Gosia Budak i jej mama Natalia, ratowniczka medyczna, Archiwum prywatne

Natalia Budak miała właśnie dyżur w pogotowiu ratunkowym, kiedy zadzwonił chłopak jej córki. Przekazał, że jest blada i że nie może jej dobudzić. I żeby przyjeżdżać jak najszybciej.

Anna Podlaska, WP Kobieta: Jak wyglądał ten dzień, w którym ratowałaś córkę?

Natalia Budak, mama Gosi, ratowniczka medyczna: Był wieczór pierwszego dnia świąt, miałam dyżur w pogotowiu niedaleko mieszkania Gosi, które wynajmowała z chłopakiem. Dostałam od niego telefon, że nie może jej dobudzić, że jest blada. I żebyśmy przyjechali jak najszybciej. Na miejscu, jak zobaczyłam córkę, to myślałam, że nie żyje.

Zasada jest taka, że do rodziny się nie jeździ, dlatego po chwili przyjechała druga karetka do pomocy.

Co się stało potem?

Zawieźliśmy Gosię na oddział toksykologii w Sosnowcu. Dwa miesiące była w śpiączce. Pierwsze trzydzieści dni spędziła w szpitalu w Sosnowcu, gdzie ja nie mogłam wchodzić. Byłam tam raz - gdy musiałam podpisać zgodę na założenie rurki tracheotomijnej i PEG-a (przetoka, która umożliwia podanie pokarmu do żołądka – przyp.red.). Raz dziennie mogłam zadzwonić na oddział i dowiedzieć się o stan zdrowia córki. Słyszałam za każdym razem: "bez zmian". Ordynator powiedział mi, że mózg jest bardzo uszkodzony, ale nie może mi odbierać nadziei.

A miałaś tę nadzieję?

Trochę sama ją sobie odbierałam. Widziałam Gosię. Myślałam, że została nam tylko pielęgnacja. Jedynym plusem jej sytuacji było to, że jest młoda – ma 19 lat.

Po miesięcznym pobycie na toksykologii trafiła do innego szpitala na oddział paliatywny. Tam czasami, jak tylko była zgoda, odwiedzałam ją. (Natalia sporadycznie, po zaszczepieniu na COVID-19 mogła, jako pracownik szpitala, wejść do Gosi – przyp. red.)

Co robiłaś podczas tych odwiedzin?

Gosia leżała w jednoosobowej sali. Zawsze prosiłam pielęgniarki, aby włączały jej co się da i ile się da, czyli radio, telewizję. Jak u niej byłam, czytałam jej książki. Miałam też poczucie, że muszę jej umyć zęby. Choć w głębi duszy nie wierzyłam, że wyzdrowieje, automatycznie o nią dbałam. Gosia teraz mi mówi, że pamięta to mycie zębów.

Trzymałam ją też za rękę, głaskałam po głowie, robiłam pielęgnację, depilowałam jej nogi, aby się czuła kobieco. Choć niby to nie miało znaczenia, było absurdalne. Mówiłam też do niej dużo, opowiadałam co w domu.

Potem Gosia trafiła na oddział chorób wewnętrznych.

To był trzeci szpital, w którym leżała - placówka, w której pracuję.

I tam stan zdrowia twojej córki nagle się zmienił.

Po dwóch dniach pobytu zaczęło coś się dziać. Mówiłam do niej dużo, że ją kocham. Za którymś razem, jej usta powiedziały: "Ja ciebie też". Pobiegłam do koleżanek, powiedziałam co widzę, bo sama w to nie wierzyłam. Popłakałyśmy się. Gosia zaczęła powtarzać wyrazy. To było szaleństwo. Płakałam ze szczęścia. Na drugi dzień zaczęła pić wodę, później zjadła rosół z makaronem. To był cud.

Ja przez cały czas próbowałam załatwiać klinikę typu "Budzik", konsultowałam się, gdzie ją umieścić. I jak byłam na finiszu formalności, Gosia się obudziła.

Po lewej i po prawej - Gosia Mańka. Zdjęcie po prawej przedstawia Gosię w szpitalu, już po próbie samobójczej i wybudzeniu kilka miesięcy później. Zdjęcia publikujemy za zgodą mamy Gosi

Po lewej i po prawej - Gosia Mańka. Zdjęcie po prawej przedstawia Gosię w szpitalu, już po próbie samobójczej i wybudzeniu kilka miesięcy później. Zdjęcia publikujemy za zgodą mamy Gosi

Autor: Natalia Budak

Źródło: Archiwum prywatne

Mówisz, że Gosia chce żyć. Skąd o tym wiesz, w jaki sposób to pokazuje?

Jej stan z dnia na dzień się poprawia. Mówi, że chce żyć, wypowiada się logicznie. To wszystko nie jest jednak proste, bo mówi też, że jest osobą niepełnosprawną, zależną.

W jakim sensie?

Kilka dni przed Wigilią byliśmy z Gosią u psychiatry. Okazało się, że jest w epizodzie depresji. Dostała leki. Zarzekała się, że nie ma myśli samobójczych.

Kiedy ujawniła się u niej ta choroba?

Gosia była pod opieką specjalisty od szesnastego roku życia. Doświadczyła epizodów depresyjnych, miała zaburzenia osobowości. Nie od razu zostało to zdiagnozowane. Gosia pytała: "czemu ja się tak czuję?". Pytałam: "jak?", prosiłam, aby to opisała, ale nie potrafiła. Ja, jako medyk, jej stanu do końca nie rozumiałam, dlatego sięgnęliśmy po fachową pomoc. Jako rodzina nie umieliśmy sobie z tym poradzić, dlatego chodziła na terapię, leczyła się pod okiem psychiatry, brała leki.

Zdała maturę, rozpoczęła studia. Czy był taki moment, w którym stwierdziliście, że macie to pod kontrolą?

Ja nawet byłam o tym przekonana. Coś zaczęło się dziać w październiku 2020 roku. Nasiliły się stany depresyjne. Myślę, że wpływ na pogorszenie nastroju miały studia, które ją zniechęciły, problemy w związku. Później dowiedziałam się, że Gosia łagodziła swoje problemy życiowe używkami.

Łatwiej jest pojąć wypadek, złamaną nogę, niż depresję - nawet osobie z branży medycznej.

Możesz powiedzieć z własnego doświadczenia, jak zaopiekować się w pandemii dzieckiem, które ma depresję?

Ja robiłam co mogłam, finał był tragiczny. Jak pomóc dzieciom? Myślę, że rozmawiać i rozmawiać, choć dla młodzieży to nie rodzic, a grupa rówieśnicza jest autorytetem. Mam poczucie, że ważne jest, na kogo się trafi w życiu. Jeżeli się trafi na dobrych ludzi, to oni potrafią porwać w dobrą stronę. Jeżeli ma się pecha, to może to się skończyć źle.

Miałam wrażenie, że Gosię przerasta rzeczywistość. Mówiła, że dorosłość jest okropna. Media społecznościowe kreują fałszywe wrażenie - że życie powinno być kolorowe i fajne. Nie pokazujemy, że mamy zły dzień, że coś nam nie wyszło. Chwalimy się czerwonymi paskami swoich dzieci, fajnymi wakacjami, osiągnięciami sportowymi, naukowymi. Dzieci bombardowane takimi newsami, jak coś im nie wyjdzie, mają poczucie porażki.

Po lewej: Gosia Mańka z pieskiem. Po prawej - zdjęcie Gosi zrobione w okresie po próbie samobójczej, w szpitalu. Zdjęcia publikujemy za zgodą mamy Gosi

Po lewej: Gosia Mańka z pieskiem. Po prawej - zdjęcie Gosi zrobione w okresie po próbie samobójczej, w szpitalu. Zdjęcia publikujemy za zgodą mamy Gosi

Autor: Natalia Budak

Źródło: Archiwum prywatne

Wczoraj jechałam pociągiem od Gosi z ośrodka rehabilitacyjnego (teraz jest z nią jej tata - przyp. red.). Naprzeciwko mnie siedziała nastolatka. Przez większość czasu robiła sobie selfie. Dorośli też idą w tę stronę. Trudne są czasy, ale bez dobrych ludzi, których spotkałam na swojej drodze, byłoby jeszcze trudniej.

Teraz o to, by Gosia budowała w sobie wiarę, dbają psychologowie. Ja jestem pełna optymizmu. Zbieramy pieniądze na rehabilitację i leczenie. W szybkim tempie udało się zgromadzić ponad 70 tysięcy złotych.

Bałam się tej zbiórki. Bałam się, że moja córka będzie stygmatyzowana przez to, że chciała popełnić samobójstwo. Nie spotkałam się z ani jedną negatywną oceną.

Jesteś ratowniczką medyczną. Czy doświadczenie zawodowe działa tak samo, gdy ratuje się obcą osobę - i gdy ratuje się własne dziecko?

Nie wyobrażam sobie być w takiej sytuacji ponownie, ale też nie wyobrażam sobie, że mogłoby mnie tam nie być. Nie ma takich słów, którymi mogłabym wyrazić wdzięczność. Bez przyjaciół i rodziny nie dałabym rady. Dziękuję wszystkim, których spotkałam na swojej życiowej drodze.

Dziękuję koleżankom i kolegom z pracy za ratowanie Gosi tego dnia, za ich pomoc, wsparcie i solidarność do dziś. Jeśli chcecie wesprzeć, zostawiamy link do zbiórki TUTAJ.