Pamiętam zabójcę taksówkarza. Nie wyrywał się, nie krzyczał. Gdy pisał do matki list pożegnalny, nawet mu ręka nie zadrżała. Skończył, wstał, krzesło do stolika przysunął. Pod sznur poszedł w całkowitym spokoju. Opaska na oczach, pętla na szyi. Dźwięk otwieranej zapadni. Miałem podstawową zasadę: nie rozmawiałem w domu o pracy. Swojej rodzinie do dziś się nie przyznałem, że byłem przy wykonywaniu wyroków śmierci.