Aleksandra Hangel , 24 lipca 2020

"Ideologia", która cierpi

Zdjęcie ilustracyjne / fot. Adam Berry, Getty Images

Monika ma proste marzenie. Chciałaby stanąć na środku chodnika w Białymstoku i pocałować swoją dziewczynę. – Zrobiłabym to z dumą, że mogę z nią otwarcie być. Nie możemy żyć jak szczury w ukryciu. Chcemy normalnie kochać.

Białystok. 20 lipca 2019 roku. "LGBT na Zachodzie nawołuje do legalizacji pedofilii. Aby gwałcić dzieci, homoseksualiści chcą wprowadzić do szkół edukację seksualną" – słychać z głośnika zamontowanego na dostawczaku.

"Wy-pier - ...ć! Wy-pier - ...ć!" – krzyczy elegancka pani, która "lesby i pedałów" przyszła oglądać z synkiem.

"Wy-pier - ...ć! Wy-pier - ...ć!" – krzyczą kibice Jagiellonii Białystok.

"Wy-pier - ...ć! Wy-pier - ...ć!" – zaczynają krzyczeć gapie.

Od tęczowej manifestacji odgradza ich kordon policji. Lecą kamienie. Nad tłumem zaczyna krążyć helikopter. Synek mężczyzny, który jeszcze przed chwilą krzyczał "Wiel-ka Polska Chrze-ści-jańska", wyje wniebogłosy oślepiony tumanem pyłu.

Tak ludzie witają pierwszy w mieście Marsz Równości.

Z tamtego dnia w pamięci utkwiła mi jednak inna scena. Godzina 18. Już po marszu. Ulicą Legionów idzie nastoletnia dziewczyna. Płacze. Jestem przekonana, że ktoś ją skrzywdził. I wtedy słyszę: "To ze szczęścia. Udało się nam".

Plac Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Kibice Jagiellonii czekają na uczestników Marszu Równości. 20 lipca 2019 roku

Plac Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Kibice Jagiellonii czekają na uczestników Marszu Równości. 20 lipca 2019 roku

Autor: Aleksandra Hangel

Źródło: WP

Właściwie nie muszę zadawać jej żadnych pytań - wylewa się z niej potok słów. Za chwilę już wiem, że w domu nie akceptowano tego, że jest lesbijką, że na marsz wybrała się z rodzicami przyjaciółki, że to oni, a nie matka i ojciec, wspierają ją i traktują jak córkę.

Widzę, że jest roztrzęsiona. Pytam, czy chciałaby się przytulić. Obejmuje mnie, uspokaja się, dziękuje i odchodzi.

To właśnie obraz tej zapłakanej nastolatki, której już nigdy nie spotkałam, nie daje mi spokoju. Jadę porozmawiać z ludźmi, którzy manifestowali w sprawie swojego prawa do miłości.

Jest 20 lipca 2020 roku. Białystok.

"Miły dzień" po białostocku

Z Moniką spotykam się w parku Branickich, nieopodal Bazyliki Wniebowzięcia NMP. Siedzimy na ławce z naklejką Jagiellonii. Dziewczyna jest zestresowana, nieufna. Nerwowo wyłamuje palce. Ciężko jest jej zacząć mówić.

- Ludzie, którzy nas atakowali, nie powstrzymywali się przed niczym. Rzucali w nas kamieniami, popychali, bili. To jest straszne, jak z premedytacją można krzywdzić innych. Był nawet moment, w którym z balkonów i okien rzucali w nas różnymi rzeczami - zaczyna.

To pierwsze słowa, które szybko z siebie wyrzuca. Jakby chciała mieć je już za sobą.

Wspomina o starszej kobiecie, która nie dała rady przyjść na marsz, ale wywiesiła na balkonie tęczową flagę.

– Zaczęli w jej stronę krzyczeć: “Co za stara lesba", “Znajdźcie ją i zepchnijcie z tego balkonu". Mam nadzieję, że potem nic się tej pani nie stało - martwi się Monika i spuszcza wzrok. - Krzyczeli do nas to swoje "Wy-pier - ...ć! Wy-pier - ...ć!", a my odpowiadaliśmy: "Chodźcie z nami!". A przed marszem naprawdę myśleliśmy, że to będzie miły dzień - wspomina.

Z Katarzyną nawiązałam kontakt poprzez grupę na Facebooku. 27-latka zaprasza mnie do siebie do domu. To wyraz dużego zaufania.

- Cały plac był zalany koszulkami Jagiellonii Białystok i tymi z nadrukiem “zakaz pedałowania". Ledwo udało nam się przejść kordon policji i dołączyć do maszerujących – opisuje Katarzyna.

Ona nigdy nie zapomni dziewczyny, która stała wtedy obok niej.

Policja odgradza uczestników manifestacji od nieprzyjaźnie nastawionych mężczyzn. 20 lipca 2019 roku

Policja odgradza uczestników manifestacji od nieprzyjaźnie nastawionych mężczyzn. 20 lipca 2019 roku

Autor: Aleksandra Hangel

Źródło: WP

- Jeszcze nie zdążyliśmy ruszyć, a już lały się na nas pomyje, pluli na nas. Ona podeszła do mnie i zapytała, czy może się do mnie przytulić, bo bardzo się boi. Nie dziwiłam się jej, bo do mnie też nie docierało, co się dzieje - wspomina.

Do tej pory zastanawia się, jak można tak traktować drugiego człowieka: - Ci ludzie mieli wolną sobotę, mogli pójść na spacer z rodziną, bo była piękna pogoda. Mogli zrobić grilla w ogródkach, a woleli spędzić dzień, robiąc krzywdę innym.

Dodaje, że nigdy nie czuła się tak, jak wtedy.

- To było przedziwne przeżycie. Ale wiesz co? Gdy ruszyliśmy, to było wręcz euforyczne. Pomyślałam wtedy: “Hej, idziemy, to się udało". Cieszyłam się, że nie jestem takim człowiekiem, jak oni. Że mogę się przed sobą przyznać, kim jestem, nawet jeśli nie mogę powiedzieć o tym własnej rodzinie - mówi ze smutkiem.

Jak wspomina, podczas marszu starała się nie rozglądać na boki: - Chociaż pamiętam, że jak padało “butelka leci", to każdy był gotowy do uniku - dodaje. - Za tarcze służyły nam transparenty, parasolki, flagi. Rzucano w nas zgniłymi jajkami, butelkami, kamieniami, a w pewnym momencie widziałam nawet lecący nóż. Nadal myślę o tym, w czyje ciało mógł się wbić.

Anna w Białymstoku mieszka od dwóch lat: - Z jednej strony cieszyłam się, że w końcu w mieście odbędzie się marsz, z drugiej naprawdę zastanawiałam się, czy się na niego wybrać. Ale później pomyślałam, że pierwszego, historycznego marszu nie mogę przegapić.

Obawy tłumaczy tym, że wcześniej była już wyzywana i ona, i jej znajomi ze społeczności LGBT.

- Trzymająca się za ręce para dziewczyn lub chłopaków zawsze wywoływała sensację. Niejedna afera na mieście przez to wybuchła - opowiada.

Ale dzień marszu był dla niej czymś niewyobrażalnie gorszym: - Na samym początku dostałam pięścią. Kiedy się ocknęłam, nade mną stał uśmiechnięty mężczyzna w koszulce Jagiellonii. Szybko podbiegł kolega, który poderwał mnie i wepchnął w kordon opancerzonych policjantów. Długo kręciło mi się w głowie i bolała mnie szczęka.

"To widać, kiedy ktoś chce cię zabić"

To, o czym mówią dziewczyny, widziałam na własne oczy. Byłam wtedy pomiędzy marszem a napastnikami. Wtedy nie wiedziałam jednego – najgorsze zaczęło się dopiero po marszu.

- Kiedy skończył się marsz, oni szukali nas jak na polowaniu. Stali z pałami, nożami, z podpalonymi flagami. To było straszne. Policja, gdy tylko dowiedziała się, że to już koniec, przestała reagować – wspomina Monika. - Kilka razy dostałam w żebra z łokcia. Widziałam, jak zaciskali pięści, jak prawie piana z ust im leciała, jak pluli. Uwierz, to widać, kiedy ktoś chce cię zabić.

Helikopter nad Marszem Równości. 20 lipca 2019 roku

Helikopter nad Marszem Równości. 20 lipca 2019 roku

Autor: Aleksandra Hangel

Źródło: WP

Monika pamięta, jak przemykała z przyjaciółkami bocznymi uliczkami, a siedzący w restauracjach krzyczeli do nich: "O, to jakaś banda lesb!".

- Rozpłakałam się dopiero w domu. Siostra, która oglądała relację w telewizji, płakała razem ze mną. Szybko zadzwoniłam na wideo do mamy, która mieszka w Niemczech. Gdy mnie zobaczyła, zakryła twarz i też się rozpłakała. Widziałam, jak lustruje mnie, jak patrzy czy jestem cała, czy nie dostrzeże śladów krwi. To cierpienie matki najbardziej mnie bolało – wyznaje dziewczyna.

Koniec marszu był piekłem nie tylko dla Moniki. Swoje przeżyła także Katarzyna.

- To była natychmiastowa demobilizacja. Wszyscy od razu ściągali przypinki, a flagi chowali do toreb. Byliśmy niedaleko placu uniwersyteckiego, gdy usłyszeliśmy, że ktoś krzyknął: "Dawaj, zagonimy ich". Gdzieś zobaczyliśmy, jak jeden z mężczyzn rozłożył pałkę teleskopową, zaczęliśmy uciekać. Wtedy nie myśleliśmy o tym, że powinna być tu policja, że powinni reagować również po marszu, a nie zrobili nic - mówi poruszona Katarzyna.

Zaraz podkreśla, że fizycznie nic jej się nie stało, ale psychiczne była rozbita.

- To było po prostu traumatyczne. Kiedy zaczęliśmy czytać, oglądać relacje z marszu, dopiero zrozumieliśmy, co się tak naprawdę działo. Ulicę od nas ktoś nie miał tyle szczęścia, nie zdążył uciec, został pobity. Byliśmy tak wyczerpani emocjonalnie, że jedyną reakcją było całkowite zobojętnienie. W domu po prostu się rozpadłam – wspomina Katarzyna.

Ale zanim w ogóle wróciła do domu, mogła poczuć coś, na co wielu po cichu liczy przez całe życie - miłość.

- Chociaż byliśmy tak nieludzko wykończeni, staliśmy i przytulaliśmy się w grupie, bo po prostu każdy, nawet najtwardszy, tego potrzebował - opowiada.

Najdłuższe sekundy życia

Anna, jak zalecali organizatorzy, do domu wracała z przyjaciółmi.

- Była nas szóstka. W drodze dostaliśmy telefon, że jeden z naszych znajomych został pobity po marszu, że jest z nim źle. Czułam się jak w innym świecie. Wpadłam w histerię, nie mogłam się opanować, choć musiałam, bo trzeba było uciekać, trzeba było się schować. Ale dopadli nas. Mnie szarpali, pluli na mnie, obrażali – wspomina dziewczyna.

Kolejna grupa prześladowców pojawiła się, gdy wchodziła do bloku. Było ich pięciu.

- Wcisnęłam przyjacielowi klucze do mieszkania: i krzyknęłam: "biegnij otworzyć mieszkanie, bo nas zabiją". W ostatnim momencie udało nam się zatrzasnąć drzwi do klatki schodowej – kontynuuje. - Mieszkałam wtedy na najwyższym piętrze. 30 sekund oczekiwania na windę to były najgorsze chwile w moim życiu. Słyszałam, jak oni z furią naciskali kolejne guziki domofonu, żeby ktoś ich wpuścił - opowiada z przejęciem Anna. - A wtedy dzyń, dzyń. Winda przyjechała.

Monika z plakietkami ubiegłorocznego marszu. "Widziałam, jak lustruje mnie, jak patrzy czy jestem cała, czy nie dostrzeże śladów krwi. To cierpienie matki najbardziej mnie bolało" - tak dziewczyna wspomina po roku wydarzenia po Marszu Równości"

Monika z plakietkami ubiegłorocznego marszu. "Widziałam, jak lustruje mnie, jak patrzy czy jestem cała, czy nie dostrzeże śladów krwi. To cierpienie matki najbardziej mnie bolało" - tak dziewczyna wspomina po roku wydarzenia po Marszu Równości"

Autor: Aleksandra Hangel

Źródło: Archiwum prywatne

- Mijały dni, a ja nadal nie mogłam dojść do siebie. Wiedziałam, że mieszkam w bardzo konserwatywnym miejscu, ale nie spodziewałam się czegoś takiego – wyznaje Monika. – Jeszcze długo potem agresorzy wyszukiwali nasze zdjęcia w internecie, a później wypatrywali nas na ulicach. Nie sądzę, żeby w Białymstoku cokolwiek miało się zmienić.

Widzę wykrzywione gniewem twarze

W głowie Katarzyny do dziś odbywa się codzienna walka ze strachem, choć minął rok.

- Kilka miesięcy po marszu jechałam autobusem. Na jednym z przystanków wsiadło kilkunastu kibiców w koszulkach Jagiellonii. Jechali na mecz. Wiem, że kibice to nie kibole, którzy chcieli nas wtedy zarżnąć, ale na ich widok skuliłam się - opowiada Katarzyna. - Do tej pory, kiedy przechodzę ulicą Lipową, mam przed oczami tamte wykrzywione gniewem twarze - mówi, a po policzku ciekną jej łzy.

W ogóle wspomnienia są dla Katarzyny wyjątkowo bolesne.

- Dziwnie było zacząć się bać miejsca, w którym mieszkam. To nie tak, że nie wychodzę z domu. Ale przerażają mnie dodatkowe rzeczy. Kiedyś nie dostawałam ataków paniki na widok kibiców. Teraz gdy ich widzę, przechodzę na drugą stronę ulicy. Biorąc pod uwagę to, co dzieje się teraz, i że nie będzie lepiej, to myślę tylko o tym, że do tej pory wydawało mi się, że jest jakaś grupa, która nas nie szanuje, a okazuje się, że nie szanuje nas cały kraj - mówi ze smutkiem.

Z każdym kolejnym wypowiedzianym zdaniem coraz gorzej radzi sobie z powstrzymaniem emocji. Pytam, czy słowa "trauma" używa z pełną jego mocą.

- Nic innego nigdy nie wpłynęło na mnie w tak bardzo negatywny sposób – odpowiada bez zastanowienia.

Również Anna długo nie mogła się otrząsnąć.

- Po udanej ucieczce przez 3 godziny płakałam skulona w łóżku. Nie mogłam się otrząsnąć. Bałam się wychodzić z domu. Wiesz, jak to jest zastanawiać się, czy jak wyjdziesz, to ktoś cię nie zabije? - mówi poruszona Ania, ale ma nadzieję.

Oprócz makabrycznych sytuacji, przez które przeszli uczestnicy marszu, dziewczyna ma wrażenie, że ludzie mają dziś więcej odwagi.

- Przeszliśmy przez piekło. Ale przeszliśmy, daliśmy radę. To świadczy o sile miłości. Nawet jeśli za tę miłość musimy zapłacić zdrowiem. Nigdy tego nie zapomnę – mówi z przekonaniem.

Czy dziś dziewczyny znalazłyby w sobie odwagę, by znając już makabryczną historię tego dnia, pójść na ten marsz raz jeszcze? Słysze stanowcze: "Tak".

- To jest absolutnie magiczne wydarzenie. Równość, miłość, wszyscy się do siebie uśmiechają - mówi Monika.

A czy uważa, że wydarzenia Marszu Równości kogokolwiek czegoś nauczyły? Widzę, jak gasną jej oczy.

- Tych wszystkich kiboli? Niczego! Ale na pewno nauczył osoby LGBT, że muszą częściej oglądać się przez ramię – ocenia dziewczyna.

- Boli mnie cały ten dziwny obraz Białegostoku, takiego otwartego, wielokulturowego, to jest iluzja. Każdy białostoczanin wie dokładnie, że to nieprawda. I właśnie to pokazali mi inni mieszkańcy, to, jakimi są ludźmi. Ale cieszy mnie, że Polska inaczej zobaczyła Białystok, i świat trochę inaczej go zobaczył, inaczej zobaczył też Polskę. Nie ma to, jak być bohaterem w międzynarodowych mediach – ironizuje Katarzyna.

Katarzyna zatrzymała sobie plakietki z ubiegłorocznego marszu. "Dziwnie było zacząć się bać miejsca, w którym mieszkam" - mówi po roku dziewczyna

Katarzyna zatrzymała sobie plakietki z ubiegłorocznego marszu. "Dziwnie było zacząć się bać miejsca, w którym mieszkam" - mówi po roku dziewczyna

Autor: Aleksandra Hangel

Źródło: Archiwum prywatne

- Tylko, kiedy opuszczam to miasto, czuję się bezpiecznie – głos się jej znów łamie. - Są tu po prostu miejsca, które znam, w których potrafię się poruszać. Wtedy nie czuję tak silnego niepokoju. Łatwiej jest mi powiedzieć, kiedy się nie boję. Tego jest mniej.

Szans na zmiany nie widzi również Monika. W Białymstoku trzyma ją tylko szkoła. Zaraz po maturze wyjeżdża do rodziny, do Niemiec.

- Nie wyobrażam sobie już tutaj życia - mówi. - Widzę nienawiść. Nie lubię tego miasta. Nie czuję całego tego piękna, które podobno tu jest. Boję się wyjść z domu.

Dziewczyny znalazły w sobie odwagę, aby pójść na marsz. Mateuszowi zabroniła pójść matka, ale marsz i tak wpłynął na jego życie.

- Nie byłem wtedy pełnoletni, więc nie miałem opcji sprzeciwu. Ostatecznie po tym, co widziałem w mediach, odetchnąłem, że mnie tam nie było. Pamiętam, że w pewnym momencie byłem już tak zdenerwowany, że zacząłem płakać. Płakać tak mocno, że dostałem krwotoku z nosa – wspomina nastolatek.

Proste marzenia

Mateusz ma proste marzenie: - Chciałbym złapać za rękę mojego chłopaka na środku ulicy. Pocałować. Pokazać to światu. Pogodziłem się już, że miłość muszę przeżywać w ukryciu. Spełnię to marzenie, gdy tylko wyjedziemy.

O pocałunku z dziewczyną na środku ulicy marzy również Monika: - Chciałabym to zrobić z dumą, że mogę z nią otwarcie być. Nie możemy żyć jak szczury w ukryciu. Chcemy normalnie kochać.

Myśli Katarzyny idą w inną stronę: - Mam gorącą nadzieję, że kiedyś pójdziemy na ten marsz i nie będą potrzebne kordony policji, helikoptery, opancerzone pojazdy. Mam nadzieję, że matki nie będą odchodziły od zmysłów, że ich dzieci mogą z takiego marszu nie wrócić.

"Masz prawo się bać"

Sceny z ostatniego roku życia kobiet, z którymi rozmawiałam, są tak traumatyczne, że zastanawiam się, jak osoby w sytuacji podobnej do nich, mogą przez to przejść.

O opinię proszę dyrektor Kliniki Uniwersytetu SWPS Magdalenę Sękowską, która osoby LGBT wspiera na co dzień.

- Mówią mi o strachu, realnym zagrożeniu, które przeżywają w związku z tym, co dzieje się w naszym kraju – mówi Sękowska. – Najzwyczajniej boją się o życie, o możliwości rozwoju, o możliwość ujawniania swojego szczęścia, tego, że są z kimś blisko. Mówią o swoich potrzebach - bezpieczeństwa, zrozumienia, szacunku, bliskości - potrzebach typowych dla każdego człowieka.

Dyrektor dodaje: - Ich strach powoduje, że czasami unikają kontaktów z innymi osobami, zamykają się w sobie, reagują na każdą krytykę, nawet na taką, która nie ma nic wspólnego z ich orientacją seksualną. Kiedy słyszę opowieści tych ludzi o ich strachu i mówię im: "tak, możesz tak się czuć, masz prawo się bać i to jest zdrowe", oni są wtedy często zaskoczeni, że ich strach jest ich zdrowym odruchem. Że ktoś przyjmuje ich odczucia i mówi: "czuj to, co czujesz, to jest w porządku".

Magdalena Sękowska wspomina także osoby LGBT, z którymi współpracowała, które mają bardzo trudne historie.

- To historie z drogą odkrywania swojej tożsamości, z ujawnianiem siebie wobec innych, a szczególnie wobec rodziców, z ujawnianiem siebie w grupach, do których przynależą – mówi dyrektor. - Czasami już same te opowieści są obciążone bólem odrzucenia czy naznaczenia niechcianą innością. Jeśli do tych doświadczeń dołożą się jeszcze te, których osoba doświadczy w obszarze życia społecznego, to taka kumulacja doświadczeń może być dla osoby doświadczeniem silnego i chronicznego stresu – uważa.

Anna z przypinką z Marszu Równości. "Bałam się wychodzić z domu. Wiesz, jak to jest zastanawiać się, czy jak wyjdziesz, to ktoś cię nie zabije?"

Anna z przypinką z Marszu Równości. "Bałam się wychodzić z domu. Wiesz, jak to jest zastanawiać się, czy jak wyjdziesz, to ktoś cię nie zabije?"

Autor: Aleksandra Hangel

Źródło: Archiwum prywatne

Najbardziej wstrząsające są jednak badania, o których mówi dyrektorka Kliniki Uniwersytetu SWPS.

- Przeżycia związane z procesami odrzucenia, wykluczenia, są czasami porównywane do bólu fizycznego. Potwierdzają to badania Noami Eisenberger . Przetwarzanie bólu spowodowanego przez relacje, jak i bólu fizycznego, dosłownie nakładają się na siebie w obrębie nerwów. Nie dziwi więc, że osoby, które przeżywają odrzucenie, wykluczenie mówią o zagrożeniu dla przetrwania, dla życia. To nie jest żadne wyolbrzymienie , to realny obraz przeżywanego zagrożenia – wskazuje Sękowska.

Dyrektora dostrzega również drugą stronę.

- Problemem napastników, problemem tych, którzy atakują i wykluczają osoby LGBT bądź inne jest to, że bez szacunku jest trudno zbudować bezpieczną relację międzyludzką. Tak więc, z perspektywy psychologicznej - ci, którzy cierpią z powodu wykluczenia, mają ciągle wielkie szanse i możliwości, żeby zbudować swoje własne szczęście – mówi Sękowska. - Ci, którzy wykluczają i atakują, by uzasadniać słuszność swoich postaw, muszą trzymać postawę wyższości jednych nad drugimi. I to ich, niestety, oddala od przeżywania autentycznej bliskości.

Zamiast zakończenia

- Funkcjonariusze, którzy 20 lipca 2019 roku ochraniali pierwszy Marsz Równości w Białymstoku, dołożyli wszelkich starań, by uczestnicy czuli się bezpiecznie. Stanęli tak naprawdę do tego marszu razem z nimi, osłaniając ich w zasadzie przez cały czas trwania zgromadzenia. Sam byłem na miejscu i zdecydowanie mogę powiedzieć, że zrobili wszystko, co było w ich mocy - mówi podinspektor Tomasz Krupa, rzecznik prasowy Komendy Wojewódzkiej Policji w Białymstoku.

Dodaje jednak, że akcja ta była wyjątkowo trudna. Dlatego poproszono o wsparcie jednostki z innych województw.

- Marsz Równości był trudny nie tylko dla uczestników, ale także dla funkcjonariuszy policji, którzy wtedy pracowali. Wielu policjantów musiało zmierzyć się z bezpośrednim atakiem na siebie samych. Kostka brukowa i kamienie rzucane w uczestników, rozbijały się także o ich tarcze. Mamy wiele refleksji co do tego, jak w przyszłości moglibyśmy zadziałać jeszcze skuteczniej. W tym przypadku było dla nas bardzo istotne, by wyciągnąć wnioski - zaznacza podinspektor.


- Nikt z naszych liderów, posłów nigdy nie namawiał do tego, by być agresywnym wobec kogokolwiek, by atakować, by używać przemocy w celu wyrażania swoich poglądów. Jeśli mamy takich ludzi wśród swoich wyborców, to ciężko wziąć nam za nich odpowiedzialność - mówi Tomasz Grabarczyk, rzecznik prasowy Konfederacji.

- Nigdy nie byliśmy i nadal nie jesteśmy przeciwko osobom homoseksualnym. Uważamy, że każdy powinien żyć tak, jak chce, i z kim chce. A nawet, gdybyśmy chcieli, nie moglibyśmy tego zatrzymać. Próba ingerowania w to nosiłaby wówczas znamiona totalitaryzmu. To kompletna abstrakcja. Trzeba szanować każdego człowieka bez względu na to, jaki ma kolor skóry, jakiej jest orientacji czy wyznania – zaznacza Grabarczyk.

- To, co nam przeszkadza, to próby narzucania nam standardów tych osób, które mają przenikać płynnie do naszej kultury, które mają być obecne w życiu publicznym. Ale przy tym, jesteśmy zwolennikami dobrze pojętej wolności słowa i uważamy jako Konfederacja, że ludzie powinni manifestować to, co myślą, w sposób wolny, również na marszu równości. W idealnym świecie, gdzie wszyscy szanują swoje poglądy, taki marsz odbyłby się, być może odbyłaby się kontrmanifestacja, a po wszystkim rozeszliby się do domów. Niestety skończyło się inaczej - dodaje.


13 czerwca 2020 roku. Brzeg. Wiec wyborczy Andrzeja Dudy. Prezydent wraca do tematu LGBT:

"Próbuje się nam, proszę państwa, wmówić, że to ludzie. A to jest po prostu ideologia".