Magdalena Drozdek , 15 listopada 2019

Gorączka żydowskiego złota

W Bełżcu i Sobiborze niemieccy naziści wymordowali setki tysięcy Żydów. Gdy opuścili obozy, okoliczna ludność ruszyła szukać w szczątkach złota i kosztowności. W książce "Płuczki" Paweł Piotr Reszka próbuje zrozumieć, jak to było możliwe.

Magdalena Drozdek: "Gorączka złota". Tak nazywa pan to, co ogarnęło mieszkańców okolic Bełżca.

Paweł Piotr Reszka: Na początku myślałem, że tam kopał "element", jednostki.

Człowiek myślący racjonalnie, który nie ma problemu z identyfikacją dobra i zła, powinien podchodzić do takiego miejsca z lękiem i szacunkiem. Było wiele osób, które zachowywało się przeciwnie.

Od kogo się pan o tym dowiedział?

O kopaczach opowiedział mi Robert Kuwałek, niestety nieżyjący już historyk, który kierował Muzeum w Bełżcu. Zbierałem wtedy materiały do tekstu o ludziach, którzy po wojnie bali się przyznawać, że ratowali Żydów. Kuwałek powiedział mi wtedy: "nie wiem, czy wiesz, ale obóz w Bełżcu też był rozkopywany".

Z dokumentów państwowych, z zachowanych relacji z wizji lokalnych milicjantów i prokuratorów, z relacji z procesów sądowych wiemy już, że to nie były incydenty. Szukanie złota na terenie byłego obozu w Bełżcu miało charakter masowy.

A przecież jeden z bohaterów książki mówi wprost, że w domu słychać było krzyki mordowanych.

Mieszkaniec Bełżca opowiadał mi, że gdy w obozie palono zwłoki, ludzki tłuszcz osadzał się na szybach.

Nie można było mieszkać w pobliżu i nie wiedzieć, co tam się działo?

Nie było takiej możliwości po prostu. Okoliczni mieszkańcy czuli zapach palonych zwłok, widzieli łunę nad obozem, kiedy płonęły stosy.

Ludziom, transportowanym w wagonach towarowych do obozu, po przyjeździe naziści natychmiast kazali się rozebrać i prowadzili ich do komór gazowych. Potem przeszukiwali ich rzeczy, by zabrać kosztowności. Z początku zwłoki były grzebane. Ale później, gdy ziemia nie była już w stanie przyjąć więcej, odkopywano doły, wyciągano trupy i palono.

Bełżec 1958 r. Widok na część pola, na którym funkcjonował obóz zagłady. Na pierwszym planie groby rozkopane przez poszukiwaczy złota. Po lewej stronie państwowy skład drewna.

Bełżec 1958 r. Widok na część pola, na którym funkcjonował obóz zagłady. Na pierwszym planie groby rozkopane przez poszukiwaczy złota. Po lewej stronie państwowy skład drewna.

Autor: Archiwum Instytutu Pamięci Narodowej

Źródło: IPN

Ci, którzy przychodzili potem na teren obozu, doskonale wiedzieli, co tam się działo. Chciałem zapytać tych ludzi, co dzisiaj sądzą o kopaniu wśród ludzkich szczątków. Czy to było dobre, czy złe?

Co odpowiadali?

Wielu – że to nie było nic złego, nie widzieli też w tym nic niestosownego. Uważali po prostu, że szukanie złota w masowych grobach jest usprawiedliwione.

Jak wyglądało pierwsze spotkanie z kimś, kto tam kopał?

Zacząłem szukać najpierw tych ludzi, których za kopanie skazano. Rozmowy z nimi, z ich rodzinami
szły ciężko. Utknąłem. Wtedy wsiadłem w samochód. Zacząłem jeździć po okolicach Bełżca. Wybierałem wsie leżące stosunkowo niedaleko obozu. Już w pierwszej miejscowości ludzie skierowali mnie do pana Edmunda. Okazało się, że osobiście kopał doły i szukał złota w szczątkach.

Opowiadał o tym w sposób niesamowicie detaliczny. Tak neutralnie, nie jak o wielkim sekrecie z młodości. Ot, zwykłe wspomnienie, przygoda z dzieciństwa. Poznał tam wśród tych dołów żonę.

Zauroczyła go? Tam? Jak?!

Kiedyś podczas kopania ktoś wyrzucił w górę łopatą trochę ziemi. Upadła niedaleko tej kobiety. Ona dostrzegła w niej złote zęby. Szybko je wygrzebała, schowała i zaczęła uciekać. Nie dała się dogonić. Edmund widział to z pewnej odległości. Zaimponowało mu to, że była taka sprytna, obrotna. Zresztą on na tym polu znalazł też pierścionek, który później jej podarował. Mroczny kontekst, który wiązał się z tą biżuterią, w ogóle ani jemu ani jej nie przeszkadzał.

Edmund opowiadał: "Koronki się znajdowało w tym żużlu. Luzem wszystko. A i całe podniebienie ze złota się trafiło. I podniebienie, i uzębienie. Takie protezy. Ludzie z całej Europy byli tu przywożeni. Włosów było dużo. Nieraz takie długie, kobiece. Mówili, że i w nich coś można było znaleźć".

Wydaje się, że mówi to tak spokojnie…

Dla mnie to było szokujące. Opowiadał bez wielkich emocji. To była taka zwyczajna rodzina. Zadbany dom. Oni niezwykle uprzejmi, kulturalni, weseli. Po podwórku kręciły się wnuki.

I tak mówił panu przy herbacie o tym, ile niespalonych włosów było w ziemi?

Tak, tak. Córka Edmunda mówiła, że dobrze, że przyjechałem, bo ojciec cały czas o tym mówi, to go ktoś w końcu wysłucha. Potem sama włączyła się w dyskusję i opowiadała, że w rodzinie wszyscy wiedzą, co działo się na Kozielsku [tak nazywano teren, na którym umiejscowiony był obóz – przyp. red.]. Jak rozmawialiśmy o obrączce jej matki, to atmosfera była bardzo wesoła. A ja miałem problem, żeby to sobie zracjonalizować. Oni tacy mili ludzie, a ich historia tak wstrząsająca. Później pojechałem do kolejnej wsi, w której znalazłem rozmówcę, który opowiadał o tym w ten sam sposób. Potem następnego i następnego.

Wielu pana rozmówców tłumaczy, że chodzili kopać, czy jak mówią - "na żydki", bo była bieda. Tylko biedni szukali złota?

Matka jednej z bohaterek chodziła na Kozielsko. Znalazła pierścionek i kolczyki. Nie sprzedała ich na chleb. Dała je córce, żeby sobie nosiła. To były pierwsze kolczyki młodziutkiej dziewczyny. Zakładała je, gdy szła do kościoła. Zapytałem ją, czemu mama nie sprzedała tej biżuterii. Odpowiedziała, że przecież co ona by dostała za to, skoro tam było mało złota? Lepiej było je mieć na specjalne okazje.

A więc nie tylko bieda i nie zawsze bieda. Ludzie kopali, żeby się wzbogacić?

Chciwość była siłą, która wszystkich tam pchała.

Czy oni nie uważali Żydów za ludzi?

Myślę, że to jest właśnie punkt wyjścia. Uważali, że nie rozkopują cmentarza, tylko po prostu szukają złota.

Ale pomiędzy tymi złotymi drobinkami były kości, skóra, czyjeś włosy.

Mówią, że to był torf, żużel, węgiel albo rąbanka. Moim zdaniem przez to, że byli świadkami Zagłady, nie mieli oporów, żeby tam chodzić. Obserwowali mordowanie Żydów z tak bliska, jak się tylko da. Myślę sobie, że jak się przestanie kogoś uznawać za człowieka, to potem bardzo trudno zmienić takie postrzeganie. To trwa przez pokolenia. Dla wielu bohaterów tej książki Żydzi nie byli ludźmi, choć nie wszyscy wyrażają to wprost.

Bełżec 1958 r. Widok na część pola, na którym funkcjonował obóz zagłady. Na pierwszym planie groby rozkopane przez poszukiwaczy złota. Po lewej stronie państwowy skład drewna.

Bełżec 1958 r. Widok na część pola, na którym funkcjonował obóz zagłady. Na pierwszym planie groby rozkopane przez poszukiwaczy złota. Po lewej stronie państwowy skład drewna.

Autor: Archiwum Instytutu Pamięci Narodowej

Źródło: IPN

A konsekwencje grzebania w masowych grobach jakieś były?

Na początku żadnych. Po jakimś czasie milicjanci zaczęli ludzi przepędzać, potem łapali i zatrzymywali. Z relacji bohaterów książki wynika, że kara była taka, że trzeba było np. na posterunku umyć podłogi. Z biegiem lat państwo zaczęło poważnie zajmować się kopaczami i stawiać ich przed sądem. Ale pierwsze procesy, o których wiemy, są datowane na drugą połowę lat 50.

Do tego czasu teren obozu w Bełżcu (a także w Sobiborze) był nieuporządkowany. Miejsce, gdzie zamordowano ponad 430 tys. Żydów, w części zajmował skład drewna. A w części doły po kopaczach.

Byli i tacy, którzy na terenie poobozowym prowadzili niemal inżynieryjne prace.

Na początku lat 60. w Sobiborze prokuratura przeprowadziła wizję lokalną. Z protokołu wynika, że funkcjonowała tam amatorska kopalnia złota. Doły były ogromne. Obok zrobiono tzw. płuczki. To były zagłębienia wypełnione wodą. Miejscowi wydobywali z masowych mogił popiół razem z kośćmi i tam w płuczkach je obmywali, szukając resztek złota. Co więcej, prokurator zauważył, że w niektórych dołach są wgłębienia boczne – jakby ludzie próbowali drążyć korytarze. To wszystko pokazuje to, że ci kopacze czuli się absolutnie bezkarnie.

Jeszcze wracając do Bełżca - byli tacy, którzy uważali, że kopanie nie jest etyczne, ale nie mieli problemu z tym, żeby przeszukiwać ubrania, które zostały po Żydach. Pieniądze czy złoto zaszywane było w butach, ukrywane w podszewkach płaszczy, w kołnierzach. Była też grupa okolicznych mieszkańców, którzy nie kopali, ale – jak to mówili – "grzebali po wierzchu".

A ktoś im mówił, że nie wolno? Księża?

Słyszałem od wielu mieszkańców, że są wierzący, więc w niedziele i święta nie kopali. Że trzeba było takie dni szanować. Pytałem ich, co na to księża. Odpowiadali, że duchowni często nie reagowali. Tylko jeden z moich rozmówców podkreślał, że ksiądz mówił podczas mszy, że nie wolno chodzić na Kozielsko, bo jest to po prostu cmentarz. Ludzie i tak go nie słuchali.

A dzieci zabierali na kopanie?

Tak, jasne. To tak jak ktoś na wsi idzie kopać kartofle, to zabiera dzieci, bo na przykład nie ma ich z kim zostawić. Jeden z moich rozmówców opowiedział, że matka nosiła go do Bełżca, jak sama szła kopać. Znalazł tam takie grzebyki, którymi się bawił.

Jeszcze inny opowiada tak: "Różowa masa, między tym kości, głowy. Mówili na to rąbanka. Łopatami i na bok. Człowiek to jednak jest straszne stworzenie. Gdybym był większy, to też bym kopał".

A potem mówi, że ludzie kiedyś byli lepsi, bo się wspierali.

Ile miał lat, gdy grzebał w ziemi z kośćmi?

Trzynaście. Byli też młodsi. Pewien mężczyzna opowiada o 9-letnim wtedy bracie, który któregoś dnia znalazł kawałek złotej szczęki. Przy wszystkich kopaczach zaczął ją oglądać. Ludzie wydarli mu to złoto siłą. Ten, który mi to opowiadał, miał wtedy 14 lat.

Do ofiar z szacunkiem odnosi się człowiek, który opowiada, jak trafił na zagrzebany w ziemi warkocz. Ale nie podczas rabunku, tylko w trakcie prac archeologicznych.

To historia współczesna. Ten człowiek mieszka niedaleko Sobiboru. Kilkanaście lat temu chciał pomóc podczas prac archeologicznych, trochę zarobić. Jego stosunek do tego, co działo się w obozie, był obojętny. Wszystko się w nim zmieniło, gdy podczas prac sondażowych znalazł warkocz.

Trzeba najpierw wyjaśnić, że Niemcy nie zdołali spalić wszystkich ciał. Więc w ziemi leżały nie tylko prochy, ale i rozkładające się zwłoki. I teraz podczas prac archeologicznych, gdy badacze sondowali ziemię, żeby ustalić, gdzie dokładnie są groby, w wiertło sondażowe zaplątał się dziewczęcy warkocz.

To nim wstrząsnęło. Dotarło do niego, że to miejsce pochówku konkretnych ludzi, którzy mieli nazwiska, marzenia i plany. Dziś ten człowiek jest kimś na kształt kustosza pamięci. Wiele czyta o obozie, gromadzi informacje i pomaga dalej archeologom. Jest takim jasnym punktem tej książki.

Pan też coś znalazł. Po 80 latach od zagłady. Fragmenty kości.

Dla mnie to był trudny moment. Kiedy czyta się akta, czy rozmawia ze starszym człowiekiem, mimo wszystko mamy świadomość, że to historia, coś, co wydarzyło się dziesiątki lat temu, kiedy w muzeum w Bełżcu patrzy się na artefakty związane z obozem zagłady oddziela nas od nich szklana szyba.

Ale gdy stoi się nad rzeką, trzy kilometry od dawnego obozu zagłady, i trzyma się fragment kości kogoś, kto został zagazowany - wtedy do człowieka dociera, że to jest to zupełnie nowy rodzaj doświadczenia. Świadomość, że trzy kilometry dalej wymordowano tysiące ludzi.

Jak pan trafił w to miejsce nad rzeką?

Zaprowadził mnie tam człowiek, którego ojciec siedział za kopanie. Gdy znaleźliśmy kości, nie miał wątpliwości, że są ludzkie. Na początku lat 60. kopacze wywozili z byłego obozu w Sobiborze wykopane z masowych grobów spalone szczątki by spokojnie je przeszukać nad rzeką. Wie pani, moim obowiązkiem jako dziennikarza jest wątpić. Zawiadomiłem o znalezisku Komisję Rabiniczną ds. cmentarzy przy Biurze Naczelnego Rabina Polski i pokazałem szczątki antropologowi sądowemu.

Jego opinia?

Istnieje pewne prawdopodobieństwo, że te kości mogły należeć do dziecka. Nie chciałem, by zostały tam, nad rzeką. Zostały pochowane w obecności rabina w okolicach trzeciego pola, gdzie mieściły się kiedyś komory gazowe.

To był dla pana ostateczny dowód na to, że kopanie naprawdę miało miejsce?

Ja już wcześniej nie miałem wątpliwości, bo rozwiewały je dokumenty ze spraw sądowych. Ludzie przyznawali się do tego, że rozkopywali masowe groby. Są zdjęcia, które pokazują, jak te miejsca wyglądały. Są opowieści. Są zeznania sądowe. Pierwsza osoba, którą spotkałem, gdy przyjechałem do Żłobka, czyli do tej wsi leżącej niedaleko rzeki, opowiadała mi, że ludzie kiedyś płukali kości nad wodą i one dalej tam leżą. Wiedziałem, że powinienem je odnaleźć. To szczątki ludzkie, którym trzeba oddać szacunek. Muszę podkreślić, że dla mnie jako autora kluczowe w tej historii są ofiary. "Płuczki" to historia o niepamięci. Ludzie zapomnieli o pomordowanych innych ludziach.

W którym roku gorączka złota na terenach byłych obozów się skończyła?

Jeśli chodzi o Sobibór, to ostatnie relacje są z 1985 r. Jeden z pracowników nadleśnictwa zeznał, że latem na terenie byłego obozu pojawiają się doły po kopaczach, które muszą zasypywać. W przypadku Bełżca jest pismo Rady Ochrony Pomników Walki i Męczeństwa z 1962 r. w którym mowa jest o tym, że były obóz jest często rozkopywany. Nie znalazłem innych dokumentów dotyczących tego zjawiska po tym roku.

Myśli pan, że dzisiaj ludzie już by tam nie kopali?

Nie wiem. Nie jestem w stanie odpowiedzieć. To, że nie jesteśmy w stanie dokładnie odpowiedzieć, jest niepokojące, prawda?

Paweł Piotr Reszka i okładka jego książki

Paweł Piotr Reszka i okładka jego książki "Płuczki"

Autor: Materiały prasowe

Źródło: Wydawnictwo Agora

Książka Pawła Piotra Reszki "Płuczki" ukazała się nakładem wydawnictwa Agora.