przestawali, przywiązywali do łóżka, żeby nie uciekła, i tak w kółko. Byli tam ci, którzy twierdzili, że są jej właścicielami i ci, którzy płacili właścicielom za udostępnienie jej i innych dziewczyn na seks. Czasem zjawiało się kilku pod rząd. Seks uprawiali z nimi w każdy możliwy sposób, ludzki i nie ludzki. Czy może więcej nie opowiadać?

Płynnie przechodzi do dnia 816, w którym nie zdążyła wyskrobać na ścianie kreski. W 816 dniu zjawiła się policja. Dużo ich było, wszyscy w kamizelkach. Zabrali tych facetów, którzy byli razem z nimi w domu. I Małgosię, i kilka innych dziewczyn też zabrali. Przesłuchali, oddali pod opiekę psychologów. Potem je rozdzielono, trafiły do różnych ośrodków wsparcia dla kobiet po podobnych przejściach. Najwyraźniej z tamtego dnia pamięta świeże powietrze i to, jak głęboko je wdychała i z jaką ulgą wydychała. Przez te 815 dni spędzonych w burdelu nie oddychało się łatwo.

To było dwanaście lat temu.

Ieva, 21 lat, Litwa

Ten pierwszy wieczór pamięta – do ciepłego pokoju przyszedł mężczyzna. Powiedział Ievie i innym dziewczynom, że plany się zmieniły, że nie jadą na Majorkę, że są potrzebne tu. Przyniósł im wtedy dużo kosmetyków do makijażu, powiedział, że mają się przygotować i czekać, aż tu po nie wróci wieczorem. Wtedy wyjaśni im resztę. Dziwiły się trochę, trochę jeszcze bały, nie bardzo wiedziały, co się dzieje. Prawdziwy strach przyszedł później, gdy wrócił ten sam facet, który przyniósł im kosmetyki i kazał im wsiadać do samochodu. Każdej wydzielił inny fragment ulicy, kazał stać i czekać na klientów. I zarabiać pieniądze. Pokazał im plecak, w którym miał wszystkie ich dokumenty! Wszystkie! I powiedział, że jeśli chcą je odzyskać i kiedykolwiek wrócić do domu, mają pracować i zarabiać pieniądze. Nie powiedział ile.

Ieva pracowała tak przez całe wakacje. Czasem, gdy wydawało jej się, że dobrze trafiła, że ten jeden na stu klientów to jakiś nie najgorszy typ, że patrzy mu z oczu lepiej niż innym, prosiła go, żeby zawiózł ją na policję. Że zrobi co zechce, że nie zdradzi nikomu jego imienia, nie powie, jak dostała się na komisariat, byle tylko ją tam zawiózł. Ale nie chcieli. Może wiedzieli, że właściciele ich obserwują? Bo przecież oni nieustannie patrzyli na przydzielone dziewczynom fragmenty ulicy, choć sami widoczni nie byli. Musiały zachowywać się w określony sposób, być takie, jak chcieli klienci, i zarabiać pieniądze. Jeśli któraś się leniła, musiała ponieść karę. Karą było bicie, podduszanie, wyzwiska i groźby. Więc jak ci klienci mieli dla nich, dziwek zza wschodniej granicy, ryzykować kłopoty? Ieva nawet nie dziwi się, że nikt nie chciał pomóc.

Myśli czasem, że ta śmierć Linasa była właśnie po to – żeby ona mogła żyć. Myśli, że gdyby nie wspomnienie ich rodziców, tego, jak wyglądali po jego śmierci, nigdy nie wykrzesałaby z siebie tej odwagi, energii, wiary, że może jednak jakimś cudem uda się uciec? Bo nic nie przerażało jej bardziej niż to, że – jeśli rodzice uznają ją za zmarłą – może nie mieć już dokąd uciekać. Straty drugiego dziecka by nie przeżyli. A ona, Ieva, pomyślała, że woli sama umrzeć, niż żyć ze świadomością, że nie ma już rodziny. Dziś jest już właściwie pewna, że właśnie po to umarł Linas – żeby ona mogła żyć.

Może to ta determinacja i pewność sprawiły, że w końcu ktoś pozwolił jej zadzwonić na policję. Wyrobiła się w kilkanaście sekund, dzwoniła z samochodu klienta, samochód miał przyciemniane szyby, właściciel-alfons niczego nie zauważył. Policja przyjechała niedługo później, zabrali Ievę i inne dziewczyny. Pomogli.


Z danych UNICEF i ONZ wynika, że w 2017 roku ofiarą handlu ludźmi mogło paść około 40 milionów osób. Jedna trzecia z nich to dzieci. Dane dotyczące 2018 r. są jeszcze bardziej alarmujące: ponad 70 proc. ofiar handlu ludźmi na świecie jest płci żeńskiej, prawie połowa ofiar to kobiety dorosłe (49 proc.), pozostałe nie mają jeszcze 18 lat i stanowią 23 proc. Mężczyźni to 21 proc. udokumentowanych ofiar, przy czym to również mężczyźni są największą grupą w przypadku pracy przymusowej.

Z przygotowanego przez fundację Walk Free zestawienia Global Slavery Index 2018 wynika, że w skali całego świata ofiary pracy przymusowej to aż 24,9 mln ludzi. W Polsce liczbę ofiar w tej grupie szacuje się na 128 tysięcy. Najbardziej niepokoi jednak co innego - uwzględniający rok 2019 raport przygotowany przez ambasadę amerykańską w Warszawie wskazuje, że polskie władze nie w pełni realizują minimalne standardy eliminacji handlu ludźmi.

Wysiłki podejmowane w celu identyfikacji i ochrony małoletnich – ofiar handlu uznano w nim za niewystarczające. Walka ze zjawiskiem pracy przymusowej ma – zdaniem autorów zestawienia - bardzo ograniczony zakres, a sądy nie są w stanie pociągać do odpowiedzialności sprawców. Przy czym od sześciu lat środki finansowe przeznaczane na pomoc ofiarom handlu ludźmi nie uległy zmianie.


Ieva jest silna. Wróciła do domu, postarała się o pomoc psychologiczną dla siebie, mamie i ojcu niewiele ze swojego dramatu opowiedziała. Nie chce do niego wracać. Studiuje w Warszawie.

Małgosia odreagowywała przez długie lata. Wpadała w złe towarzystwo, alkohol, narkotyki, przygodny seks. Poczuła, że chce zmiany dopiero, gdy okazało się, że jest w ciąży z Anielką. Wtedy pozwoliła sobie pomóc. To było trzy lata temu.