Paweł Kapusta , 16 kwietnia 2021

Dwa zgony nadmiarowe: Mama i Tata

Tata i Mama. Kołobrzeg, rok 1970

Tydzień po pogrzebie mamy przewijałam tatę. Zerknął na mnie, wyszeptał: "To mama już tutaj nigdy nie wróci?". Zaskoczył mnie. "No nie. Nie wróci" – odpowiedziałam. "Patrz, cholera, a ja nawet nie mogłem być na jej pogrzebie". Wtedy się ostatecznie poddał.

- Gdyby nie chaos związany z pandemią, rodzice być może nadal by żyli. COVID-u nie mieli, ale gdy potrzebowali opieki, nie dostali jej od państwa. Gdyby dobrze zajęto się tatą, nie poddałaby się i nie umarłaby mama. Gdyby nie umarła mama, nie poddałby się tata. Wykłócałam się z lekarzami, błagałam o pomoc. A gdy rodzice byli zamknięci w szpitalu – o strzępki informacji. Byłam całkowicie bezradna, to uczucie aż porażało. W kilka tygodni straciłam niemal wszystko, co miałam najcenniejszego.

"On kochał ją, ona jego. A żegnać się musieli krzycząc do siebie z dwóch różnych pokojów"

"On kochał ją, ona jego. A żegnać się musieli krzycząc do siebie z dwóch różnych pokojów"

Źródło: Archiwum prywatne

1.

Na ból ponoć najlepsze wspomnienia. Więc Jola wspomina rodziców. Siada w fotelu, przegląda album wypchany starymi zdjęciami. Przy jednym zatrzymuje się na dłużej.

Siedzą w wiklinowym koszu plażowym. Ona włosy w kok spięła, wsparła o męża ramię i zerka na niego zza przeciwsłonecznych okularów. Być może on, patrząc w dal, chwilę wcześniej rzucił udanym żartem, bo żona się śmieje. On – zamyślony, piasek łaskocze mu bose stopy. Podpis pod zdjęciem: Kołobrzeg 1970. Rodzice, piętnaście lat po ślubie.

Jola odkłada album, zamyka oczy i widzi wyraźnie.

Na przykład to: idą parkową alejką, obok stadionu Widzewa. Ona – cztery latka. Tata – postawny facet, od zawsze fan łódzkiego klubu. No i mama, wtedy w ciąży. Bawią się, przekomarzają. 4-letnia Jola wykrzykuje:

- Braciszek! Jak chcę braciszka!

- A jak będzie siostrzyczka? – dopytuje mama.

- Nie, ja nie chcę siostrzyczki! Będzie braciszek!

Albo to: już jest dorosła. Leży na porodówce, za moment przywita na świecie własne dziecko. Boli, ale między skurczami słyszy wydzwaniający telefon. I głos pielęgniarki: "Córka właśnie rodzi. Proszę pana, jak już urodzi, to doktor zadzwoni!".

Tata zawsze twardy był, nigdy nie okazywał uczuć. W ten dzień wszystko się zmieniło. Gdy już mogła, wzięła telefon, wykręciła numer, odebrał ojciec. Pierwszy raz w życiu usłyszała: "Joluś, kochanie moje!".

Od tej pory zrobił się uczuciowy, ludzki. Jak zawsze miała lepszy kontakt z matką, tak teraz i z ojcem zaczęła się rozumieć. Wnuki uwielbiał, umiał się z nimi bawić. Był wniebowzięty, gdy na świecie pojawił się prawnuk.

Ale oprócz pięknych wspomnień, mimo upływu miesięcy i leków na smutek, przed oczami Joli wciąż staje ten cholerny 2020.

Na przykład Wielki Czwartek. Po dwóch tygodniach pobytu w szpitalu karetka przywozi mamę do domu.

Siedzą w wiklinowym koszu plażowym. Ona włosy w kok spięła, wsparła o męża ramię i zerka na niego zza przeciwsłonecznych okularów. Być może on, patrząc w dal, chwilę wcześniej rzucił udanym żartem, bo żona się śmieje. On – zamyślony, piasek łaskocze mu bose stopy. Podpis pod zdjęciem: Kołobrzeg 1970. Rodzice, piętnaście lat po ślubie

Siedzą w wiklinowym koszu plażowym. Ona włosy w kok spięła, wsparła o męża ramię i zerka na niego zza przeciwsłonecznych okularów. Być może on, patrząc w dal, chwilę wcześniej rzucił udanym żartem, bo żona się śmieje. On – zamyślony, piasek łaskocze mu bose stopy. Podpis pod zdjęciem: Kołobrzeg 1970. Rodzice, piętnaście lat po ślubie

Źródło: Archiwum prywatne

- Gdy ją zabierali, można z nią było jeszcze porozmawiać, namówić do jedzenia. Gdy wróciła, nie miałam wątpliwości: przywieźli ją, żeby umarła w domu – wspomina Jolanta.

Nie przełykała, kontaktu zero. A odleżyny na całym ciele takie, że trudno uwierzyć, że mogło się to stać w ledwie kilkanaście dni. No i te myśli: gdybym tylko mogła być przy niej, nigdy bym na to nie pozwoliła.

Ale nie mogła. Bo pandemia.

2.

Jola wiedziała, że rodzicom już bliżej niż dalej. To przecież normalne, skoro na karku mieli ponad osiem dych. Ta myśl była jednak lekko ukryta, bo jeśli rodzice – mimo wieku – byli sprawni i samodzielni, to po co się tym zadręczać na zapas.

Wszystko zaczęło się jednak sypać pod koniec 2019 roku.

– 26 grudnia tata "poległ" – wspomina Jolanta.

– Z dnia na dzień, zaczęły mu się problemy z chodzeniem. Męczył się, ale myśleliśmy, że mu przejdzie. Dwa dni później było już tylko gorzej. Nie mógł wstawać, strasznie go bolało. Mama, nie wiedząc, jak mu pomóc, próbowała go zawieźć do łazienki na biurowym krzesełku. Takim obrotowym, na kółkach. Zsunął się. Nie mogła go podnieść, musiała dzwonić po mojego brata. Przyjechał, podniósł ojca, ale tata od tego momentu już nie wstał.

Pierwsza karetka: 29 grudnia. Rżnął silnego - próbował siadać, podpierał się. Ratownicy zbadali odruchy. "Rwa kulszowa". I pojechali, zostawili bez leków.

Druga karetka: 3 stycznia. Tata już nawet nie próbował siadać. Pomajtali nogami, tak go powykręcali, że na pół bloku wył z bólu. "Niedowładu nie ma, to rwa kulszowa. Nic nie możemy zrobić, z tym do szpitala się nie zabiera. Do widzenia".

Trzecia karetka: 5 stycznia.

Czwarta karetka: 7 stycznia.

Bezradność taka, że aż trudno dobre słowa znaleźć. Walenie głową w mur.

Piąta karetka: 8 stycznia.

Mama i Tata, beztroskie chwile na plaży

Mama i Tata, beztroskie chwile na plaży

Źródło: Archiwum prywatne

Szósta: 13 stycznia. Wtedy już nie odpuściłam., Wymusiłam, żeby ojca wzięli do szpitala. Były krzyki i groźby, że będę płacić za nieuzasadnione wezwanie. Uparłam się, podpisałam kwit.

Jeszcze tego samego dnia wylądował na stole operacyjnym. Okazało się, że miał złamany kręgosłup. Kilkanaście dni z tym leżał i nikt nie chciał mu pomóc.

3.

Ojca w styczniu operował świetny chirurg. Pierwsze wieści były dobre: miał chodzić. Mama odetchnęła więc z ulgą. Coś jednak zaczęło się psuć. Owszem, stał, ale kroku zrobić nie mógł. Wypisali go 23 stycznia. Zalecenie: pacjent ma chodzić.

- Tylko jak, skoro w szpitalu nie zrobił choćby kroku? – pyta teraz Jolanta.

Wrócił do domu i znów to samo.

Siódma karetka: 25 stycznia. Zabrali na izbę przyjęć. Cały dzień czekania, tomograf. "Nic się nie dzieje, po operacji ma prawo boleć. Wracać do domu".

Ósma karetka: 27 stycznia. Znów izba przyjęć. Stan zapalny, więc został na internie, porobili badania. Lekarz wziął córkę na stronę.

"Tata uwielbiał piłkę. Razem z Mamą przeżyli Gomułkę, lądowania na księżycu, wielkie mecze Bońka w Widzewie, zmianę systemu"

"Tata uwielbiał piłkę. Razem z Mamą przeżyli Gomułkę, lądowania na księżycu, wielkie mecze Bońka w Widzewie, zmianę systemu"

Źródło: Archiwum prywatne

- Według mnie to jest powikłanie po operacji neurochirurgicznej. Powinni go otworzyć i zobaczyć, co tam się dzieje – powiedział.

Konsultacja, nie ma możliwości, na neurochirurgię nie wezmą, bo stan zapalny. Dwa tygodnie na tej internie, aż lekarz w końcu się poddał. "Tu już nic więcej nie zrobimy. Do domu".

- Wrócił obolały. I to był moment, w którym zaczęło się z mamą. Zobaczyła, że tata nie chodzi i chodził już raczej nie będzie. I jak było z nią wszystko w porządku – normalnie funkcjonowała, do sklepu chodziła, zachowywała się jak zawsze – tak z dnia na dzień się położyła – wspomina córka.

Kilka dni później jedzie do rodziców. Jest około ósmej rano. Wchodzi do mieszkania, cisza. Patrzy – mama leży.

- Dlaczego nie wstałaś?

Cisza.

- Wstawaj, śniadanie trzeba zrobić.

Cisza.

- Brałaś insulinę?

- Nie.

- Jadłaś śniadanie?

- Nie.

- Tata jadł śniadanie?

- Nie.

- Wstaniesz?

- Nie.

Jolanta: - Poddała się, zamknęła w sobie. Załamała. Bo ojciec, mimo tego złamanego kręgosłupa, próbował nam jakoś pomagać. Pupę podnosić przy przewijaniu, przekręcać się lekko na bok. A mama jak kłoda, na wznak. Patrzyła w sufit. Z dnia na dzień, na początku lutego, nagle mieliśmy w domu dwoje niepełnosprawnych ludzi.

"Tata pomagał, sprzątał, dziećmi się zajął. I do nowinek od zawsze miał smykałkę. To gramofon załatwił, to telewizor, gdy inni pomarzyć mogli"

"Tata pomagał, sprzątał, dziećmi się zajął. I do nowinek od zawsze miał smykałkę. To gramofon załatwił, to telewizor, gdy inni pomarzyć mogli"

Źródło: Archiwum prywatne

Mamie zaczął szaleć cukier. 200, 300, 500. Początek marca – pogotowie. Zbadali. Uznali, że cukier to pół biedy, bo gorzej jest z sercem. Położyli ją na kardiologii.

A to był już w Polsce początek pandemii. Szpitale zamknięte. Nie można wejść, dowiedzieć się czegokolwiek. Jola dzwoni, w pokoju lekarskim nikt nie odbiera. Pielęgniarki – nie mają prawa udzielania informacji. Trafia na jakiegoś lekarza: "Ale ja pani mamy nie prowadzę. Nic nie wiem".

Leżała jakiś czas, ustabilizowali ją, wypisali. Wróciła do domu. W jednym pokoju leżący tata, w drugim pokoju leżąca mama.

4.

Sześć dekad ze sobą przeżyli. Tuziny wspólnych rytuałów zdążyli wypracować. Jak obiad, to zawsze w samo południe. On uwielbiał jej knedle z truskawkami i kapustką na słodko. Wybitnie po łódzku.

Ona doceniała go za to, że był i z rodziną żył aktywnie. Pomagał, sprzątał, dziećmi się zajął. I do nowinek od zawsze miał smykałkę. To gramofon załatwił, to telewizor, gdy inni pomarzyć mogli. Razem przeżyli Gomułkę, lądowania na księżycu, wielkie mecze Bońka w Widzewie, zmianę systemu.

On kochał ją, ona jego. A żegnać się musieli, krzycząc do siebie z dwóch różnych pokojów.

Ostatni raz widzieli się w styczniu. Słyszeli w marcu. Nie było jak tych cholernych łóżek ustawić obok siebie, w tym samym pomieszczeniu. Gdy mama wróciła w marcu po pierwszym pobycie w szpitalu, rozumiała, kontaktowała. Przynajmniej przez kilka dni.

W nocy, gdy wszystko wokół cichło, próbowali ze sobą rozmawiać. Wydzierali się do siebie, pytali o samopoczucie. Ale ten stan długo nie potrwał.

- Słuchaj, mama takie bzdury plecie, że z nią to chyba jest coś nie w porządku – powiedział ojciec pewnego poranka.
- No jest. I demencja postępuje, i chora jest przecież... – odpowiedziała Jola.

Kolejnego dnia to samo: - Chciałem z nią porozmawiać, a ona się nie odzywała. Bałem się. Później tylko jęczała całą noc, a ja ze strachu spać nie mogłem.

Dwa tygodnie przed Wielkanocą wrócił problem z sercem.

Jola: - Nie mieliśmy pojęcia, że stan mamy podczas tego pobytu w szpitalu aż tak bardzo się pogarsza. Nikt nas o tym nie informował, nie dzwonił. Gdy rozmawiałam z lekarzem, słyszałam, że jest ciężko, ale stabilnie. Jak wróciła na święta, stan był tragiczny. Po prostu patrzyłam, jak odchodzi. Dopiero po jej śmierci sięgnęłam po papiery. Doczytałam, że podczas tego pobytu w szpitalu była trzy razy reanimowana.

Gdy wróciła, nie dało się już z nią porozmawiać. Miała odleżyny na plecach, pośladkach, łydkach. Nie łykała, więc picie wylewało się jej z buzi... Mama w przeszłości była pielęgniarką. Od zawsze wpajała mi szacunek do służby zdrowia. Mówiła jak ciężka to praca i ile tam poświęcenia dla drugiego człowieka. Dziś tym bardziej trudno zaakceptować, jak personel szpitala się nią zajmował.

Mama z naszym psem

Mama z naszym psem

Źródło: Archiwum prywatne

Przetrwaliśmy święta, a tuż po nich wezwaliśmy pogotowie, bo ile przecież można leżeć bez picia i jedzenia.

Przyjechali, lekarz mówi: - Stan krytyczny. Chce pani, żeby mamę zabrać? Bo rokowania są takie, że to dni.

- Panie doktorze, przecież jak mama zostanie, to ja jej nawet nie będę mogła dać ani jeść, ani pić. Czy może w taki sposób czekać na śmierć?

- No nie, tak nie można. Dobra, zabieramy.

Tata nawet nie mógł zerknąć na mamę ostatni raz. Po prostu nie było jak.

To był wtorek. Mama umarła w piątek, 17 kwietnia 2020.

Na pożegnanie – mama była kremowana – mogły wejść tylko dwie osoby. Uzgodniliśmy, że pójdę ja z mężem. Tata tylko poprosił mnie, bym zdjęcie zrobiła. Choć w taki sposób chciał ją jeszcze zobaczyć.

Trzymał się, choć to było chyba wyparcie. Opieprzał mnie, gdy płakałam. Kazał mi się pozbierać. Raz przypadkowo trąciłam wieżę, której bardzo długo nie włączał. Gdy nagle zaczęła grać, powiedziałam:

- Mama cię chyba podgląda.

Popatrzył i rzucił tylko: - Wiesz co, nie pierdol.

Jak nigdy w życiu nie bluźnił, tak mi wtedy powiedział. Aż się roześmiałam.

Tydzień po pogrzebie mamy przewijałam go. Zerknął na mnie i wyszeptał: "To mama już tutaj nigdy nie wróci?". Zaskoczył mnie. "No nie. Nie wróci" – odpowiedziałam. "Patrz, cholera, a ja nawet nie mogłem być na jej pogrzebie".

Wtedy się ostatecznie poddał.

5.

Jola, pod koniec lutego, gdy jeszcze było można, pojechała do szpitala. Chciała złapać na korytarzu lekarza i poprosić o pomoc leżącemu ojcu.

- A CRP jak? – spytał. CPR, czyli białko C-reaktywne, wskazuje na stan zapalny w organizmie.

- 200 - odparła.

- No to nie ma tematu. Pani przyjdzie, jak będzie 5.

I sobie poszedł. Niestety, w szpitalu tak to wygląda. Konsultacje w biegu, na korytarzu, między operacjami. Ojciec został więc w domu w zasadzie bez żadnych perspektyw. Lekarz zakazał mu przyjmowania antybiotyków, bo brał je przecież już od kilku miesięcy.

Wyobraź sobie sytuację: umarła ci żona, byłeś wielkim, silnym facetem, a teraz nie chodzisz, robisz pod siebie. Do szpitala nie da się dodzwonić. Operacji ci odmawiają. Nie chcą cię nawet przyjąć na oddział. Zdesperowana córka dobija się do szpitala, ale nikt jej tam nie chce wpuścić, bo obostrzenia. Dobija się na recepcji, ale pielęgniarki mówią, że lekarza nie ma, bo na operacji. Kilka kolejnych dni to samo. Jeszcze kolejny – nie ma lekarza na dyżurze.

- Dwa tygodnie się tak bujałam, a stan taty wciąż się pogarszał. Poleciały elektrolity, zaczął bełkotać. Widzę, że mi odchodzi, a ja bezradna nic zrobić nie mogę. To jest po prostu tragedia. W końcu zabrali go do szpitala, tej samej nocy trafił na stół.

I znów ten sam problem: jak skontaktować się z lekarzem, żeby dowiedzieć się o stanie zdrowia? Na oddział nie wejdziesz, więc chwytasz telefon. Kilka razy próbowałam, w końcu trafiłam. Słyszę, że stan bardzo zły, że niedowład ogromy, że w zasadzie z ojca to tylko kości zostały. Atrofia kompletna. Wściekam się, bo przecież błagałam o pomoc tyle czasu i nikt mnie słuchać nie chciał.

- Bardzo wysokie CRP dalej, a państwo nic z tym nie zrobili! – warknął do mnie z wyrzutem. Nie wytrzymałam, jak mi to powiedział.

- Mogę panu przywieźć całą dokumentację!

- Nie, nie może pani. Pandemia jest, nie wpuszczamy nikogo!

- Co dalej?

- Będziemy jeszcze raz operować. Proszę dzwonić za kilka dni.

- No ale panie doktorze jak za kilka dni?! Ja chcę wiedzieć z dnia na dzień, co się z ojcem dzieje! Tym bardziej że przecież nie mogę się z nim zobaczyć!

Tata i Mama, lipiec 2007 roku

Tata i Mama, lipiec 2007 roku

Źródło: Archiwum prywatne

Podał numer komórki. Rozmowy były zdawkowe: "Dzień dobry, z ojcem bez zmian, kontaktu logicznego nie ma".

Po drugiej operacji rozmawiam z doktorem.

- Wie pani, przy pierwszej operacji nie ruszaliśmy krwiaka. Był potężny, to on doprowadził do niedowładów i atrofii.

- Zaraz, zaraz. Krwiak? Po tej styczniowej operacji?!

Doktor zamilkł, a po chwili: - No, na to wygląda. Krwiak usunęliśmy, ale będzie potrzebna jeszcze jedna operacja.
I znów te myśli, że przecież tyle razy mówiłam, że coś jest nie tak. Że tata potrzebuje pomocy.

W niedzielę, lipiec już był, dzwonię na komórkę, cisza. Później do pokoju lekarskiego. - Nie wie pan, co z moim ojcem? Bo ja nic nie wiem.

- Chyba doktor operuje właśnie pani tatę.

- To niech zadzwoni do nas, jak tylko skończy!

Zadzwonił szybciutko. Czułam, że jest coś nie tak.

- Nawet go nie otworzyliśmy. Po podaniu anestetyków zaczęło fikać serce. Ojciec nie jest już u nas. Jest na OIOM-ie. Stan bardzo ciężki.

Umarł cztery dni później. W czwartek, dziewiątego.

6.

Ministerstwo Cyfryzacji informowało, że w 2020 roku zmarło w Polsce 478 658 osób. Prawie 68 tysięcy więcej niż w roku 2019. To wzrost o ponad 16 procent. Według statystyk Eurostatu Polska jest liderem pod względem nadmiarowych zgonów w Unii Europejskiej.

Zgony nadmiarowe to według definicji zmiana liczby zgonów, do których doszło w każdym miesiącu, porównując je do punktu odniesienia. Tym punktem odniesienia jest średnia liczby zgonów z czterech lat: 2016, 2017, 2018 i 2019.

Współczynnik zgonów nadmiarowych jest przedstawiany jako procent dodatkowych zgonów w porównaniu do średniej ze wspomnianych czterech lat. Im wyższy wskaźnik, tym więcej nadmiarowych zgonów.

W okresie od marca 2020 do stycznia 2021 najwyższy odsetek nadmiarowych zgonów w UE odnotowano właśnie w Polsce - wynosił 23,5. To efekt nie tylko pandemii COVID-19, ale także ograniczenia dostępności do usług medycznych i podstawowej opieki.

Lekarze mówią o ogromnej skali i wyzwaniu, jakie czeka system, gdy pandemia zostanie już pokonana.

- Gdy patrzę na te statystki, zastanawiam się, ilu tragedii podobnych do tej, która dotknęła moją rodzinę, doświadczyli w naszym kraju inni ludzie – zastanawia się Jolanta.

Ona do dziś kilku rzeczy bardzo żałuje i nie potrafi ich zaakceptować.

Choćby tego, że nie było jej przy rodzicach, gdy umierali w szpitalu. Że nie mogła ich trzymać za rękę, powiedzieć ostatnich słów. Po prostu – być tam. Albo tego, jak nie poznała momentu, w którym mama zaczęła się zapadać w sobie. Gdy nie chciała pomagać przy ojcu, Jola na nią nakrzyczała. Do dziś ją to gryzie.

No i żałoba. - Pandemia sprawiła, że nie można przeżyć żałoby w tradycyjny sposób. Przemyśleć. Spotkać się z przyjaciółmi, z rodziną. Wtedy zapadłam na bezsenność. Kładłam się wieczorem do łóżka, nie mogłam usnąć do pierwszej. Później budziłam się po godzinie. Gdy tata umarł, w pierwszą noc przespałam 10 godzin. Później jeszcze kilka dni.

Dopiero podczas pogrzebu taty – gdy urna była składania do grobu, gdzie już czekała na niego mama – poczułam, że ich straciłam.

Dopiero wtedy pochowałam oboje rodziców.