Erich Koch - w centrum, po lewej (fot. IPN), IPN

Jakim cudem hitlerowski zbrodniarz, skazany na karę śmierci, dożył w Polsce późnej starości? Miał polisę na życie: wiedzę. Czy rzeczywiście znał miejsce ukrycia Bursztynowej Komnaty? Prawda może być znacznie bardziej ciekawa.

- Nikogo nie zamordowałem. Jestem niewinny. O tych wszystkich okropnościach popełnianych przez Niemców w czasie wojny dowiedziałem się tu, na sali sądowej, po raz pierwszy – Erich Koch usiłuje brzmieć przekonująco. Wie, że gra toczy się o wysoką stawkę. I że jemu, gauleiterowi i nadprezydentowi Prus Wschodnich, będzie wyjątkowo trudno przekonać Polaków, że jest rzekomo niewinny.

Bo do czego tu przekonywać? Koch to przecież jeszcze do niedawna pan życia i śmierci w Prusach. Do tego komisarz Rzeszy dla Ukrainy, zarządzający pracą Gestapo. Wyrok, poprzedzony oskarżeniem o eksterminację 400 tysięcy obywateli Polski, może być tylko jeden.

W 1959 roku Erich Koch trafia do celi śmierci.

Ale śmierć nie nadchodzi. Dniami, miesiącami, latami. Zbrodniarz dożywa spokojnej starości w zakładzie karnym w Barczewie, gdzie ma okazję krzyczeć do więzionego przez komunistów Władysława Frasyniuka "Solidarność kaputt", a pod koniec życia przez ścianę celi sąsiaduje z opozycjonistą, Romualdem Szeremietiewem. Umiera z przyczyn naturalnych w 1986 roku.

Karta przetargowa

Skąd ta dziwna opieszałość, w praktyce zmieniająca karę śmierci na dożywocie? Które, co warto zauważyć, w PRL-u zostało wycofane wraz z kodeksem karnym, uchwalonym w 1969 roku.

Erich Koch, zdjęcie z 1938 r.

Erich Koch, zdjęcie z 1938 r.

Źródło: Wikimedia Commons, Bundesarchiv Bild, CC BY-SA 3.0

Wyjątkowy los Ericha Kocha musiał budzić zdziwienie. Komunistyczne władze nie wahały się wykonywać wyroków śmierci na nazistach – pragnienie odwetu w polskim społeczeństwie było ogromne. Czym hitlerowski zbrodniarz kupował sobie kolejne lata życia? Co takiego mógł zaoferować władzom? Niesiona plotką odpowiedź mogła być tylko jedna: Bursztynowa Komnata.

- Ze splotu różnych okoliczności, zdarzeń, sądzę, że Komnata i wiedza o niej była jego kartą przetargową na życie. Nie wykonywano na nim wyroku licząc chyba na to, że w końcu pęknie i powie, gdzie ją ukryto – wspomina po latach jeden ze strażników więziennych z Barczewa. Choć władze ani sam Koch nie potwierdzały tego oficjalnie, panowało przekonanie, że nazistowski zbrodniarz wykpił się śmierci za cenę zdradzenia – lub obietnicy zdradzenia - miejsca ukrycia mitycznego skarbu.

Ściany z bursztynu

Bursztynowa Komnata musiała działać na wyobraźnię. Zamkowa komnata o wymiarach 10,5 na 11,5 metra, od sufitu po podłogę pokryta bursztynem. Już sama ilość cennego surowca mogła robić wrażenie. Niepomiernie wzmacniał je fakt, że pieczołowicie dobrane i oszlifowane bryłki bursztynu tworzyły kunsztowne ornamenty, fantastyczne mozaiki i płaskorzeźby. Połączenie bizantyjskiego przepychu z kunsztem rzemieślników dawało efekt, który rzucał na kolana.

Bursztynowa komnata - koloryzowane zdjęcie oryginalnego wystroju

Bursztynowa komnata - koloryzowane zdjęcie oryginalnego wystroju

Źródło: Domena publiczna

Nie mogło być inaczej. Komnatę w 1701 roku zamówił Fryderyk I Hohenzollern, dla którego sala wyłożona "złotem Bałtyku" była czymś więcej, niż tylko błyskotką. Umieszczona w podberlińskim zamku Charlottenburg owszem, dodawała splendoru, ale zarazem podkreślała mocarstwowe aspiracje rosnącej w siłę, nadbałtyckiej potęgi Prus.

Syn Fryderyka, Fryderyk Wilhelm, miał do skarbu bardziej pragmatyczne podejście. Gdy odwiedzający go rosyjski car, Piotr I, zachwycił się Komnatą, dostał ją w geście przyjaźni razem z mocno zdewastowanym jachtem. Gest został doceniony – Piotr zrewanżował się podarunkiem w postaci barki, oddziału 55 wysokich grenadierów i tokarki, dorzucając własnoręcznie wykonany puchar z kości słoniowej.

Pokręcone losy skarbu

Przekazana carowi komnata trafiła najpierw do Petersburga, a później do pałacu w Carskim Siole. Tam zastała ją II wojna, a uciekający Rosjanie nie zdążyli ewakuować skarbu. Zabezpieczyli go prowizorycznie. Lepiej nie zdążyli, bo Carskie Sioło zajęli Niemcy.

Zanim pieczę nad komnatą przejęli znawcy sztuki, kręcący się po zamku żołnierze odłupywali bagnetami kawałki ozdób, dewastując bezcenny zabytek. W 1997 roku skradziona w ten sposób mozaika "Węch i pamięć" odnalazła się w Niemczech, co stało się przyczyną nieprawdziwych spekulacji o rzekomym odnalezieniu Komnaty.

Nieco zdekompletowana Komnata została zapakowana do skrzyń i dostarczona do zamku w Królewcu. Była tam co najmniej do 1944 roku, ale gdy po opanowaniu miasta Rosjanie zainteresowali się skradzionym z Carskiego Sioła skarbem, okazało się, że Komnaty nie ma.

Zaginęła. Rozpłynęła się w powietrzu, wszystkich zainteresowanych tematem zostawiając z wielkim znakiem zapytania: jak można zgubić zamkową salę?

Gdzie jest Bursztynowa Komnata?

Może spłonęła, może został wywieziona, może ją gdzieś ukryto. Słowem – szukaj wiatru w polu.

Szukano. O tyle wytrwale, co bezskutecznie. A niezliczone teorie i liczeni w setkach "naoczni" świadkowie próbowali powiązać ją z różnymi wydarzeniami.

Mit zaginionego skarbu działał na poszukiwaczy kosztowności i zwykłych szabrowników, ale też na dziennikarzy czy historyków. Wielu z nich – jak choćby rosyjski badacz Siergiej Trifonow czy niemiecki kolekcjoner sztuki Cornelius Gurlitt – poświęciło wiele czasu i energii, próbując zgłębić sekret Bursztynowej Komnaty. Problem w tym, że bezcenny skarb mógł być wszędzie.

Jeden z tuneli wchodzących w skład kompleksu Riese

Jeden z tuneli wchodzących w skład kompleksu Riese

Autor: Przykuta

Źródło: Wikimedia Commons, CC BY-SA 3.0

Skrzynie z bursztynem miały zatonąć razem ze storpedowanym na Bałtyku "Wilhelmem Gustloffem". Miały być na pokładzie Dorniera Do 24, wielkiej "latającej łodzi", którą w marcu 1945 roku próbowano ewakuować 76 niemieckich dzieci. Ewakuacja nie powiodła się, samolot chwilę po starcie spadł do jeziora Resko Przymorskie (Kamper See).

Zapieczętowane skrzynie miały także spłonąć w czasie bombardowania Królewca przez angielskie samoloty. Albo już później, podczas dewastacji zamku przez sowieckich żołnierzy. Albo miały wcale nie spłonąć, wywiezione zawczasu do Rzeszy. Do Czech. Do kompleksu Riese. Albo - nad czym zastanawia się m.in. Bogusław Wołoszański - do zamku Książ. A może do Bolkowa, co proponował dr Stanisław Jan Stulin, wrocławski historyk sztuki i autor książki "Gdzie ukryto Bursztynową Komnatę".

Albo nikt ich nie wywiózł. Są ciągle gdzieś w Prusach. Pod ulicami Kaliningradu. Może na Mazurach. A może – konkretnie – w zasypanym bunkrze w Mamerkach pod Węgorzewem, gdzie mieściła się Kwatera Główna Niemieckich Wojsk Lądowych. Staraniem lokalnego muzeum w odrestaurowanych umocnieniach umieszczono nawet polską replikę Komaty ze sztucznego bursztynu.

Życie za bursztyn

Przy założeniu, że Komnata jakoś przetrwała wojenną zawieruchę, ktoś musiał wiedzieć, gdzie się znajduje. Idealnym depozytariuszem takiej wiedzy wydawał się doktor Alfred Rohde, kustosz królewieckiego muzeum i znawca bursztynu.

Problem w tym, że Rohde, chętnie współpracujący – albo tę współpracę markujący - z Rosjanami, zmarł w 1945 roku nagle, rzekomo z powodu gwałtownego ataku krwawej biegunki.

Przypadłości o tyle dziwnej, że tej samej nocy uśmierciła również jego żonę. Akt zgonu podpisał nieistniejący lekarz, a małżeńska mogiła państwa Rhode niebawem okazała się pusta. Teorii wyjaśniających losy małżeństwa pojawiło się bez liku, ale żadnej nie udało się ostatecznie potwierdzić.

Kto jeszcze mógł znać tajemnicę zaginionego skarbu? Właściwa osobą wydawał się Erich Koch – najważniejszy z nazistowskich dostojników w Prusach. Schwytany po wojnie przez Anglików, wydany Polakom, skazany na śmierć, która uporczywie nie nadchodziła. Proces, wyrok i wieloletnie więzienie hitlerowca nie były tajemnicą, nic zatem dziwnego, że z czasem pojawiły się plotki.

Dlaczego zbrodniarz ciągle żył? To pytanie musiało zadawać sobie wielu. I wielu próbowało znaleźć odpowiedź, którą mogła być właśnie Bursztynowa Komnata.

Życie za bursztynowy skarb? Taka transakcja wywołałaby zapewne powszechne oburzenie, ale z punktu widzenia władz mogła być opłacalna. Brzmi logicznie? Nic dziwnego, że echa tej historii wybrzmiewały przez dziesiątki lat i wybrzmiewają nadal. Wątek gry, prowadzonej przez Kocha z polską władzą, znajdziemy w artykułach prasowych czy radiowych audycjach. Ale te przypuszczenia są nieprawdziwe.

Nowe spojrzenie

Zwrócili na to uwagę już kilka lat temu m.in. badacze z IPN-u, jak dr Władysław Bułhak. Poszatkowane wątki zebrał w zgrabną całość Ireneusz Iwański, dziennikarz i popularyzator historii, autor wydanej niedawno książki "Prawdziwa historia Bursztynowej Komnaty i Ericha Kocha". W przeciwieństwie do wcześniejszych badaczy oparł się nie na domysłach czy przypuszczeniach, ale na odtajnionych materiałach archiwalnych.

Ireneusz Iwański podczas spotkania autorskiego w WBP Olsztyn. Fot. Jarosław Skórski

Ireneusz Iwański podczas spotkania autorskiego w WBP Olsztyn. Fot. Jarosław Skórski

Źródło: Irenausz Iwański

Zachowane w starych dokumentach fakty pozwalają na stworzenie zupełnie nowej opowieści. Ciekawej o tyle, że – w przeciwieństwie do historii opartych na poszlakach i przypuszczeniach – dobrze udokumentowanej. Erich Koch faktycznie, być może mimowolnie, wytargował sobie życie. Ale na szali, zamiast Bursztynowej Komnaty, położył coś znacznie cenniejszego. Jak wyjaśnia Ireneusz Iwański:

- Kilkanaście miesięcy temu, ze zbioru zastrzeżonego do ogólnego Instytutu Pamięci Narodowej trafiły teczki agenta. Po prostu odtajniono je. Mogłem więc porównać fakty, daty, życiorysy. Tak się złożyło, że niektóre dokumenty - a wiem to z kart kontrolnych teczek, czyli wykazu osób, które zapoznały się z dokumentami Archiwum Agencji Wywiadu - poznałem jako pierwszy dziennikarz. To fascynująca historia. Uwiarygodniona także tym, że w sąsiednich krajach, czyli w NRD i ZSRR, również szukano Bursztynowej Komnaty i przez dziesięciolecia trwała gorączka podobna do tej, jaka niedawno można było obserwować przy okazji "złotego pociągu" w Wałbrzychu.

Sukces polskiego "nielegała"

Nie jest tajemnicą, że przeprowadzona po drugiej wojnie denazyfikacja była powierzchowna. Setki tysięcy niemieckich nazistów uniknęły kary albo udając przykładnych obywateli, albo oferując swoją wiedzę i doświadczenie nowym władzom. Znajdowali bezpieczną przystań we wschodnio- i zachodnioniemieckich służbach specjalnych, aparacie bezpieczeństwa czy administracji.

Erich Koch znał osobiście wielu z nich. I dlatego PRL-owski wywiad postanowił wykorzystać go do wyjątkowej gry.

Do celi Ericha Kocha trafił skazany za drobne przestępstwa "Niemiec spod Łodzi", który szybko zyskał zaufanie starego nazisty. Zbudowana na antysemityzmie nić porozumienia zaowocowała listami polecającymi, jakie Koch wystawił swojemu rodakowi.

Ten po wyjściu z więzienia wyjechał do zachodnich Niemiec, a dzięki poleceniu przez Kocha szybko nawiązał współpracę z jego rodziną i dawnymi kolegami. Z czasem trafił do zachodnioniemieckiego wywiadu BND, stając się jednym z ważniejszych agentów wywiadu PRL.

- By osiągnąć swój cel – czyli uzasadnić odłożenie wykonania wyroku śmierci na Kochu - potrzebny był mit, że rzekomo zna on miejsce ukrycia Bursztynowej Komnaty. Stworzono więc powszechne przeświadczenie, że władza Polski Ludowej nie wykonuje wyroku śmierci z powodu jego wiedzy na temat skarbu – tłumaczy Ireneusz Iwański. - W powszechnej opinii Bursztynowa Komnata stała się więc polisą na życie zbrodniarza. Tymczasem było odwrotnie. To Koch był "polisą ubezpieczającą" znanego polskiego szpiega działającego w Niemczech, Francji i w Watykanie.

Agent Andrzej Madejczyk ps."Lakar"

Niewiele o nim wiadomo. Jego polska tożsamość - Andrzej Madejczyk – mimo upływu czasu wciąż pozostaje zagadką. Prawdopodobnie, jak i cała reszta, była starannie sfabrykowana przez służby. Tym, co wyróżniało polskiego agenta o pseudonimie "Lakar" i nadawało mu szczególnej wartości był fakt, że nie był on "odwróconym" szpiegiem, ale agentem celowo umieszczonym w strukturach obcego wywiadu.

Fragment notatki na temat aktywności "Lakara", znajdującej się w zbiorach zastrzeżonych IPN-u

Fragment notatki na temat aktywności "Lakara", znajdującej się w zbiorach zastrzeżonych IPN-u

Autor: Sławomir Cenckiewicz

Źródło: IPN

O jego skuteczności świadczy, że niektórzy ze zwerbowanych przez niego informatorów do końca byli przekonani, że współpracują z RFN-owskim agentem. Na liście jego celów znaleźli się m.in. o. Konrad Hejmo, dziennikarz Dominik Morawski, polskie środowisko emigracyjne czy inwigilujący polską diasporę agenci zachodnich wywiadów.

W takich okolicznościach legenda o Bursztynowej Komnacie była dla władz niezwykle wygodna. Odwracała uwagę od wywiadowczej gry, a zarazem stanowiła wiarygodny pretekst, dla którego Erich Koch pozostawał przy życiu.

Nie wiadomo, czy Niemiec zgodził się na współpracę. W sytuacji, gdy uwierzytelniał działania agenta, umieszczonego w niemieckim wywiadzie, było to jednak bez znaczenia. Świadomie czy nie, oddał PRL-owskim władzom bezcenne usługi, do końca życia uwiarygadniając jedną z operacji wywiadu.

Nowa Bursztynowa Komnata

A Bursztynowa Komnata? Choć zaginiony skarb wciąż rozpala wyobraźnię, nie jesteśmy już skazani na domysły i wyobrażenia. Na podstawie zachowanej dokumentacji Rosjanie podjęli się karkołomnego zadania i postanowili zrekonstruować bezcenny zabytek.

Prace trwały niemal ćwierć wieku. Były tym trudniejsze, że nie istniało kolorowe zdjęcie oryginalnej Komnaty, więc dobór odcieni bursztynu wymagał stosowania pracochłonnej metody prób i błędów. Do pomocy w dobieraniu kształtów, objętości i rozmiarów setek tysięcy elementów zaangażowano komputery i niegdyś leningradzkich, a po zmianie nazwy miasta petersburskich matematyków. Mimo tego największą część prac wykonywali ręcznie – jak przed wiekami – obrabiający bursztyn ludzie.

Wysiłek się opłacił. Od 2003 roku zrekonstruowaną Bursztynową Komnatę można ponownie podziwiać w Carskim Siole.